sobota, 17 sierpnia 2019

Jak spadać, to z wysokiego konia

Mogę sobie powtarzać z przekonaniem powiedzenie z tytułu posta, ale dalej nie mam pojęcia, co mi przyświecało w wyborze tego wzoru na skarpetki - drugie samodzielnie dziergane w życiu... W dodatku pierwsze z klinem i dziergane od góry. A, wiem - postanowiłam przerobić jak najwięcej wzorów z posiadanych numerów Laine, żeby poniesiony wydatek miał sens :)

Ażury i klin przerosły mnie podczas dziergania pierwszej sztuki, na etapie ujmowania oczek z klina. Poplątała mi się podeszwa z podbiciem i zaczęłam te oczka ujmować w bardzo dziwnym miejscu, wymagającym tak naprawdę większej czujności niż prawidłowe (żeby była równa linia ujmowanych oczek). Błąd pojęłam dość szybko, ale myśl o powrocie kilka rzędów wcześniej jakoś zupełnie mnie nie przekonywała, więc przyjęłam błąd do wiadomości i założyłam, że w noszeniu to będzie kompletnie nieistotne. I faktycznie tak jest, ba, bez większego wysiłku pyknęłam zdjęcia, które tego nie podkreślają. Niemniej przeboje z ujmowaniem oczek trochę mnie zniechęciły do dalszego dziergania i skarpetka dłuższą chwilę leżała zapomniana. Aż wróciłam do niej i postanowiłam dziergać codziennie choć parę rzędów. Dzięki temu po paru dniach skarpetka była skończona i mogłam się zabrać za drugą. Jak już przerobiłam wszystkie nieszczęścia przy pierwszej, to druga poszła gładko i stosunkowo szybko.

Co mnie zaskoczyło? Że jak już się pojmie anatomię skarpetki z klinem, to ten fason jest naprawdę prosty. I że nawet przy rozmiarze stopy 41 dziergania wzdłuż stopy nie jest bardzo dużo, wszak skarpetka musi się trochę naciągnąć na stopie, żeby pięta nie wylądowała za szybko na ścięgnie Achillesa.

Ogromnie spodobały mi się kolory CoopKnits Socks Yeah! - nitki skarpetkowej od angielskiej projektantki. Szare niebieskości koloru Lolite są idealnie melanżowe. Nitka nie jest zbyt mocno skręcona, ale przy zawartości 25 proc. nylonu jest szansa, że nie przetrze się zbyt szybko.

pattern/wzór: Anouk by Rachel Coopey
yarn/włóczka: CoopKnits Socks Yeah! (colourway Lolite)
needle/druty: 2.5 mm
photos/zdjęcia: by me/mojego autorstwa





sobota, 6 lipca 2019

Mój Shanel

Uwielbiam ten szal. I nie jest to miłość ślepa, bo widzę wszystkie zalety projektu, a mimo to zrobiłam jedną modyfikację. Choć to naprawdę nieznaczna modyfikacja - ciut dłuższe frędzle i tyle.

Poza tym dałam się instrukcji Asi prowadzić za rączkę. Od wyboru nitki do sposobu zszycia dwóch połówek szala. Nitka trafiła się znienacka, gdy Agata spruła sweter w trakcie dziergania i postanowiła odsprzedać wełnę. Było jej dokładnie tyle, ile potrzebowałam na szal. Przeznaczenie :D

A potem była nieustająca przyjemność dziergania. Od nabierania oczek nowym dla mnie sposobem, który pozwala uzyskać idealny kształt czubka na końcu szala. Przez dzierganie dwóch połówek jednocześnie, aż po zaakcentowane ich połączenie. Wszystko ogromnie mi się podobało! Frędzle postanowiłam nieco przedłużyć, bo ja zawsze przedłużam coś w dzianinach ;), no i takie obfitsze/dłuższe frędzle podobały mi się w wykonaniach testerek najbardziej.

