sobota, 3 grudnia 2016

Chusta, która była beretem

Nie ma co walczyć z natchnieniem. Jak jest, to trzeba korzystać. Choćby dopadło w trakcie dziergania BARDZO POTRZEBNEGO BERETU. Nitkę (ręcznie farbowaną przez Chiaroscuro) i wzór na beret Symetrie wygrałam w rozdawajce u Woolly Wormhead. Beret naprawdę bardzo by mi się przydał i pewnie w końcu powstanie, ale nie z tej nitki. Z tej wychodził trochę za jaskrawy jak na moje potrzeby. A że popełniłam po drodze kilka błędów, decyzja o pruciu była łatwa. Dodziergałam do końca, nitki nie ucinałam, sfotografowałam do celów dokumentacyjnych (zainteresowanych zapraszam na ravelry) i szybko beret zmienił się z powrotem w kłębek.

Gdy tak z umiarkowanym przekonaniem dziergałam rzeczony berecik, nagle spłynęło na mnie olśnienie. Olilia! Rozmycie tych bajecznych włoskich kolorów w morzu czerni (tak się składa, że akurat miałam dwa motki czarnej skarpetkowej w zapasach, czego ja tam zresztą nie mam...) powinno dać odpowiedni dla mnie efekt. Czerń od Chiaroscuro stopiona z czernią skarpetkową, kolory pojawiające się ścichapęk... Tak, to właściwe zastosowanie dla feerii Mabini Nights. Toteż nitka spruta poleżała tylko chwilę, niezbędną do zrobienia próbki czarnoskarpetkowej i jej obmierzenia. Jak zwykle, moja próbka wyszła mniejsza niż Haniowa, więc od razu założyłam, że zrobię więcej powtórzeń wzoru. Skorzystałam też z podpowiedzi Magdy, która w rzędach poprzedzających poszerzanie M1L i M1R robiła narzuty w odpowiednich miejscach - dzięki nim brzeg chusty mniej się ściąga.

Wzór na Olilię jest darmowy i bardzo przyjemny w wykonaniu. Na początku jest szybki rozruch, rządek za rządkiem, a pod koniec przerobienie jednego rzędu zajmuje nieporównanie więcej czasu (ja wtedy miałam na drutach jakieś setki oczek, nawet mi się nie chciało liczyć). Łatwo można zmniejszyć lub zwiększyć wzór. Można różnie wykończyć długi brzeg (u mnie padło na pikotkowe zamykanie oczek, bardzo elastyczne i urozmaicające surową geometrię chusty).

W przeciwieństwie do błyskawicznych decyzji przy dzierganiu i stosunkowo szybkiego dziergania proces dokumentacyjny był dużo bardziej rozciągnięty w czasie. Pogoda utrudniała wykonanie satysfakcjonujących zdjęć uczłowieczonych, ale wreszcie przy okazji czapki udało się trochę udokumentować moją Olilię.

Olilia by Hanna Maciejewska
włóczki/yarn: Lang Yarns Super Soxx (Black), Chiaroscuro Merino Superwash (Mabini Nights)
druty/needle: 3.5 mm
zdjęcia/photos: własnej roboty i Gosiowej/by me and Gosia















You can't beat the inspiration. When it comes, you should take advantage of it. Even if it happens when it's time to knit a TRULY ESSENTIAL BERET. The yarn (handdyed by Chiaroscuro) and pattern for Symetrie beret I won in a giveaway organized by Woolly Wormhead. This particular beret probably will be knitted eventually, as I need it and the pattern is great, but definitely it will be made of another yarn. This yarn is gorgeous but as a hat it's too bold for me. In addition I made several mistakes, so I decided to unravel the beret quite quickly. I've just finished knitting, took simple photos and soon the knitted item transformed into a ball of yarn.

When I was knitting this beret I had a moment of revelation - Olilia! Dipping these marvelous colours in more black should look even better... I had two skeins of black sock yarn which gives a perfect background for Chiaroscuro's Mabini Nights. As I knit tighter than Hanna I decided to make more repeats of section 3. And I used a hint from Magda, who added yarn overs in rows before M1L and M1R - it works for me perfectly :)

Olilia pattern is free and really pleasant. It starts really fast, then the number of stitches grows gradually and finally I had numerous stitches to bind off. It's flexible - you can easily enlarge the pattern or make it smaller. You can cut yarn when changing colours or to carry the unused yarn along the side (knitting together every two rows). I choose the second method. Picot bind off added a little bit of softness to this geometric construction.

sobota, 26 listopada 2016

Czerwony Kapturek z warkoczami

W trakcie czapkowej produkcji prezentowej pozwoliłam sobie na małą odskocznię, czyli testową czapkę według wzoru Hani Maciejewskiej. Można czapkę warkoczową machnąć "z głowy", owszem. Ale zwykle przy takim free style'u są drobne niedoskonałości. Zwykłe oko tego nie zauważa, dziewiarskie niestety tak. I cierpi. U Hani za to wszystko pasuje - nóżki warkocza wyrastają regularnie ze ściągacza, a całość wzoru harmonijnie schodzi się na górze. Do tego włoskie nabieranie oczek dodaje temu fasonowi elegancji. To chyba będzie fason do powtarzania na następne lata :)









Przy okazji mam małą refleksję techniczną. Próbowałam dwóch sposobów nabierania oczek po włosku i dochodzę do wniosku, że zdecydowanie lepszy jest taki, który na początku zakłada dwa rzędy à la double knitting, czyli z przerabianiem co drugiego oczka. Taka technika pięknie dyscyplinuje doły oczek skłonne do rozwłóczania i sprawia, że od początku do końca ściągacz można wykonać na jednym rozmiarze drutów. Do tego podoba mi się nabieranie na drut prosty (których generalnie nie mam w zbiorach, ale akurat ten jeden rozmiar ostał się w drutach, które są w naszej rodzinie od lat) - pomaga okiełznać skręcanie się pierwszego rzędu, o które łatwo przy wątłej linii nabierania po włosku.

