czwartek, 26 grudnia 2013

Janome 525s - moje doświadczenia

Lubię czytać o maszynach do szycia. Mechanicznych i komputerowych, z różnymi funkcjami. Lubię zwłaszcza indywidualne spostrzeżenia użytkowniczek poszczególnych modeli. Dzięki takiej lekturze gromadzę wiedzę, która ma małe prawdopodobieństwo mi się do czegoś przydać, bo od dobrych paru lat jestem zadowolona z mojej obecnej maszyny i raczej nieprędko ją zmienię. Niemniej w razie natchnienia zakupowego - jak znalazł ;) Moją obecną Janome 525s kupiłam prawie sześć lat temu, w sklepie internetowym. Od tego czasu przetestowałam moją maszynę na materiałach bardzo cienkich (firanki), bardzo gęstych i sztywnych (dżins) oraz na punktach zbiegu kilku szwów. Na to ostatnie jest najmniej odporna, ale daje radę.



Dla zainteresowanych tematem - podsumowanie w punktach.

Co LUBIĘ w mojej maszynie:
- jest solidna, ciężka, w dużej części metalowa (wiem, rozumiem: nowoczesne tworzywa, era kosmiczna itp, ale jestem zdania, że nowoczesne tworzywa są kosmiczne w maszynach za 7-10 tys. zł, maszynę za tysiąc wolę z konkretnego metalu);
- większość funkcji jest intuicyjna, zwykłe szycie po dłuższej przerwie można zaczynać z biegu, bez studiowania instrukcji; nawlekanie jest rozrysowane i ponumerowane w kolejnych punktach na obudowie, jest też podpowiedź do nawijania nici na bębenek;

- jest dostępny duży wybór akcesoriów dodatkowych (stopki, lamowniki, zwijacze), które można dokupić w miarę potrzeb i chęci;
- rzadko miewa humory (ostatnio foszyła przy pikowaniu z wolnej ręki bawełnianą nicią, więc w sumie jej wybaczam...);
- ma wbudowany nawlekacz (przyznam się uczciwie, że odkryłam go po paru latach szycia, jakoś wcześniej przy lekturze instrukcji nie zauważyłam; od chwili odkrycia używam nieustannie i z wielkim ukontentowaniem). Na poniższym zdjęciu zaznaczyłam strzałką wajchę, której pociągnięcie w dół sprawia, że haczyk nawlekacza wyskakuje w otworek igły - jeśli macie coś takiego w swoim sprzęcie i nie wiecie, do czego to służy, to prawdopodobnie nawlekacz ;)

- ma wbudowany obcinacz nici w obudowie (tu muszę trochę ponarzekać: czasami okazuje się, że przycięty "wąs" jest nieznacznie za krótki i wyjeżdża z nawleczenia przy pierwszym ruchu igły w następnym szwie);
- chwytacz rotacyjny (czyli niewypadający, poziomy bębenek);

- duża tolerancja co do ustawień, grubości igły i nici (strasznie nie lubię ciągle podkręcać i odkręcać, wymieniać igły i nici, staram się robić to jak najrzadziej, a szwy mimo to wychodzą ok);
- duża tolerancja na różne materiały, czyli przyzwoite szycie dżinsu i skóry (specjalną igłą), dobre wyniki w pikowaniu patchworkowej kanapki bez stopki z górnym transportem, sprawna praca także z delikatnymi materiałami;
- automatyczne obszywanie dziurki na wymiar guzika (służy do tego przerośnięta w przód i w tył plastikowa stopka, czerwoną strzałką zaznaczyłam mocowanie stopki, niebieską - miejsce na guzik, któremu na miarę dziergamy dziurkę)

- łatwa wymiana stopek (większość zmienia się przez wykliknięcie z uchwytu zdejmowanej stopki i wkliknięcie stopki zakładanej, do wymiany na niektóre stopki - np. zwijacz - potrzeba odkręcić jeszcze kawałek nad stopką, co też nie jest skomplikowane i przy użyciu śrubokręta z akcesoriów maszyny trwa kilka sekund);
- można opuścić ząbki transportu, można zmniejszyć nacisk stopki do zera, czyli są różne możliwości ułatwienia sobie pikowania z wolnej ręki.

Czego NIE LUBIĘ w mojej maszynie:
- jest dość głośna: w domu szyje umiarkowanie głośno, natomiast gdy zabrałam ją "do ludzi", czyli na zajęcia patchworkowe, warczała jak traktor, ergo, jest nieśmiała ;)
- stopkę podnosi się prawą ręką (jestem praworęczna, ale Łucznik nauczył mnie w początkach szycia, że wajcha jest z lewej strony i parę lat szycia na Janome nie wyrugowało tego przyzwyczajenia, tak więc notorycznie macam głowicę maszyny, aż sobie przypomnę umiejscowienie wajchy);
- transport jest bez fajerwerków i nadmiaru ząbków, co przekłada się czasem na trudność z precyzyjnym szyciem od samego brzegu materiału;
- plastikowy sztywny pokrowiec na maszynę ma otwór na uchwyt tuż obok szpulki z nicią, co oznacza, że odstawiona maszyna zbiera kurz na szpulce;
- nawijanie nitki na bębenek nie jest idealne, choć na szczęście wystarcza, żeby się szyło bez przeszkód i walki z dolną nicią.