Zauważyłam, że Shanel podoba się też osobom o niekoniecznie dziewiarskim spojrzeniu, co niewątpliwie może być przesłanką do wydziergania go na prezent dla kogoś, kto niekoniecznie marzy o rękodziele. Do tego gruba nitka, grube druty... Chyba trzeba zacząć myśleć o planach rękodzielniczych prezentów gwiazdkowych.

Shanel by Asja Janeczek
Yarn/włóczka: Cyrano, De Rerum Natura (Poivre Blanc) + Ulysse (for fringes)
Needle/druty: 5.5 mm
Zdjęcia/photos: Gosia

sobota, 18 maja 2019

Dziewiarski kaprys

Znają Państwo podział na "process knitters" i "product knitters"? Jeśli ktoś się jeszcze z tym nie spotkał, to wyjaśniam, że w pierwszym przypadku chodzi o dziewiarki/dziewiarzy czerpiących najwięcej radości z samego dziergania, natomiast dla "produktowych" najważniejszy jest efekt działań. Pierwszych najlepiej zmobilizuje ciekawy wzór, możliwość nabycia nowych umiejętności albo też wizja godzin spędzonych na rytmicznym przerabianiu samych prawych oczek. Generalnie clou programu tkwi dla takich osób w samym dzierganiu. Osoby skupione na produkcie końcowym traktują dzierganie jak drogę do wyznaczonego ściśle celu. Celem jest konkretne ubranie, dla konkretnej osoby, nigdy hipotetyczna garderoba nie wiadomo kogo.

Rozważania, do której kategorii się należy, potrafią zająć osobom dziergającym godziny na forach internetowych. Takie dyskusje wydają się może jałowe, ale tak naprawdę to jest podstawowa kwestia, żeby być z dziewiarstwa zadowolonym/zadowoloną. Bo to nie jest takie proste, jak się na pierwszy rzut oka wydaje. Jak np. zakwalifikować osobę, która specjalizuje się w skarpetkach, lubi poszerzać swój repertuar w tym względzie, skarpetek nie nosi, ale z dużym upodobaniem dzierga je na cele charytatywne? Jak przy wielu innych podziałach, tak przy tym zdaje mi się, że wszyscy mamy w sobie oba pierwiastki, tylko proporcje się zmieniają. Są różnice między osobami, ale też każdy z nas ulega przemianom w czasie. Większość dziergających zaczyna dość chaotycznie, pochłaniając nowe umiejętności i produkując dość przypadkowe udziergi. Niektórzy z kolei chwytają za druty, bo wymarzył im się bardzo konkretny sweter i mają plan go jak najszybciej wyprodukować. Z czasem zazwyczaj rośnie samoświadomość, dlaczego i po co dziergamy. Jeśli diagnoza jest trafna, to zwiększa to szanse na pozostanie przy hobby. Jeśli maleje poczucie sensu - hobby dziewiarskie przechodzi do historii...

U mnie w dziewiarstwie króluje serce poskramiane rozumem. Uwielbiam proces dziergania, ale chcę też nosić jak najwięcej gotowych wyrobów. Przy swetrach bardziej skupiam się na produkcie końcowym, bo nie chcę poświęcać mnóstwa czasu na coś, czego nie założę. Przy chustach i szalach co jakiś czas pozwalam sobie na kompletne szaleństwa, żeby wena mogła rozkwitnąć (taka zadbana wena podszeptuje potem chętnie różne natchnione rozwiązania).

Ta chusta jest właśnie takim porywem serca. Kształt typowy, strzałkowy, ale w kolorach dałam wyraz zachciance. Zobaczyłam raz w sprzedaży (zakupy grupowe we włoskiej hurtowni) zestaw końcówek merynosowych z produkcji znanej firmy (tej na M, którą dziewiarki łączą z barwnym zygzakowym szalem). Kolory kompletnie nie moje, głównie ciepłe, nasycone, ale zawołały do mnie "Chcemy być chustą! Dziergaj z nas, a w zamian ucieszymy twoje oczy tak, jak żadna szarość nie potrafi...". Poddałam się bez oporu.