Dropsowa Lima niestety czoło dość mocno żre (ze swetrem z tej nitki nie mam podobnego problemu). Trzeba będzie podszyć dzianinę czymś przyjemnym...

Keep Cool Hat by Hanna Maciejewska
Rozmiar M/L
Włóczka: Lima Dropsa
Druty: 5 i 6 mm
Zdjęcia: Gosia

sobota, 12 listopada 2016

Walka z przekrętami

Ciąg dalszy przebojów z nowym sprzętem. Jak wspomniałam poprzednio, spróbowałam ambitnie na Joy uprząść single (czyli nitki pojedyncze). Chciałam mieć taką nitkę na chustę (a nawet cztery chusty). Niestety, wcześniej wspomniana szybkość Joy sprawiła, że single wyszły mocno przekręcone...

Mimo dobrych chęci, nie mogłam się przekonać do singielków (zwłaszcza dwóch pierwszych) nawet po wypraniu... Co (oprócz wyboru odpowiedniego wzoru) mogłam z nimi zrobić?
- przepuścić jeszcze raz przez kołowrotek (najlepiej Fantazję, na której mam większe wyczucie, a szybkość jest bardziej umiarkowana niż na Joy), odkręcając nieco nitkę;
- zdublować z cienką nitką w neutralnym/zbliżonym kolorze;
- dziergać z takiego precelkującego singla i zgrzytać zębami (to mi się najmniej uśmiechało).

Rozważyłam za i przeciw każdego podejścia, wybrałam pierwsze. Single zostały przepuszczone ponownie przez kołowrotek, z różnym skutkiem. Ogólnie poprawka wyszła im na dobre, część stała się bliska ideału, część trochę dalsza, ale wszystkie rokują całkiem nieźle. Przyznam szczerze, że wolę trochę przekręcone single od niedokręconych. Wizja rozsypującej się w rękach nitki jest jednak bardziej przerażająca.

Przędzione na jumbo single udało mi się zrobić w jednej nitce (każdy waży ok. 140 g). Teraz przydałoby się je pomierzyć (hm, zapomniałam przed przewinięciem) i wybrać wzory, w których ew. koszenie, czyli uciekanie całości w jedną stronę (w swetrach od góry to by był skręcający się wokół tułowia korpus), nie powinno przeszkadzać. Jakiś kopnięty trójkąt, jak np. Shades of Pale lub Nurmilintu... Hm, jak już skończę z dzierganiem świątecznym, to coś czuję, że jeden z tych motków szybko zmieni stan skupienia. Znakomicie trafia w upodobania kolorystyczne mojej przyjaciółki, która jak na razie nie ma żadnego udziergu ode mnie, a wiem, że jej się marzy :)



Pierwsze w zestawie powstało burzowe wrzosowisko, czyli Stormy Moor (po lewej).



Drugie były dziewczęce bazgroły ;), czyli Girly Graffiti.



Trzeci był mikołajek nadmorski, czyli Sea Holly.



Na koniec coś orientalnego, czyli wschodnia brama (Eastern Gateway). Na moje oko, to po prostu piękny zachód słońca :)

A tak zupełnie nie a propos, to wreszcie udało mi się w miarę wiernie odwzorować kolory 11. odcinka serialu gradientowego (uprzędzionego już dość dawno temu). W miarę, bez pantonowego fanatyzmu ;) Nitka jest niegruba, łańcuszkowa potrójność skręcona dość akuratnie, to podrzucam fotkę do cieszenia oczu.

sobota, 5 listopada 2016

Radość, kuzynka Fantazji

Joy, czyli radość - kuzynka zdecydowanie daleka (z domu Ashford), która przyjechała zza Wielkiej Wody, a konkretnie z Nowej Zelandii. Trafiła do mnie dość niespodziewanie zeszłej jesieni i wciąż się zaprzyjaźniamy. Na pewno cieszy mnie, że jest przenośna, lekka i bardzo zgrabna, ale na pewno nie jest to przyjaźń od pierwszego wejrzenia. Joy ma ultraprzemyślany hamulec z dwoma sprężynkami, który nie daje jednolitego oporu, tylko w trakcie przędzenia sprężynuje (mocniejszy opór, słabszy opór). To zmusza mnie do czujnego trzymania czesanki w dłoni albo owinięcia tworzącej się nitki wokół oczka na końcu skrzydełka (co zwiększa i ujednolica opór). W Fantazji nie muszę kombinować: ustawiam hamulec na początku z nieznacznym oporem i dopiero pod sam koniec, przy prawie zapełnionej szpuli zwiększam, by lepiej wciągała nitkę. W trakcie nie ma żadnych sensacji i nie potrzeba zmian.