Co CHCIAŁABYM mieć, a w tej maszynie NIE MAM na to szans:
- możliwość ustawienia, w jakiej pozycji po zatrzymaniu szycia znajdzie się igła (zostawienie igły w materiale upraszcza zwrot na zakręcie);
- przycisk start/stop, który pełni rolę samochodowego tempomatu na autostradach długich prostych szwów;
- wyszywanie alfabetu. Nie pociągają mnie specjalnie maszyny-hafciarki, ale abecadło (koniecznie z pełnym polskim zestawem) czasem by się przydało.

Ogólnie rzecz biorąc, Janome 525s spełniła wszystkie istotne oczekiwania z naddatkiem. Miała być niezawodna, niezbyt kapryśna i nadawać się do różnych materiałów. Taka właśnie jest. Niedawno zaczęłam paczłorkować i do tego też się nadaje. Mam od lat wrażenie, że to maszyna z dużą cierpliwością do mnie. Ze starymi Łucznikami było odwrotnie ;) Zdecydowanie nie jestem wyznawczynią teorii, że stare Łuczniki były dobre. Były trwałe, owszem, łatwo je było naprawić, ale czy z tych samych powodów ktoś marzy o zamianie nowoczesnego auta na fiata 126p? Serio?

Mam przy okazji pytanie do innych użytkowników tego modelu (lub podobnych) - gdzie się ten sprzęt smaruje? W starym Łuczniku były konkretne dziurki do olejowania, tu dziurek nie stwierdziłam, ponadto instrukcja w dziale poświęconym dbaniu o maszynę ani słowa nie poświęca tej czynności. Gdy odkurzam okolice pod bębenkiem, daje się tam wyczuć lekka tłustość. Ciekawe skąd? Czyżby to była maszyna samosmarująca się magicznym olejem nie wiadomo skąd? ;-) Spotkałam się w sieci z informacją o samosmarowaniu się niektórych maszyn, ale jakoś nie mogę uwierzyć, że tak nigdy, nigdzie...

A na zakończenie moje prządkowe początki. Straszny grubas (w dodatku nierówny) mi wychodzi. Do "jako-tako" jeszcze daleka droga, ale już mi się przędzenie podoba :-) Podobnie myśl, że nabiorę kiedyś w tej robocie automatyzmu podobnego do obecnych umiejętności druciano-szydełkowych, jest szalenie kusząca...

sobota, 21 grudnia 2013

Cóż tam, panie, na tapecie?

Dziś krótki przegląd tego, co obecnie jest robótkowo na tapecie. Właściwie część powinna już dawno z owego tapetu zejść, ale moja multizadaniowość i niefrasobliwe podejście do realizacji planów utrudniają zakończenie działań.

Sweter szary. Historycznie najstarszy. Zaczęłam go dziergać 1500 km od Warszawy, 28 lutego 2012. Docelowo miał powstać Still Light Tunic, ale po raz kolejny przekonałam się, że nie to ładne, co mi się na zdjęciu podoba, a to, co cieszy moje oko w lustrze... Fason autorstwa Veery Välimäki wygląda pięknie na wielu kobietach (matko, ile cudnych wersji się naoglądałam na blogach!), ale ja należę do drugiej grupy - tych, którym sympatyczna wełniana grucha nie służy. Mam stosunkowo szerokie ramiona i proporcjonalnie wciętą talię. Still Light Tunic podkreśla to pierwsze, a kompletnie ukrywa drugie. I to nie jest dobre rozwiązanie. W zasadzie powinnam to przewidzieć przy wyborze fasonu, ale tak cieszył moje oko, że uciszyłam wszelkie wątpliwości. Za karę przez kilka tygodni (a może nawet miesięcy) przymierzałam skończony sweter i patrzyłam posępnie w lustro. Mimo zaklinania, fason nijak nie stawał się bardziej twarzowy, więc pewnego dnia dojrzałam do sprucia dużej części tułowia - tak od biustu w dół. Bolało, nie powiem, jak się likwiduje efekty miesięcy pracy na drutach 2,5 mm z pojedynczej nitki Alpaki Lace, to nie może być przyjemnie. Ale jak to z odrywanym plastrem bywa, potem było już tylko lepiej. I prościej. Oryginalny projekt rozszerza się od linii biustu w dół. W mojej poprawionej wersji od biustu się nic nie rozszerza, nie ma też kieszeni, dzięki czemu sweterek jest kulturalnie dopasowany w okolicach talii. Żeby jednak nie było zbyt łatwo i prosto, wymyśliłam sobie eleganckie zakończenie dołu. Rękawy są wykończone kilkoma rzędami francuza, zasadniczy dół swetra ma mieć gładką podwiniętą plisę, załamaną na jednym rzędzie lewych oczek. Załamanie jest super, ale przy podszywaniu plisy kota można dostać. Co mnie napadło z tą cienką alpaką i równie cienkimi drutami? Cóż, mam nadzieję, że uda się ten sweter skończyć przed drugą rocznicą rozpoczęcia prac :)