Dzierganie poszło bezproblemowo, szłam tak, jak mnie merynosy prowadziły. Były zwykle trzynitkowe, a dwa cieniowane single składałam na bieżąco potrójnie. Przejścia robiłam, zmieniając kolor co jeden lub dwa rzędy. Na zakończenie dorobiłam jeszcze dwa chwosty i spojrzałam na efekt dziergania z ukontentowaniem. O to chodziło!

Przy dokumentowaniu udziergu nitki dostarczyły natchnienia także mojej fotografce. Gosia nie darzy szarości zbyt wielkim poważaniem, unika teł w takich kolorach na zdjęciach, ale przy fotografowaniu tej chusty zauważyła fotogeniczny ciąg szarych drzwi i zaproponowała je do dopełnienia obrazu. Proszę spojrzeć, jak dużą część kadru zajęło to tło! Warto czasem ulegać zachciankom... :)

Moja kolejna strzałka
Włóczka/yarn: merino Camberra
Druty/needle: 3.75 mm
Zdjęcia/photos: Gosia

sobota, 11 maja 2019

Moher, dużo moheru (i tweed)

Jestem zimowym zmarźlakiem i w dodatku uważam, że w mało której czapce dobrze wyglądam... Też tak macie? Dlatego wytrwale szukam czapki idealnej, po drodze sprawdzając różne fasony, kolory, faktury. Czasem trafiam lepiej, czasem gorzej, ale fasonu w 100% mojego jeszcze nie znalazłam.

Pokazywana dziś czapka jest bliska ideału. Przede wszystkim bardzo ciepła, dzięki podwójnej warstwie wysokiego ściągacza i kombinacji nitek (tweedowa wełniana plus moher). Rozmiar jest przyjazny, nie obcisły. I te brązy... Przyznam, że od jakiegoś czasu ciągnie mnie w stronę tego koloru i coraz słabiej się opieram. Wyjęłam z głębin szafy niegdyś ulubioną kurtkę zamszową, jakiś czas temu kupiłam brązową torebkę, która pasuje mi (prawie) do wszystkiego...

Pomysł na czapkę zaczął się od końcówki brązowego tweedu z niebieskimi punkcikami, którą odkupiłam od koleżanki. Elena zachęciła do łączenia tweedu z moherem. Pamiętałam, że mam gdzieś w zapasach... wróć, przypadkiem trafiłam w zapasach ;) na włochaty moher Katii (już nieprodukowany) w idealnym jasnobrązowym odcieniu. Po wstępnym próbkowaniu i paru próbach w robótce (tak, prułam moher i jakoś to przeżyłam, moher też) ustaliłam, który rozmiar będzie na mnie idealny. "Cream" to wzór z czasopisma Laine - prosty, ale dopracowany w szczegółach. Dziergało się przyjemnie i dość szybko. Pogoda jednak mnie wyprzedziła i nie zdążyłam czapki ponosić w sezonie zimowym. W oczekiwaniu na czas zdjęciowy skończyłam jeszcze dwa inne dodatki (szal i chustę), aż wreszcie trafiła się spokojna sobota, kiedy ja i moja ulubiona fotografka miałyśmy wolne, a aura jeszcze nie groziła ugotowaniem się po dwóch minutach otulenia w wełnę.

Na zdjęciach czapce towarzyszy wspomniana wcześniej kurtka, o której renowacji pisałam w początkach bloga. Razem tworzą całkiem sympatyczną parę, niemniej w codziennym noszeniu raczej się nie spotkają. Pasują do różnych pór roku i dla udanej stylówki nie zamierzam marznąć (w okryciu bez ocieplenia i podszewki) lub ryzykować pożarcie czoła żywcem (wełna w cieple podgryza mi skronie i czoło).