Rozbestwiona przez Fantazję, postanowiłam dopytać znaną mi prządkę z Joy, czy coś się z tym fantem da zrobić. Ustaliłyśmy, że tak ma być, choć oczywiście mogę popróbować z innymi hamulcami (np. z grubszej żyłki). Rozmowa z kolejną posiadaczką Joy przyniosła podobne wnioski. W sumie to chyba dobrze, że muszę trochę przy tym kołowrotku główkować. Fantazja współpracowała ze mną od początku i po przezwyciężeniu pierwszych prządkowych przeszkód dogadujemy się idealnie. Joy wymaga więcej uwagi i okiełznywania. Sporo się przy niej uczę. Mam plan, żeby za jakieś 10 lat być naprawdę dobrą, świadomą swoich działań prządką, a Joy wydatnie wspiera ten proces ;)

Joy ma jeszcze jedną różnicę względem Fantazji - jest wyraźnie szybsza. Właścicielki dużych kół (np. Symfonii) pewnie by dyskutowały, czy to naprawdę jest szybkie tempo, ale w porównaniu z Fantazją jest. Joy nawet na najwolniejszym biegu (a ma ich sporo) kręci się szybciutko. Mimo delikatnie mniejszego koła zamachowego jest szybsza niż Fantazja. Teraz mi to bardzo nie przeszkadza, ale ew. nowicjuszkom niekoniecznie bym takiego pędziwiatra polecała do nauki (gwarantuje mocno przekręcone single). Czyli dalej jestem wyznawczynią F, szczególnie od czasu zakupu skrzydełka i szpulek jumbo. Niemniej przenośność Radości (taka kompletna, bo pedałki się składają i sprzęt chowa do torby z wygodnym paskiem na ramię) jest niezastąpiona w sytuacjach towarzyskiego przędzenia lub wyjazdu (a wiadomo, że szurnięta prządka ciągnie ze sobą sprzęt, gdy tylko może).

Na Joy z początku dwoiłam i troiłam (techniką navajo). Potem zabrałam się za merynosy. Oj, ciężko było. Merynos z Arles nie chciał współpracować, malabrigo nube było nieco przyjaźniejsze, ale bez przesady. Dość szybko wkroczyłam przy obu merynosach z predraftingiem, czyli luzowaniem pasma czesanki w palcach, zanim zaczęłam z niego snuć nitkę. Trochę pomagało, ale tylko trochę (pewnie bardziej by pomogło podzielenie pasma na wąskie pasemka). Swoją drogą, predrafting ma tak różne opinie, że chyba każdy powinien spróbować, żeby mieć własne zdanie... Osobiście uważam, że nie ma co rzucać się z rozszarpywaniem na każde pasmo czesanki, ale w przypadku włókien trudnych albo czesanek "skompaktowanych" (czyli ubitych podczas długiego czekania na przędzenie) warto trochę sobie pomóc, żeby palce nie bolały. Czasem też pomaga właściwy dobór techniki wysnuwania. Zwykle przędę single worsted metodą short forward draw, tym razem short backward draw sprawdził się dużo lepiej (serio, te nazwy tylko tak tajemniczo brzmią, ale różnica jest prosta, niemagiczna). Poza tym namacalnie przekonałam się, że doświadczone prządki mają rację: czesanki nie powinny za długo czekać na przędzenie, zwłaszcza merynosy. Od tego leżenia ubijają się i są potem bardzo trudne w obróbce.

Nierówne single merynosowe zdwajałam z przewiniętego kłębka (nitka z zewnątrz plus nitka ze środka) na Fantazji. Ostatecznie tak wyglądają trzy pierwsze nitki: merynos z Arles (od niezależnej farbiarki) i merynos malabrigo nube w kolorach Sabiduria i Whales Road. Merynos malabrigowy jest nieco bardziej miękki i puchaty od tego z Arles, ale tamten znowuż wydaje się mieć większy potencjał pod względem trwałości. Coś za coś :)

Potem na Joy wskoczyły gradienty... Ale o tym innym razem.

PS. Dalej uważam, że najlepiej kupować kołowrotek (zwłaszcza nówkę w pełnej cenie) po wypróbowaniu. A w przypadku pierwszego kołowrotka, to już bezwzględnie. Przy kolejnym kołowrotku łatwiej zmobilizować się do kombinowania, szukania rozwiązań (co jest w ogóle wtedy łatwiejsze, bo ma się więcej wiedzy prządkowej i doświadczenia). Przy pierwszym kołowrotku nienajlepiej dobrany sprzęt może zniechęcić do tego pięknego hobby, a przynajmniej spowolnić postępy w czasie, gdy zapał nowicjusza daje największy napęd.









***


Joy, the cousin of Fantasia ;) From the far away land, i.e. New Zealand. It's good to have such cousin, isn't it? We live together for some time but I still don't know what to think about her... I'm happy that she's portable, light and beautiful. Nevertheless she has a flaw which I haven't expected. The sophisticated brake is springing when working. That's something new for me, as I grown accustomed with Fantasia to stable resilience (I start with loose brake, then I turn it up when bobbin is almost full).