Drugi sweter w kolejce do skończenia to Obsidian, o którym już pisałam. Został mi drugi rękaw do zrobienia i wykończenie. Sweter zapowiada się nieźle, aczkolwiek ma parę niepokojących punktów. Jak pachy, gdzie stwierdzam nadmiar dzianiny, z którym trzeba będzie sobie poradzić (zszyć?). Still Light Tunic jest zdecydowanie lepiej ukształtowany na tym odcinku. Niepokoi mnie też zamknięcie oczek w golfie. Zaczynałam od tymczasowego nabierania oczek z łańcuszka i będę testować wszystkie znane mi i nieznane metody na elastyczne zakończenie, żeby mieć więcej możliwości noszenia golfa (normalnie, na jedno ramię, na dwa). Poza tym zastanawiam się, jak ostatecznie ułoży się ten opisywany wcześniej "szew" na linii zmiany kierunku dziergania. Jest trochę sztywniejszy od całości dzianiny i mam nadzieję, że nie będzie odstawał... Jakby co, to się go jakoś przykryje, ale sam w sobie ma urok i wolałabym go zostawić w roli ozdoby. Może blokowanie pomoże w okiełznaniu tego elementu?



Trzecia w kolejce jest kolejna czapka według tego wzoru. Moja chrześniaczka dostała na mikołajki nową kurtkę, do której (oczywiście) stare czapki nie pasują ;) Tak się składa, że miałam Baby Merino w żywym różu, który powinien ładnie zagrać z nową kurtką. Wiem, że 10-latka uważa obecnie różowy za "kolor dla dzidziusiów", ale ten róż zupełnie mi się dzidziusiowaty nie wydaje i podejrzewam, że może nie kojarzyć się mojej siostrzenicy z określeniem "różowy". Zobaczymy, w razie czego młodsze siostry obdarowanej powinny być zadowolone :)
Czapka, jako pilna i nieduża, została ekspresowo zakończona.



Będzie też drugie Jango. Koleżance z pracy bardzo się ten fason spodobał i obiecałam jej podobną czapkę. Z kroplą różu i fioletu. To będzie przyjacielski barter, bo Kasia jest uzdolnioną ceramiczką i przygotowuje dla mnie misę na włóczkę, większą niż standardowa. Czy posiadanie dwóch mis na włóczkę o czymś świadczy? ;)



Robią się prezenty. Z kosmetyczki na razie zrezygnowałam, bo nie mogę znaleźć czerwonego polaru, który miał być usztywnieniem i ociepleniem wnętrza. Powinien gdzieś się pałętać w materiałach do wykorzystania, ale na razie na niego nie trafiłam. Kosmetyczka poczeka na pozytywny efekt wykopalisk (D. ma też w ciągu roku urodziny i imieniny), a tymczasem doszyję parę woreczków z lawendą w wersji de luxe, czyli ze szwami francuskimi, wiązanych pastelową wstążeczką. Worki dla Siostry skończone, ale nie pokażę szczegółów, żeby do końca Siostrze nie zepsuć niespodzianki ;) Powiem tylko, że stopka do automatycznego obszywania dziurek na guziki to jest to :)

A to jest prezent rękodzielniczy, który sobie sprawiłam pod choinkę.



Przyrasta chusta ze Scrumptiousa i koralików. Strasznie lubię ten wzór i jego dzierganie bardzo mnie uspokaja. A nawlekanie koralików przy pomocy nawlekacza do igieł jest genialne w swej prostocie. Nakładam koralik na druciki nawlekacza, przesuwam maksymalnie do dołu, przez środek drucików przekładam szydełko, przeciągam docelowe oczko z robótki, wyjmuję z oczka szydełko, przesuwam koralik na oczko, zsuwam druciki nawlekacza z oczka (trzymając koralik, co by się nie zsunął przy okazji), wkładam szydełko w oczko, zaciągam owe oczko raczej ściśle i szydełkuję dalej. Kaszka z mleczkiem. Jak ktoś jeszcze nie próbował, polecam. Uspokajanie, nie tylko robótkowe, może się w ostatnim tygodniu przedświątecznym bardzo przydać, bo mimo wybitnie pokojowego charakteru świąt Bożego Narodzenia, zauważam, jak frustracja w narodzie narasta i wybucha w niespodziewanych momentach. Żebyśmy przy wigilijnym stole się nie musieli wstydzić za swoją niecierpliwość, lepiej poszydełkujmy dla zdrowia ;)

Na zakończenie mała zapowiedź tego, o czym napiszę w najbliższym czasie. Powoli powstają wpisy o mojej maszynie do szycia i o ciuchowych inspiracjach książkowych. To tak w ramach oddawania społeczności blogowej tego, co sama wcześniej wykorzystałam (i z czego ciągle korzystam). Właściwie maszynę i książki kupiłam w czasach przedblogowych (w sensie nieczytania tychże blogów, nie mówiąc o pisaniu), ale jako że zostały ze mną na dłużej...

Na koniec życzę wszystkim, którzy to czytają, radości i szczęścia. Na czas świąt Bożego Narodzenia i w ogóle w życiu :)))

sobota, 7 grudnia 2013

Oczekiwania społeczne

Którym na blogach próbuje się sprostać... Oprócz uwieczniania osiągnięć, upamiętniania zdarzeń, osób i przedmiotów wartych upamiętnienia (lub nie, ale to nasz blogerski wybór).