Wzór/pattern: Cream by Jonna Hietala
Yarns/włóczki: tweed Dandy and two mohairs from my stash
Druty/needle: 3,75 mm
Zdjęcia/photos: Gosia

sobota, 2 marca 2019

Tanie i dobre (dziewiarskie)

Poprzednio pisałam o tanich i pożytecznych lekturach dla osób szyjących. Dziś o wydawnictwach dziewiarskich, które nie zrujnują i zostawią jeszcze trochę grosza na nową włóczkę :)

Dziewiarki, zwłaszcza te, co lubią wyjść poza gotowe wzory i pokombinować, docenią różne wydawnictwa dziewiarskie sprzed 30-40 (lub więcej) lat. Zdjęcia w tych książkach bywają w stylu mocno archaicznym, czasem udziergi są ilustrowane tylko rysunkami. A do tego proponowane wzory rozpisane są na jeden rozmiar, z włóczek niedostępnych obecnie. Mimo to, uważam, że warto sięgać po te książki i szukać inspiracji. Podpatrzyć splot, wykończenie. Czasem spróbować wykonania na zupełnie innej grubości drutów. Nie są to hipsterskie projekty Jareda Flooda, nie ma w nich wyszukanych splotów w japońskim stylu, ale dla dziewiarek lubiących oryginalność to może być przydatne źródło.

Zacznijmy od pozycji najstarszych, z lat 50. Większość dziubana na cienkich drutach (2-2,5 mm), jeden rozmiar każdego modelu (przeważnie damskie są na 92 cm w biuście), czarno-białe zdjęcia. Ale do tego zgrabne konstrukcje w stylu właśnie lat 50., ciekawe sploty (proste, ale nie banalne). Ten pierwszy niebieski sweter nosiłabym chętnie bez większych przeróbek :) Niektóre męskie kardigany tak samo. Mała biała bluzeczka jest właściwie fasonem ponadczasowym (zrobiłabym ją bez tych guzików, ale poza tym linia świetna, nic, tylko dziergać. A zauważyli Państwo te ciapki na błękitnym swetrze? Jak widać, włóczki piegowate (speckled), to nie jest wynalazek i moda ostatnich lat ;)



Wśród publikacji zeszytowych lubię szczególnie tę pozycję z lat 80. wydaną przez "Przyjaciółkę" dla początkujących. Przystępny opis podstawowych technik, mały leksykon wzorów i kilkanaście prostych fasonów (taka epoka była, przyjazna początkującym dziewiarkom :) )



"Dzianina dla nastolatek" - tu znalazłam wzór na chustę szydełkową, który w książkowym oryginale wykonany był z grubej włóczki, a w moich wersjach (ta x 2, ta, ta i ta) powstał m.in. z Alpaki T/25 i zupełnie inaczej się prezentuje...



"1000 splotów na drutach i szydełkiem" autorstwa Grażyny Kowalskiej-Jarosz - gruby, porządny leksykon splotów (zdjęcia czarno-białe, ale to przecież nie problem?). Jak widać na przykładowym wzorze, niektórym wzorom z naszego regionu dziewiarskiego bliżej do klimatów japońskich niż by się wydawało (jakby tak zrobić prawe przekręcane...)



A jak ktoś lubi sam kombinować wzory i chce w tym celu zaczerpnąć trochę wiedzy, to ta książka będzie idealna: "Krój i modelowanie w dziewiarstwie ręcznym".



Lubię szukać w niedrogich antykwariatach działu robótkowego i na miejscu przeglądać takie publikacje. W sieci czasem zaryzykuję kilka-kilkanaście złotych na zakup, raczej w przypadku autorek, które znam i cenię. I zwykle mam wrażenie wielokrotnego zwrotu z inwestycji :)

sobota, 16 lutego 2019

Śnieg z czereśni i mgły

Na wzory Melody Hoffmann jako pierwsza zwróciła moją uwagę Dodgers. Te projekty mają bardzo spójny styl, dziergane są przeważnie z nitek w naturalnych kolorach. Przyjemnie się na to patrzy i łatwo wyobrazić sobie poszczególne rzeczy na sobie/we własnej szafie.