I didn't give up. I asked another spinner who also spins on Joy. We established that it isn't something to change, I have to live with it :) I can of course give a try to change a brake...

I noticed also another difference between Fantasia and Joy - Joy is significantly faster (even with the slowest setting). Although her wheel is slightly smaller than Fantasia's. Now it's no problem for me, but probably it wouldn't be a good choice for a novice spinner. Well, I love my Fantasia, especially after purchase of a jumbo set. Nevertheless, the portability of Joy (very convenient in a special bag) is great when one plans to meet with other spinners or travel.

In the beginning I tried Joy for plying. It helped me to grow accustomed with her character. Then I started to spin merino singles. It wasn't a piece of cake. Merino d'Arles wasn't cooperative, malabrigo nube was slightly more friendly, but not too much. Soon I started to predraft. Predrafting is necessary when spinning compacted merino. Plus, the appropriate drafting technique can be helpful. For this merinos short backward draw was more efficient than short forward draw. To remember: never allow merino to wait too long for spinning...

All three merinos are self plied. Malabrigo merinos are slightly more fluffy than merino d'Arles, nevertheless they seem to be less resilient.

After merino I started to spin gradients on Joy (to be continued).

PS. I still assume that it's much better to try the spinning wheel before buying (especially when it's a full-price new wheel). When it's a first wheel - it's compulsory. Intermediate or advanced spinner usually has enough experience and patience to tame the new tool. For a novice spinner wrongly chosen wheel can destroy the joy of spinning.

sobota, 8 października 2016

Nitka - niespodzianka

Wiem, wiem, kolor mało zaskakujący, ale tej dwunitce udało się coś, czego zupełnie się nie spodziewałam. Podzieliłam całość (200 g) na dwie części (z wagą w dłoni), po czym uprzędłam dwa w miarę równe single. W miarę, bez fanatyzmu prządkowego. Zdwajałam na szpuli jumbo i okazało się, że oba single miały co najwyżej 10 cm różnicy w długości, a do tego udało się całe 200 g upchnąć na jednej szpuli. Podzieliłam się radością w Klubie Prządki i dziewczyny przyznały, że czasem się to zdarza (niektórym nawet podobno dość często), co nie zmienia faktu, że u mnie to pierwszy raz. Zawsze zostawał mi po takiej robocie konkretny kawałek singla, z którego dawało się jeszcze wytoczyć kłębek dwukońcówkowy i zdwoić go z obu końców. A tu, proszę, jaka miła niespodzianka :)

Surowcem do tego wypasionego motka była mieszanka: 37,5 proc. polwarth, 37,5 proc. merynos, 25 proc. bambus. Bardzo przyjemny, miękki zestaw, który ma w sobie wyraźnego puchacza. Wyszło w sumie ok. 180 m dwunitki w 196 g, czyli włóczkowy grubas. Na razie nie mam zielonego pojęcia, co z tego udziergam, ale pewnie w odpowiednim momencie wena mnie nawiedzi.









Tymczasem na froncie dziewiarskim trwają już w najlepsze przygotowania prezentów gwiazdkowych - standardowych czapek dla siostry i siostrzenic oraz szala dla mamy. Czapki są już mocno zaawansowane - 2 egzemplarze wykonane, trzeci bliski ukończenia (docelowo ma być ich 5). Szal wymagał trochę więcej pracy na początku, bo chciałam zrobić coś prostego z ozdobnym pasem. Jak się robi "z głowy", to trzeba przemyśleć wykończenia, dobrać wzór, który nie zginie w bajecznym farbowaniu malabrigo (szal powstaje z riosa w odcieniu Solis)... Najpierw była spora próbka, na której rozpracowałam nie tylko wymiary, ale też niuanse wybranego wzoru ozdobnego. Potem liczenie, nabieranie oczek i... prucie, bo jednak za bardzo zaszalałam z szerokością szala. Gdyby miał ok. 80 cm szerokości, z 5 motków riosa wyszedłby szalik zapewne nieco krótszy niż szerszy, czyli w sumie kocyk ;) Szal cięższy niż pół kilograma raczej nie ma większego sensu, więc przeliczyłam plany raz jeszcze i nabrałam połowę oczek względem pierwotnej wersji. Teraz powstaje stosunkowo szeroki szalik (ok. 40 cm), ale dużo bardziej praktyczny. Farbowanie Solis podoba mi się zarówno w splocie francuskim, podwójnym ryżu, jak też wzorze z bąbelkami. Dzierga się przyjemnie i obym zdążyła z wszystkim do świąt...



I know that this colour is not surprising (I love blues), but this time surprise happened totally unexpected. I divided top (200 g) for two 100 g parts, using scales, then I spun two singles, relatively even. I plied on the jumbo bobbin and suddenly I discovered that both singles are almost the same length - it was about 10 cm left after plying. Additionally, I managed to ply 200 g on one jumbo bobbin. I shared my joy in Klub Prządki (Polish spinners' club on fb) and other spinners shared their stories: it seems not so rare to have two almost even singles :) Well, for me it happened for the first time. Usually I have substantial leftover from one of the singles and I ply it from both ends.