Czytam czasem u koleżanek-blogerek wypisy z fraz, których śladem poszukiwacze informacji netowej do nich trafili. Niezmiennie mnie ta lektura rozbawia, czasem też przyprawia o dłuższą chwilę zadumy. Z ciekawości zaczęłam gromadzić te kwiatki z mojego młodego bloga. Zastanawiające jest to, że jak dotąd nie trafiły się u mnie szczególnie zabawne frazy. Może blog zbyt sieriozny, a używane na nim słowa za długie, kto wie? A może merytoryczności zapytań i odesłań służy mała poczytność? Hmm, w sumie lubię być niszowa i jakoś mi to nie przeszkadza, ale moment refleksji nad tymi poszukiwaniami nie powinien zaszkodzić ;-)

Toteż przejdę do konkretów (z zachowaną oryginalną pisownią):

- jak zrobic roze z aksamitu - hmm, sama nie wiem, ale chyba popróbuję i się podzielę z czytelnikami odkryciami, żeby nie trafiali w nicość :)

- mariadegustibus.blogspot.com - czyli że dobrze nazwałam blog, bo nazwa daje się zapamiętać :) Dalej lubię być niszowa, ale zakładam, że część moich miłych czytelników może mieć mnie nie dodaną do zakładek (sama lubię odwiedzać blogi, wpisując adresy z pamięci), więc tym lepiej, że nie utrudniam im przypomnienia sobie, gdzie to właściwie chcieli zajrzeć...

- paper piecing - odczuwam ciężar odpowiedzialności, bo dotąd popełniłam tylko jeden wpis na temat i zupełnie nie czuję się specjalistką. Pozwolę sobie zainteresowanych tymczasem odsyłać do Szkoły Patchworku i na dwa fajne blogi, które z pewnością poszerzą im wiedzę w kwestii tej techniki, jeden w lengłydżu, drugi po polsku (Pink Penguin i maroccanmint)

- spódnica w maki - u mnie to właściwie peonie, przy czym zastanawiam się, czy ktoś to wpisał, bo chciał taką spódnicę kupić (moja nie do sprzedania) czy po prostu szukał natchnienia (służę inspiracją)

- bawelna aksamit - rozważałam ich wzajemne relacje tu, więc mam nadzieję, że udało mi się ten aspekt wystarczająco opisać, ale jeśli ktoś chciał kupić aksamit bawełniany, to niestety trafił kulą w płot. Na szczęście takowy aksamit jest w sklepach internetowych dostępny, więc jak jeszcze chwilę człowiek poszuka, to trafi, gdzie trzeba :)

- namiot barwy ochronne - turystów-militarystów przepraszam za wpuszczenie w maliny. Żakietu nie sprzedam.

- szydełkowe kosmetyczki - czy ja coś pisałam kiedykolwiek o szydełkowaniu? Owszem, zdarza mi się machać tym przyrządem, ale jak dotąd na blog wytwory szydełkowe nie trafiły. Nie jestem też wielbicielką kosmetyczek zrobionych tą techniką, więc czytelników z góry i z dołu przepraszam za doznane rozczarowanie.

- jak łączyć pikowanie bloki - ja tam najpierw bym połączyła bloki, a potem je przepikowała. Ewentualnie przy ogromnych narzutach można, zdaje się, pikować części całości, żeby zmieścić materiał pod ramieniem zwykłej maszyny, a potem ostatecznie łączyć te półprodukty. Obiło mi się to o uszy, ale tematu nie eksplorowałam, więc znowu zachęcam do sięgnięcia do źródeł specjalistycznych i dalszego poszukiwania w sieci.

- co mozna zrobic z welny teczowej/wełna tęczowa - tutaj pisałam na temat. Co ciekawe, obie frazy były szczególnie popularne w tygodniu po 11 listopada...

- szycie poduszeku gosi - czyżby odbyła się ciekawa impreza bez mojego udziału?

- jaka czapka do dyplomatki - moim zdaniem, zasadniczo żadna. Polecałabym przede wszystkim kapelusze, nic dzierganego lub zbyt sportowego. Chyba że właściciel dyplomatki ma oryginalny styl i potrafi udanie połączyć dyplomatkę np. z kraciastym kaszkietem i martensami. Tylko że wtedy chyba nie szuka informacji na ten temat w sieci? Ja nosiłam dyplomatkę głównie w porze przejściowej, bez czapki, potem miałam takie małe, filcowe, czerwone (mniej więcej taki fason).

Z ostatniej chwili: do kolejki robótek w trakcie niepostrzeżenie wmanewrowała się szydełkowa chusta (może to wpływ tych kosmetyczek?). Jakoś nie mogłam już patrzeć na cudnego granatowego Scrumptiousa, który miał się stać szalem Lacy Rectangular Scarf, ale początki na tyle mnie wkurzyły, że je sprułam. Nie lubię wzorów, które po kilkudziesięciu rzędach wciąż wymagają nieustannego śledzenia opisu wzoru. Wzór Laury Zukaite jest piękny, elegancki i pasowałby do tej włóczki znakomicie, ale nie miałam do niego cierpliwości. Zupełnie nie układał mi się w palcach i pamięci... Po czym doznałam natchnienia, że zrobię czwartą chustę szydełkową według wzoru z "Dzianiny dla nastolatek". Z cienkiej przędzy ten wzór wygląda duużo bardziej skomplikowanie niż jego faktyczne wykonanie. Zaczęłam więc z entuzjazmem przerabiać Scrumptiousa na ten model chusty. Po kilku rzędach stwierdziłam, że czegoś mi brakuje. Mieszanka merynosa z jedwabiem jest za gładka i za grzeczna. Mimo niewątpliwego dysonansu poznawczego, postanowiłam nie pruć dotychczasowych dokonań. Zaczęłam wrabiać koraliki (Toho round 6/0, Metallic Cosmos). I jest zdecydowanie lepiej: granatowe niebo usiane gwiazdami :-)



Tymczasem produkcja prezentów postępuje. Oto dowód:



Swetry (szary i Obsidian) coraz bliżej zakończenia i noszenia, ale o nich innym razem.