Chusta "I smell snow" spodobała mi się od pierwszego wejrzenia, ale z początku nie bardzo miałam wizję, w jakich kolorach bym ten wzór widziała. Natchnienie przyszło wraz z motkami Goat on the Boat zakupionymi na Drutozlocie. Już przy zakupie wiedziałam, że będzie z nich chusta, ale jak przypomniała mi się "I smell snow", to wiedziałam już, że ten wzór, żaden inny. Niestety, kupiłam w Toruniu tylko dwa motki, projekt Melody wymaga prawie czterech... Cóż, co komu pisane, to go także w dziewiarstwie nie minie. Pogodziłam się z myślą o wydaniu pieniędzy na kolejne dwa motki, a niedługo potem trafiłam akurat na moment dostawy w sklepiku Marzeny i bez dłuższego zastanowienia dokupiłam resztę surowca. Po czym w oczekiwaniu na przesyłkę przewinęłam motki drutozlotowe i zaczęłam dziergać :)

Pierwsza próbka wykazała, że muszę wziąć cieńsze druty. Po raz kolejny stwierdzam, że Asja mądrze radzi, bo to dzięki niej dość szybko uświadomiłam sobie, jak bardzo lubię odpowiednio zwarty splot francuski. Garbiki powinny być blisko siebie, jak się robi za luźno, to mnie oczy bolą i nie chce mi się nosić takiej dzianiny. Na kimś może mi się podobać dużo więcej, na sobie lubię - excusez le mot - mięsistego francuza i już. Znam teorię, że francuz w chustach powinien być luźniejszy, żeby nie sterczał na ramionach, ale mimo wszystko wolę tę sztywniejszą wersję. Każdemu według upodobań :)

Motków nie mieszałam, nawet w okolicach zmiany. Mimo proweniencji z różnych farbowań, kózki zachowały się bardzo przyzwoicie i nie widać różnicy w chuście. Wzór dziergał się całkiem sprawnie i bardzo przyjemnie - to model z tych, które dobrze łączą się z innymi zajęciami, ale nie zanudzą przy okazji, bo co jakiś czas jest mała zmiana. Za to dowiązanie chwościków poprzedził jakiś miesiąc prokrastynacji. Samo dowiązanie, bo chwosty przygotowałam prawie na początku roboty, co by potem jak najlepiej wykorzystać nitki bez martwienia się o wykończeniówkę.

Całość, mimo że z niemal czterech motków, nie jest ogromna - to kwadrat o przekątnej ok. 180 cm. Nie jestem tym specjalnie zaskoczona, bo dziergałam na mniejszych drutach, a poza tym to (po złożeniu po przekątnej) typowo trójkątna chusta, która nie ma imponujących "wąsów" do zawijania wokół szyi, nagromadzenie dzianiny jest na stosunkowo krótkim odcinku.

Co zmieniłam? Pierwszą modyfikacją w moim egzemplarzu było zrobienie innych oczek brzegowych (klasyczne oczka przekładane), drugą - dodatkowe trzykrotnie powtórzenie ostatniej sekcji pierwszego koloru i pierwszej sekcji drugiego koloru. Dodałam, ile mogłam. Ważenie nitki pokazało, że na jeszcze jedno powtórzenie by nitki na pewno nie starczyło. Tu dodam krótki pean na temat przydatności wagi w dziewiarstwie. Precyzyjna waga jest przyjaciółką osoby dziergającej. Pomaga oszczędzać nerwy (starczy? nie starczy?), czas (jak wiem, że nie starczy, to nie zabieram się za kolejne powtórzenie wzoru) i włóczkę (tak by zostało jak najmniej resztek). Są wzory, które aż się proszą o sprawdzanie wagi w kluczowych punktach (u mnie były to np. chusty Hap for Harriet i strzałki). Szczerze mówiąc, mała waga (podająca wynik w gramach z dokładnością do dwóch miejsc po przecinku) to dla mnie jeden z najpraktyczniejszych okołodziewiarskich przydasiów.