This skein contents: 37.5 % Polwarth, 37.5 Merino and 25 Bamboo. Lovely combination, fluffy. I have circa 180 meters of 2-ply yarn in 200 g. I have no idea what I should knit from it. Probably the idea will come in the right moment.

Meanwhile in the Christmas gifts department... I'm quite advance in this subject. 3 of 5 planned hats are knitted up and I started for real with a scarf for my mum. As usually, knitting without a pattern needs more preparation and unraveling. I spent some time looking for right decorative stitches, then I had to decide the main stitch, the width of the scarf... I started twice, because the first version was too wide and with 5 skeins of rios (Solis) it would give something more like a blanket than a scarf...

czwartek, 22 września 2016

ChiaoGoo - wrażenia po dwóch latach

Tekst bardzo subiektywny, sprzętowy, niesponsorowany. O moich drutach pisałam poprzednio tu, niemal dwa lata temu. Wówczas zaczynałam moją przygodę z wymiennymi ChiaoGoo i niewiele mogłam o ich użytkowaniu powiedzieć. Teraz jestem już parę swetrów i chust dalej, wrażeń mam znacznie więcej.

Wypróbowałam CG metalowe z żyłkami czerwonymi (Twist - sztywniejsze, nieobrotowe) i przezroczystymi (Spin - miękkie, obrotowe).



Wybrałam metal z powodu ciasnego przerabiania oczek - łatwiej mi wbić się w oczko i je po drucie przesuwać. Do tego ChiaoGoo ma metal lekko satynowany, subtelnie mniej śliski niż inne końcówki tego rodzaju. Dla mnie - idealny opór/idealna śliskość do większości nitek (także alpak i mieszanek z jedwabiem). Co do żyłek, to jestem zdecydowaną wyznawczynią tych czerwonych. W trakcie roboty rozkręcały mi się niekiedy, ale powolutku i nie pożerały oczek w szczelinę bezpowrotnie (kluczyk do dokręcania końcówek jest dobry do wydobywania nitki z rozkręcającego się gwintu). Ich stalowy rdzeń bez pamięci kształtu nie zwija się i nie przeszkadza w dzierganiu. Wprawdzie przezroczyste żyłki obrotowe niwelują możliwość rozkręcenia do absolutnego zera, ale z charakteru są jednak jak większość żyłek, czyli fragment nieobciążony robótką będzie dążył do zwinięcia się w precelek... Toteż te żyłki (o urodzie właśnie żyłki wędkarskiej) są dla mnie zdecydowanie linką drugiego wyboru, jak już zajmę wszystkie czerwone.

Niezmiennie doceniam laserowo grawerowany rozmiar na końcówkach. Dla lenia, który nie ma pod ręką miarki do drutów i nie bardzo chce po takową wstawać z kanapy, to szalenie miłe rozwiązanie. Uwaga: żyłki też mają podany rozmiar i długość na metalowej końcówce.

Trzeba pamiętać, że żyłki trzeba dobierać do posiadanych końcówek pod względem rozmiaru. Do drutów cienkich, do 5 mm grubości włącznie, stosuje się żyłki Small, do drutów grubszych - Large. Niestety, oznacza to także konieczność kupowania osobnych stoperów (na końcówki) i łączników. Oczywiście można żyć bez tych dodatków, ale jakoś tak głupio poskąpić na skórzaną tapicerkę do mercedesa ;) Z drugiej strony, jak sprawimy sobie zestaw podstawowy, to kompletowanie reszty zagospodaruje nam okazje prezentowe na długo... Warto pamiętać w razie zakupu zestawu końcówek w etui, że w zestawie Small brakuje rozmiaru 3 mm (są za to praktyczne okoliczne ćwiartki). Uroki numeracji pod kątem rynku amerykańskiego... Jeśli to rozmiar indywidualnie lubiany, to warto go dokupić. Warto też od razu pomyśleć o dodatkowych żyłkach, bo dołączane do zestawu nie są najdłuższe (35, 55 i 75 cm) i jest ich w sumie trzy.

Bardzo lubię moje ChiaoGoo i są to dla mnie druty pierwszego wyboru, jeśli tylko mam wolny właściwy rozmiar. Ale jednocześnie zdaję sobie sprawę z tego, że są mocno drogie i spokojnie można znaleźć inne modele niewiele mniej wybitne (ba, może w indywidualnym przypadku wybitniejsze, zważywszy indywidualny styl dziergania), a przy tym dużo tańsze. Niezmiennie polecam np. KnitPro Basixy, czyli niewymienne aluminiowe KP (istnieją też basixy drewniane, ale ich nie miałam w ręku). Lubię też wymienne akryle KP, choć kilka udało mi się złamać lub zdezelować łączenie żyłki z metalową obsadką. Nie są to najsolidniejsze druty świata, ale na początek przygody dziewiarskiej lub jako kolejne w kolekcji dają radę. Mimo świadomości niedoskonałości (lekkie haczenie na łączeniach) chętnie dziergam też na skarpetkowych karbonowych KP. Niespecjalnie jest mi po drodze z drewnem. Drewnianych końcówek KP użyłam raz, do dziergania chusty w czasie podróży samolotem. Było ok, ale bez olśnień.