środa, 20 listopada 2013

First things first

Znaczy się - priorytety mieć trzeba :) A gdy jest druga połowa listopada i plany własnoręcznych prezentów podchoinkowych wciąż niewiele wyszły poza fazę planowania... Trzeba ostro zabrać się do roboty. Zmobilizować wenę, zabrać się za robotę krok po kroku. I może jakoś się wyrobię do 24 grudnia... Tak więc rzucam inne twórczości w kąt (w tym jestem niezła ;-) ) i zabieram się za kolejne pozycje z listy prezentowej.

Poduszki dla mamy już są - punkt dla mnie. Worki lniane na chleb (bynajmniej nie suchy i nie dla konia, a dla siostry) w produkcji (Siostra, nie czytałaś tego, rozumiemy się?). Dla siostrzenic będą worki na bieliznę - na razie w fazie planowania. W fazie nieco poza planowaniem jest kosmetyczka dla D., która najprawdopodobniej spędzi z nami wigilijny wieczór. Materiał główny wybrałam, dwa potencjalnie pasujące suwaki kupiłam w piątek 10 minut przed zamknięciem pasmanterii. Wahałam się trochę co do doboru materiału na części boczne kosmetyczki. Granat byłby zbyt oczywisty i jest cieńszy od bawełny w ptaki, która ma być głównym budulcem. Szary len wydaje mi się ciekawszym zestawieniem.



Od jakiegoś czasu walczę ze sprzętem fotograficznym. Mój dotychczasowy kompakt z możliwościami po trzech latach zaczął mieć humory. Mimo wytrwałego naciskania guzika włącza się, kiedy mu się zachce, i przeważnie zaraz potem sam się wyłącza. Jak się łaskawie nie wyłączy, to nerwowo pstrykam zaplanowane zdjęcia, licząc, że ta chwila dobroci dla właściciela potrwa jak najdłużej. Serwis firmowy trzymał go trzy tygodnie, by ostatecznie stwierdzić, że wszystko jest w porządku. Niestety nie jest, ale na szczęście za tę natchnioną diagnozę nie wzięli ani grosza. Uruchomiłam więc zaskórniaki i kupiłam bezlusterkowca. Mam nadzieję na współpracę dłuższą niż trzy lata...

Przy okazji donoszę, że Jango zareagowało właściwie na blokowanie. Dzianina stała się miękka, lejąca i rzędy lewych oczek są zdecydowanie bardziej płaskie. Ta wersja mi się podoba. Choć dalej nie wyglądam w niej jak Miss Świata, ale poziom twarzowości znacząco wzrósł i jest jak na moje potrzeby wystarczający. Poza tym jednonitkowy merynos jest idealny na chłodne dni z temperaturą powyżej zera. Grzeje akuratnie. O, proszę, jaka ładna dzianina:



Tymczasem wszystkie mikołajowe elfy machające aktualnie igłami, drutami i szydełkami serdecznie pozdrawiam i wracam do radosnej twórczości :)

czwartek, 7 listopada 2013

Dzierganie kompulsywne

Czasami dojrzewam do projektu latami. Początkową ideę rozpracowuję, zmieniam, podrasowuję. Szukam odpowiedniego wzoru lub wykroju, na bazie którego mogę osiągnąć pożądany efekt. Materiałów i pasmanterii, które nadadzą projektowi właściwy charakter. Bywa też tak, że zobaczę gdzieś urokliwy pomysł, wzór albo inspirującą stylizację i już mam w ręku nożyczki albo druty.

Z Jango poszło szybko i bez nadmiernej refleksji. Zobaczyłam wykonanie Asi i pomyślałam, że chcę mieć swoją wersję. Chętnie z babymerinowych resztek na tle jasnoszarego motka, który niedawno przypomniał o sobie, wypadając z koperty. Wzór raz-dwa kupiłam i po dwóch dniach przystąpiłam do dziergania. Pojedyncze Baby Merino Dropsa dało mi większą próbkę niż wzór przewiduje. Nabrałam więc 124 (zamiast 128) na rozmiar przewidziany na 58 cm obwodu głowy.

Mimo konieczności zabawy z drutem do warkoczy przy każdym pasku, udało mi się skończyć dzierganie w niecały tydzień. I... stwierdziłam, że jest to kolejna czapka, która podoba mi się sama w sobie, ale nie na mnie. Ładna jest, mięsista, w moich kolorach. Ale nie, nie przekonuje mnie forma, jaką przyjmuje na mojej łepetynie. Zblokuję ją chyba i zobaczę, jak się zachowa - wolałabym bardziej rozciągniętą wzdłuż.