Zdjęcia powstały wraz z dokumentacją poprzednio pokazanego swetra, w pizzerii Cucciolina na warszawskiej Ochocie.















I smell snow by Melody Hoffmann
włóczka/yarn: Chmurka-Goat on the Boat (kolory/shades: Foggy Night, Sweet Cherry)
druty/needle: 3.5 mm
zdjęcia/photos: Gosia

piątek, 8 lutego 2019

Patent na patent

A właściwie kilka niedużych, ale przydatnych. Bo w sumie sweter dziergany w większości patentem to podwójna robota, a jak się go robi na drutach 3 mm, to na pewno nie jest to robótka ekspresowa. Na szczęście parę decyzji podczas całego procesu przysłużyło się udanemu zakończeniu.

Po pierwsze - dobór włóczki do wzoru. Zdecydowanie polecam takie zwarte single na klasyczny splot patentowy. Jakbym przy przerabianiu oczko niżej ciągle wbijała się między składowe nitki, szlag by mnie pewnie trafił jeszcze przed skończeniem pierwszego motka. A tak - samo dzierganie było przyjemnością. Rozciągniętą w czasie, owszem, ale przyjemnością. Tu należą się serdeczne podziękowania Asi, dzięki której poznałam cudowne nitki farbowane przez Ute i dzięki której te motki trafiły w moje ręce. Autorka wzoru dziergała z takiej samej nitki (tylko w innym kolorze) i przyznaję, że wiedziała, co robi. Jak ktoś chce popatentować z przyjemnością, to Mesilyaka od Q-lany szczerze polecam. Co ciekawe, ta potencjalnie delikatna nitka ma strukturę raczej zwartą, gładką (prawdopodobnie odpowiednio zahartowaną w procesie produkcji), która przy długim dzierganiu nie doznaje uszczerbku. Robótkę w bawełnianej siatce nosiłam często ze sobą, żeby wykorzystać czas dostępny na dzierganie w różnych okolicznościach, i po niemal pół roku roboty dzianina nie straciła nic z początkowej urody. Mam nadzieję, że w noszeniu swetra będzie podobnie.

Po drugie - wybrałam mniejszy rozmiar niż z pomiarów oraz rad autorki wynikało i jestem zadowolona z wyboru. Nie chciałam mięsistego owersajza, wolę sweter prosty, nieco bardziej przy ciele. No i jak się ma trzy motki drogocennej nitki (wprawdzie jeden motek = 120 g, ale sweter jest w większości patentowy, a ten splot żre włóczkę niemiłosiernie), to się nitką gospodaruje uważnie, żeby wystarczyło na rękawy przyzwoitej długości. Na koniec, po praniu okazało się, że wyszły nawet nadmiernie przyzwoitej, ale jakoś mi to bardzo nie przeszkadza...

Decyzja o wydzierganiu akurat tego swetra, to z mojej strony nadmiar optymizmu, bo przecież wiem, że dziergam niezbyt szybko i dysponuję ograniczoną ilością czasu na to hobby. Ale mimo to nie żałuję, że się zdecydowałam, bo efekt końcowy bardzo mi się podoba i zadebiutował już na kolacji wigilijnej. Summa summarum, warto było machać drutami przez ponad pięć miesięcy :)

Zdjęcia zostały zrobione w pierwszą sobotę lutego, zaskakująco słoneczną i napawającą optymizmem. Nie aż takim, żeby zdecydować się na zdjęcia w plenerze, toteż uwieczniłyśmy sweter w gościnnych wnętrzach pizzerii Cucciolina na warszawskiej Ochocie.















Fisherman's Cloud by Katrin Schneider
włóczka/yarn: Q-Lana Mesilyak Single (kolor/shade: Rosita)
druty/needle: 3 mm
zdjęcia/photos: Gosia