PS. Powyżej pisałam o drutach wymiennych, ale mam jeszcze do dodania parę słów w kwestii niewymiennych ChiaoGoo z czerwonymi żyłkami (Lace - małe grubości drutów). Kocham, kocham, kocham. Dziergałam niedawno berecik na 2,5 mm. Miałam w stajni drutowej tylko pończosznicze w tym rozmiarze. Za krótkie... Nałóg dziergaczy przycisnął, kupiłam w okolicznych pasmanteriach tanie żyłkowce (SKC i Perle, dwie pary, bo najdłuższa dostępna żyłka to było 80 cm, na beret magic loopem za mało). Jak mówiła babcia Florcia - tanie mięso psy jedzą... Gdy palce rozbolały mnie od przepychania oczek z żyłki na drut, a tępawe końcówki wkurzyły, po raz tysięczny rozdwajając dobrze skręconą nitkę, nabyłam w internecie stałożyłkowe CG. Szkoda, że nie zrobiłam tego od razu. Wprawdzie nim druty przyszły, berecik został skończony i spruty (o tym innym razem), ale tymczasem pojawiła się inna robótka na cieniznach, której nowonabyte druty posłużą. SKC i Perle polecam jedynie tym, którzy dziergają luźno. Całej reszcie dziewiarek/dziewiarzy tylko nadwyrężą palce i nerwy.

piątek, 16 września 2016

Szary sweter w wielkim mieście

Tym razem uparłam się - żadnej przyrody w tle. Chciałam mieć urbanistyczne klimaty, które nie będą walczyć kolorem z moim nowym swetrem. Gosia zupełnie nie miała przekonania do szarego na szarym, ale kawałek muru w miejscu zaproponowanym przeze mnie przekonał ją, że to może się udać. Potem jeszcze odkryłyśmy piękny mural, z którym powstała część zdjęć (m.in. fotka pokazana na końcu). Do tego pogoda idealnie dopisała, bo przez ok. dwie godziny pstrykania słońce uprzejmie chowało się za chmurami, a lekki wietrzyk pozwalał mi nie ugotować się w ciepły dzień w swetrze.

To mój drugi szary kardigan bez zapięcia zaprojektowany przez Hanię Maciejewską (tu poprzedni). Ponownie testowy - jak widać, mam do tego typu swetrów autorstwa Hani sporą słabość. Chyba zrozumiałą?

Dla mnie to "ucywilizowany ogoniasty", czyli sweter z luźnymi przodami w wersji trochę mniej rozpasanej. Grubsza włóczka (tutaj przydają się grubości typu sport) raczej nie tworzy zwiewnych, miękko opadających pół, choć odpowiednio dobrana nitka potrafi to do pewnego stopnia zmienić. Dlatego przody zachodzą na siebie nieznacznie. Do tego jest dobrze rozpisany reglan, przemyślane wykończenia i ozdobna prawa poła, której wzór od razu zapada w pamięć. Warto wydziergać ten model z nitki wełniano-jedwabnej: będzie ciepło, ale też nie sztywno. Ja wykorzystałam na mój sweter właśnie taką nitkę z jedwabiem, czyli chomikowanego dość długo Holsta Samarkanda (którego produkcję tymczasem zakończono, niestety). Dziergałam z podwójnej nitki, na przepisowych drutach (4 i 3,5 mm). Wzór był szczegółowo, jasno rozpisany. Polecam każdemu, bo ażur jest nietrudny do zapamiętania i sweter stanowi idealną robótkę do dziergania przy okazji (rozmowy, oglądania meczu...).

W moim nowym kardiganie lubię szczególnie: piękną linię dekoltu, wygodny reglan i niezobowiązujący styl (można nosić luzem, można związać całość paskiem lub spiąć broszką). Przy całym moim zachwycie nad wysublimowanymi, pełnymi niespodzianek zdobniczych swetrami, takie klasyki noszę najchętniej. Ten zaczęłam nosić od razu po obfotografowaniu: po złożeniu nie zajmuje wiele miejsca w przepastnej damskiej torebce, a na chłodne wrześniowe wieczory jest idealny.

Jedyny minus całego testu to doskonałość opisu jeszcze przed rozpoczęciem. Staram się zawsze znaleźć coś do poprawienia w opisach Hani, ale to naprawdę niełatwe zadanie... Haniu, dziękuję za możliwość testowania! To była jak zwykle ogromna przyjemność!

Be Open Minded by Hanna Maciejewska, rozmiar/size M
włóczka/yarn: Holst Samarkand (Platinum)
druty/needles: 3.5, 4 mm
zdjęcia/photos: Gosia















That's my second open front cardigan by Hanna Maciejewska. Again knitted as a test. It's obvious I love this kind of sweater designed by Hanna... Hope it's easy to understand why :)

For me it is the perfect version of an open front cardi for this thickness of yarn (sport). Additionally, wool/silk yarn gives a bit more drape than average wool yarn. I used Holst Samarkand for this knitting (discontinued) and I'm happy with it. I see a bright future for this sweater in my wardrobe.

Easy to remember pattern makes it a wonderful choice for knitting when watching TV or meeting friends. Proportions are also great: I've seen several test knits in different sizes and it's always becoming for a knitter.

Unfortunately ;), when I'm test-knitting for Hanna I sometimes feel obsolete as her instructions even before tests are almost impeccable. Believe me, I try really hard to find something to improve but it's not easy...