Dwa rzuty okiem na strukturę mojego szaro-czerwonego Jango





piątek, 1 listopada 2013

Worki na czasie

A właściwie na obuwie :-) Z początku miałam poprzestać na etykietkach (imię, nazwisko, klasa), które trafiłyby na gotowe worki szkolne siostrzenic, ale, poszukując w czeluściach szafy rodzicielskiej lnu (na zupełnie inny wyrób), dopadłam kawałek czerwonej sztuczności, która od razu skojarzyła mi się z materią na worki obuwnicze. Śliska, cienka, mocna, z lekkim połyskiem. Dzień wcześniej wykonałam etykiety z ciemnoszarej bawełny z czerwonymi napisami i czerwonym zygzakowym obszyciem. Niby nie ja ich będę używać, ale niechże mi się podobają... Do tego materiał na worki dopasował się idealnie, a szara bawełniana tasiemka (0,70 zł/m) do ściągania wylotu worka dopełniła całości.

Szycie worków to żadna filozofia. Aczkolwiek miło wykonać tę prostą robotę porządnie. Tkaninę szybko pocięłam na cztery sztuki przy pomocy noża krążkowego. Szerokość i długość kawałka materiału pozwalała worki wykroić w jednym kawałku, tak, że pozostały do zszycia tylko szwy boczne i tunelik na górze. Boki szyłam szwem francuskim, wylot założyłam do wewnątrz dwa razy, pierwszy wąsko, drugi szerzej (żeby tasiemka swobodnie się przesuwała). Nie zapomniałam o zostawieniu ok. 2 cm wlotu do tunelu. Tasiemkę wciągnęłam przy pomocy agrafki, końce związałam.

Etykiety były bardziej pracochłonne. Żeby nie mieć jednolitego maziaja imiennego, łączyłam stempelki gumką recepturką po kilka i malutkim pędzelkiem nakładałam farbę na same literki. Idealnie się nie dało, ale jest czytelnie i wdzięcznie w stylu poniekąd shabby, zwanym niegdyś rustykalnym. Gotowych etykiet nie przyszywałam. Niech obdarowane same to zrobią, najlepiej jak umieją. Trzeba wychowywać kolejne pokolenie z umiejętnościami rękodzielniczymi ;-)

Worki nie zostaną zaprezentowane z gotowymi etykietami, ze względu na ochronę danych osobowych. Planowałam przygotowanie jednego przykładu z gatunku "Gerwazy Adam Horeszko, 2c", ale przykładowa etykieta (obszyta, niezadrukowana) schowała się przede mną po próbnych zdjęciach. Jak już opublikuję wpis na blogu, pewnie się ujawni.

Na zdjęciu worek pojedynczy



I worki w komplecie, z półproduktem etykietowym (nawet niewyprasowanym, bo skoro gotowe malowanie trzeba utrwalać żelazkiem...)



Rzut oka na szwy



Winna jestem jeszcze wyjaśnienie, dlaczego worki miałyby być na czasie. Ostatnio co i rusz napotykam teksty o tym, jaki to kolor szary jest modny. Trochę mnie to bawi, bo szarości to nie "mięta" czy inne efemerydy sezonu. Orły są szare, że zacytuję Beau Brummela. W sumie czuję się trochę jak Zygmunt Kałużyński (znany dziennikarz i abnegat) w kwestii płaszcza ;-) Dla nieznających tej historii - streszczenie. Otóż pan Zygmunt nosił zawsze charakterystyczny pomięty prochowiec. Pewnego dnia wsiadł do tramwaju (bodajże przy którejś z uczelni warszawskich) i spostrzegł, że zdecydowana większość młodzieży w tramwaju nosi nader podobne okrycie. Doszedł do wniosku, że... moda go dogoniła. Czego wszystkim czytającym te słowa życzę.

sobota, 19 października 2013

Źródło pięknych płaszczy

Bardzo doceniam cudzą pracę. Zwłaszcza w dziedzinach, których sama spróbowałam i przekonałam się, jak wiele wysiłku wymaga końcowy produkt na poziomie. Płaszcz popełniłam w życiu jeden. Mniej więcej 15 lat temu, ciemnozłoty, przeciwdeszczowy, na podszewce z flaneli w pasy. Tym bardziej doceniam dobrze uszyte płaszcze zimowe. Starannie wykończone, uwzględniające moją długość rękawa i wysokość talii. Gdzie wloty kieszeni wypadają na naturalnym dla wsunięcia dłoni odcinku bioder, a szerokość ramion jest dokładnie taka, jak powinna. Odkąd menedżer-racjonalizator w Domach Towarowych Centrum zachęcił panią Barbarę Hoff do przejścia na emeryturę, liczba sklepów z odzieżą na różny wzrost stopniała w Warszawie dramatycznie. Pozostaje głównie szycie miarowe. A to metoda niestety kosztowna...