Thank you Hania for this opportunity! As always it was a pleasure to test knit for you!

czwartek, 25 sierpnia 2016

Drutozlot 2016

To nie jest tzw. spęd, a najprawdziwszy sabat czarownic. Tyle że zamiast mioteł mamy druty i robótki, to one nas napędzają. Poznajemy się w większości wirtualnie, zauważamy z niektórymi osobami podobny gust, z innymi upodobanie do podobnych dowcipów, a z niektórymi czujemy pełne pokrewieństwo dusz od pierwszego wymienionego w sieci zdania. Rzadko mamy okazję zmaterializować te znajomości z osobami spoza swojego miasta (wiem, warszawianki i tak mają nieźle, bo przy liczbie mieszkanek stolicy siłą rzeczy dziewiarek jest więcej i łatwiej dobrać się w nadającą na tych samych falach grupę). Aż pojawia się okazja, żeby w jedno popołudnie poznać się osobiście, dotknąć wzajemnie swoich robótek i śmiać się do rozpuku z zaskakującego porozumienia, czasem większego niż z niejedną osobą znaną osobiście od lat...

To po prostu fenomen Drutozlotu, wspierany walnie przez energię i urok Hani Maciejewskiej. Do tego trzeba dodać morze arcypozytywnej energii, której uczestniczki Drutozlotu nie pożałowały :)

W zeszłym roku poznałam wiele przesympatycznych dziewiarek, z którymi jest mi po drodze. W tym roku już dość wcześnie wiedziałam, że sporo z nich niestety nie dotrze do Torunia w przedostatni weekend sierpnia. Ale okazało się jednocześnie, że na pewno dotrze wiele innych - już poznanych i takich, z którymi dotąd nie miałam okazji się spotkać. Dlatego postanowiłam się wyrwać choć na tę sobotę. I oczywiście warto było. I znowu mam dosyt i niedosyt jednocześnie. Pogadałam solidniej z kilkoma osobami, zmaterializowałam kilka znajomości, obmacałam piękne sweterki i nasyciłam wzrok fantastycznymi kolorami włóczek. Ale w biegu mignęły mi też znajome twarze osób, z którymi nie zdążyłam zamienić ani słowa (już ustaliłyśmy, że nadrabiamy najpóźniej za rok)... Krótkie rozważanie przy parzeniu herbaty zalet i wad różnych kołowrotków, wspólne ochy na widok fantów do wygrania w loterii. Nasze niezrównane sponsorki zasiliły loterię przepięknymi motkami, szydłami i różnymi okołodziergaczymi fantami. Było nas ponad 100 osób, a odniosłam wrażenie, że chyba każda coś wygrała. Mnie przypadł taki uroczy motek Mirelli Włóczek Warmii:





Nic nie kupiłam na zlocie. Kusiło, oczywiście. Ale nic tak nie dusi zachcianek w zarodku jak konkretna konieczność oszczędzania. No i nie oszukujmy się, zgromadzone zapasy dają mi naprawdę dużą swobodę twórczą...

Dziergałam przy okazji chustę. Na spotkaniu przyszło mi kończyć jedną nitkę i dołączać kolejną. Nauczyłam się od Herbi ulepszonej metody filcującej (z wszywaniem nitki w nitkę). Podziwiałam piękne udziergi koleżanek i skubałam pyszne ciasta (tylko troszeczkę, bo tuż przed spotkaniem zjadłam trzy gałki lodów u Lenkiewicza...).

Z cyklu "Bezcenne" zapamiętam na pewno miny osób postronnych na Rynku Staromiejskim, obserwujących naszą grupę - niecierpliwie wpatrzoną w drzwi wejściowe Domu Harcerza (za czym kolejka ta stoi?) i Martę z Zagrody wiozącą swoje włóczki na taczkach. A bąbel po komarze, który dziabnął mnie na pożegnanie w drodze na dworzec jeszcze parę dni będzie przypominał o Toruniu ;) Swoją drogą to duży wyczyn, że naszej małej grupie kolejowej udało się ograniczyć pożegnania do jakiegoś kwadransa i dotrzeć na pociąg w porę. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego przez trzy godziny podróży nie sprawdzono nam biletów - aż żal, że pieniądze łatwoprzeliczalne na motki poszły na najwyraźniej nikomu niepotrzebny bilet kolejowy... ;)

poniedziałek, 25 lipca 2016

Sufrażystka, ważka, wróżka...

Pokazywałam tę nitkę już w początkach przędzenia singla. Czesanka nazywała się Sufrażystka, ale Maroccanmint koloryt skojarzył się z ważkami i wróżkami, co od razu przemówiło mi do wyobraźni. To taka nieoczywista zieleń, z przebłyskami fioletu, niebieskości i nutką żółto-brązową. Uwielbiam takie kompozycje kolorystyczne, z których wychodzi w zasadzie nitka jednokolorowa, ale o wielu podtekstach. Co ciekawe, na każdym zdjęciu widać właściwie prawdziwe kolory :) Podejrzewam, że niezależnie od skalibrowania monitora...