Dla mnie ratunkiem okazała się Moda i Styl, która sprzedaje głównie gotowe wyroby własne, ale nie tylko. Poznałam ich sklep na Osiedlu za Żelazną Bramą bodajże 10 lat temu, gdy zużyła mi się podszewka w dyplomatce produkcji nieistniejącej już firmy Uba Uba. Koleżanka poleciła usługi Mody i Stylu, gdzie za 100 zł mój płaszcz zyskał nową, znakomitej jakości podszewkę, z którą jeszcze długo służył. Potem ratowałam tam ulubiony żakiet. Po latach, w 2010 roku, trafiłam do sklepu Mody i Stylu na Brackiej. Spodobał mi się wełniany trencz na wieszaku. Oczywiście rękawy, talia, szerokość ramion pozostawiały wiele do życzenia. Pani za ladą zaproponowała uszycie podobnego na moje wymiary. Ustaliłyśmy, z jakiej tkaniny i za ile, dogadałyśmy, które części chcę mieć dodatkowo ocieplone, pani dokonała pomiarów i pozostało czekać na gotowy płaszcz. Ile czekałam, dziś dokładnie nie pamiętam, ale nie trwało to bardzo długo. Kosztowało 800 zł (z materiałem). Suma niebagatelna, ale jak się chwilę zastanowić, to nieprzesadzona. Jeśli chce się mieć dobrą rzecz na lata, to warto tyle zapłacić. Za te pieniądze można mieć wprawdzie 2-3 płaszcze z sieciówek, ale kto w tamtych sklepach po kilku sezonach naprawi Wam przetarcia w strategicznych miejscach podszewki (u mnie to łopatki, najwyraźniej skrzydła anielskie mi rosną ;-) ) za... 20 zł? Trencz czy dyplomatka w klasycznym kolorze nie dezaktualizują się szybko, a świadomość, że producent tego evergreenu w razie potrzeby o Was zadba, jest dodatkowym atutem.

Dlaczego o tym wszystkim piszę? Bo przy ostatniej wizycie w Modzie i Stylu usłyszałam, że interes średnio idzie. A ja chcę, by sklepy z dobrymi krajowymi wyrobami przetrwały wszystkie kryzysy. Chcę móc za jakiś czas pójść na Bracką po kolejny płaszcz. Z materiału owszem włoskiego, ale uszytego rękami zdolnych pań z Mody i Stylu, a nie kiepsko opłacanych mieszkanek Kambodży lub Bangladeszu. Dlatego zastanówcie się, czy nie potrzeba Wam eleganckiego klasyka płaszczowego. Nie zniechęcajcie się przewagą "ciotkowatych" fasonów na wieszakach. Wyszukajcie wśród nich interesujący Was materiał i zapytajcie o trencz, dyplomatkę, redingot...

A na zachętę zdjęcia mojego trencza po trzech latach noszenia. Akompaniuje komin (chomąto) z Katii Island w dwóch kolorach (splot waffle check na okrągło). Ze zdjęciami nie majstrowałam za dużo, żeby łatwiej było dostrzec prosty urok tego płaszcza: dużo mądrze rozmieszczonych guzików, dobre proporcje, patki i rygielki wszędzie tam, gdzie takowe powinny się pojawić. I ładną metalową klamrę paska, która przełamuje nieco surową szarość. Podobnie jak podszewka w różyczki :-)









Zbliżenie na chomąto

wtorek, 15 października 2013

Mała rzecz

A cieszy :-) Zwłaszcza użytkowniczkę nowej czapki. Kolejnej już z niekończącej się serii. Od kilku lat dziergam siostrze i jej progeniturze właściwie ten sam fason, zmieniając tylko rodzaj warkoczy i szczegóły. Długość ma wystarczyć do wywinięcia ściągacza, warkocze mogą być dowolne, na czubku żadnych chwostów lub pomponów. Dropsowe Baby Merino pasuje wszystkim - mi się wygodnie dzierga, a użytkownikom przyjemnie nosi i pierze. Do tego ma dość szeroką paletę gładkich kolorów plus szarości lekko melanżowe. Tym razem wykorzystałam fiolet.

Robienie czapek z wciąż tego samego rodzaju surowca ma tę podstawową zaletę, że nie muszę za każdym razem robić próbki. Wystarczy na początku starannie zapisać kolejne kroki i potem tylko udoskonalać mniej doskonałe punkty. Mimo wielu powtórek z rozrywki mam jeszcze parę elementów do dopracowania, co sprawia, że robota wciąż wydaje mi się ciekawa. I daje dużo satysfakcji, bo w kilka wieczorów wykonuję gotowy wyrób.

Konstrukcja tej czapki przewiduje zaczynanie od podwójnego ściągacza z 88 oczek (taki rozmiar pasuje na dorosły łeb i spory dziecięcy łepek). Po przejściu do części nieściągaczowej likwiduję jedno oczko (2 razem na prawo), żeby mi się rozliczenie wzoru zgadzało :-) Dziergam magic loopem, na akrylowych KP 5 mm, z podwójnej nitki. Jakby ktoś życzył sobie dokładniejsze instrukcje na ciąg dalszy tego modelu, to proszę śmiało zgłaszać zapotrzebowanie w komentarzach.

Na zakończenie zdjęcie gotowej czapki.



sobota, 28 września 2013

Tym razem dla mamy

Zauważyłam ostatnio, że większość tworzonych przeze mnie rzeczy trafia w czyjeś ręce. To w sumie dobrze, bo mam z nich podwójną radość :-) Dziś prezentacja kolejnego uszytku nie dla mnie. Początki poduszek dla mamy opisywałam tu. Szycie i pikowanie nie należały do łatwych. Były za to wielce pouczające... Lewa strona przepikowanego wierzchu widoczna jest na poniższym zdjęciu w prawym egzemplarzu. Lewy egzemplarz prezentuje plecy już wykończonej poszewki.