Czesanka to mieszanka merynosa, BFL i bambusa (55/30/15). Przędła się gładko, po praniu zyskała nieco na puchatości i jest w ogóle przyjemna w dotyku. Została już przydzielona mamie (to wybitnie jej kolory) i poczeka na konkretne zlecenie od rodzicielki. Jest tego 20 dag w dwunitce, nie chciało mi się mierzyć i liczyć, ale powinno na coś konkretniejszego wystarczyć.

Przędzenie 20 deko czesanki wymaga trochę planowania. Nawet szpula jumbo nie jest w stanie przyjąć całości. Dlatego na dwóch szpulach jumbo powstały składowe single (10 dag spokojnie na nich się mieści), a potem na trzeciej zdwajałam, aż ją zapełniłam. Potem doprzędłam jeszcze oba single (to ten średni motek), a z resztki dłuższego singla po przewinięciu w kłębuszek powstała nitka z dwóch końców (to ten malutki moteczek). Ten trzeci etap zaliczyłam już w ramach Tour de Fleece - sympatycznego wydarzenia prządkowego, rozgrywanego w czasie Tour de France. Biorę w tym udział już drugi rok, tradycyjnie omijając grupy z restrykcyjnym regulaminem, nastawione na maksimum przędzenia i rywalizację. Wybieram miejsca, gdzie jest dobra atmosfera i przędzenie dla przyjemności. Oglądanie osiągnięć innych uczestników Touru jest wystarczająco mobilizujące do stawiania sobie ambitniejszych celów i częstszego przędzenia. Wprawdzie w tym roku koło połowy TdF musiałam spasować, życie wymagało przerwy w przędzeniu, ale ta pierwsza połowa była bardzo przyjemna.







sobota, 25 czerwca 2016

Inspirowana brioszka

Szalik skończyłam! Taki cieplutki podwójnie, kompletnie nieadekwatny do pogody za oknem :)

Brioszka, patent, splot angielski... Dawno temu wydziergałam niesamowicie przytulny szalik splotem patentowym (bardzo przytulny, mimo że z akrylu). Po latach zachciało mi się powtórki z rozrywki, ale w trudniejszej formie i ze szlachetniejszego surowca.

Napatrzyłam się na dwukolorowe brioszki Nancy Marchant. Próbowałam nauczyć się jej metody, ale ona odwrotnie przerabia oczka niż ja i do tego zarzuca na druty nitkę trzymaną po prawej stronie robótki... Zajrzałam do Intensywnie Kreatywnej Agnieszki i tam wreszcie znalazłam coś przyswajalnego. Wprawdzie oczka dalej muszę przerabiać nie po mojemu, ale chociaż nitka robocza jest trzymana jak trzeba :) Do tego Aga tłumaczy w sposób logiczny, co sprzyja nauce - lubię rozumieć, co robię. Polecam.

Nabrałam oczka po włosku (pierwszy raz, bo dotąd nie było okazji), po czym popełniłam zbrodnię brioszkową, czyli połączyłam dwie nitki o różnej grubości. Spodobało mi się. I dobrze, że się spodobało, bo myśl o ewentualnym pruciu tego moheru była mi zdecydowanie nienawistna. Wprawdzie elegancję oczek brzegowych dopracowałam dopiero po iluś rzędach, ale wolę tę robótkę z niedoskonałymi brzegami niż prucie takiej mieszanki. Na obu końcach szalika przerobiłam po kilka rzędów samym gradientem, dla wzmocnienia.

Główne role w tym szaliku grają następujące nitki: dwa gradienty na BFL uprzędzione przeze mnie oraz ciemnoszary Kid Silk Dropsa w podwójnej nitce. Dziergałam na drutach 4,5 mm. Szalik wyszedł umiarkowanie duży, brioszka żre nitkę nieprawdopodobnie, ale rozmiar 22 x 145 cm jest wystarczający do otulenia szyi, a temu przecież mają służyć szaliki ;) Że przy okazji kolory są niepowtarzalne, a przytulność dzianiny zachęca do wtulania się, to dodatkowe korzyści.

Mimo pracochłonności, chyba polubiłyśmy się z brioszką.

PS. Mam nadzieję, że w obecnych warunkach pogodowych wybaczycie brak zdjęć na człowieku...













In Warsaw today the temperature is over 30 degrees and still rising. My last finished piece of knitting is absolutely inadequate in these circumstances... Sorry.

Brioche stitch, patent stitch... A long time ago I've knitted incredibly cosy scarf (really cosy although it was acrylic yarn). After many years I started to think about the similar one, but a bit more complicated and made of high quality yarn.

I was admiring beautiful two-colour brioche by Nancy Marchant. I even tried to learn this contemporary brioche from her but it was too difficult as Nancy's style of knitting is completely different from mine. Then I watched a video on Intensywnie Kreatywna site and it was better. Still it's not my style of knitting but there are more similarities and Aga's description is so logical that I finally understood the technique.

That was my first Italian cast-on, and then I started two-colour brioche combining two completely different yarns: skinny, fuzzy mohair (Drops Kid Silk) and my own BFL gradients. With 4.5 mm needles I obtained moderately long scarf (circa 22 x 145 cm), as the brioche is very yarn-consuming. Luckily this size is big enough to keep me warm and it's unique :)

Well, I can say I really like brioche.

PS. I hope you forgive me that I present this scarf without a model...