Ostateczny efekt od frontu wygląda tak



Suwak jest kryty, bo taki mi sprzedano. Spieszyłam się, zwróciłam uwagę na kolor i długość, ale na rodzaj już nie i ostatecznie postanowiłam zamek potraktować tradycyjnie. W sumie całkiem przyjemnie się szyło (znów półstopką) - ząbki krytego suwaka są mniej przeszkadzające niż tradycyjnego. Jego mniejsza trwałość nie powinna stanowić problemu przy nieczęstym ubieraniu i rozbieraniu poduszki.

Pikowanie wykonałam ze stopką do cerowania, na opuszczonych ząbkach transportera, w podgumowanych rękawiczkach ogrodniczych. Długo trwało, w trakcie ja nabierałam pewności w prowadzeniu tkaniny, a maszyna z wolna przekonywała się, że takie działanie jest możliwe do wykonania.

Wnioski końcowe mam następujące: gruba bawełna jest niewygodna w fastrygowaniu (które uważam za niezbędne przed wszyciem suwaka), ale za to jest bardzo stabilna w obróbce i ułatwiała mi okiełznanie towarzyszącego jej aksamitu. Aksamit, nawet dość gruby bawełniany, jest kapryśny i ma urok wijącego się piskorza, ale efekt wart jest zachodu - szlachetność materii jest bezsprzeczna. Kolor na zdjęciach wychodzi niepodobny do zielonego oryginału, zainteresowanych prawdziwym odcieniem zieleni zachęcam do zajrzenia do zdjęć z poprzedniego etapu, tam poprzez wyżarcie koloru bawełny w róże udało mi się osiągnąć zieleń zbliżoną do rzeczywistości. Od początku września jestem pozbawiona aparatu, pstrykam zdjęcia czym się da, ale to zdecydowanie nie to samo...

sobota, 14 września 2013

Genialny myk

Szyję ostatnio trochę, ale co to za szycie... Kolejne woreczki i worki nie uszczupliły nadmiernie tamtego kilograma lawendy. Dziergam też powolutku dwa czasochłonne sweterki. Jeden z nich zabieram ze sobą w podróże małe i duże (nie Obsidian), ale mimo zawziętego machania drutami, do końca jeszcze sporo mi zostało. Zwłaszcza że w trakcie roboty wykluwają mi się pomysły na inne niż wcześniej wykonane wykończenia dekoltu i rękawów. Dodgers, przyznaj, szara babyalpaca wymaga czegoś de luxe, czyż nie? Z pierwotnego pomysłu i wzoru niewiele zostanie (odcinek od obojczyków do biustu?). Cóż, kupiłam wzór ewidentnie nie w swoim typie, ale jaki za to inspirujący do zmian ;-)

A teraz do rzeczy. Czytam ostatnio do poduszki literaturę szyciową natury wielce praktycznej. I trafiam czasami na takie smakowitości, że aż miło. Jednym z ostatnio poznanych myków są zaszewki bez nitek na czubku. Metoda podobno dość stara, ale mnie dotąd ominęła. Dla takich jak ja, mniej spostrzegawczych, krótki instruktaż. Może się przydać przy materiałach przejrzystych i w razie chęci wykończenia w stylu haute couture.

1. Siadamy przed maszyną. Góra i dół z taką samą nitką, górna nitka jednakowoż nie nawleczona ostatecznie na igłę w maszynie.

2. Łapiemy w dłoń nawlekacz do igieł i przewlekamy nitkę bębenkową w odwrotnym kierunku niż robilibyśmy to nitką górną (czyli przeważnie będzie to oznaczać nawleczenie od tyłu do przodu igły).

3. Wiążemy nitkę górną z nitką dolną.

4. Wiązanie uważnie przeciągamy do góry, drogą górnej nitki. Na tyle daleko, żeby przy szyciu supełek nie dotarł do systemu naprężenia górnej nitki.

5. Szyjemy zaszewkę od czubka (bez ryglowania vel ściegu powrotnego zabezpieczającego na początku). Na końcu normalnie obcinamy nitki.

6. Podziwiamy nasze dzieło i za pamięci usuwamy z maszyny fragment z supełkiem z górnego nawleczenia.

7. Bad news: do każdej kolejnej zaszewki powtarzamy całą akcję od nowa...

8. Good news: jeśli ktoś nie zna tej metody, to prędzej będzie nas podejrzewać o szycie ręczne niż wpadnie, jak to zostało zrobione :-)

Pewnego dnia dorzucę tu parę fotek ilustracyjnych myku, jak trochę więcej czasu będzie na zbyciu...

wtorek, 20 sierpnia 2013

Stryja całuj z dubeltówki...

...a jak jest tak udany jak mój stryjek, to koniecznie obdaruj go swoim rękodziełem. Ja w tym celu uszyłam dwie poszewki na poduszki. Niestety, przy okazji zgubiłam 10 metrów beżowej wypustki. Poszukiwania wypustki miały tylko ten jeden pozytywny efekt, że z pełnym przekonaniem i surowością zakazałam sobie kupowania jakichkolwiek włóczek i materiałów zanim nie wyrobię przynajmniej połowy posiadanego surowca (dotąd raczej niezobowiązująco myślałam, że chyba mam tego towaru sporo i coś by trzeba z tym zrobić). Wypustka była kupiona niedawno, specjalnie pod kątem tych poduszek i proszę, ukryła się przede mną. Pewnie z jakimiś materiałami, co tym bardziej utwierdza mnie w słuszności nałożonego embarga.

Wracając do poduszek. Wiedziałam, że musi to być coś w brązach, żeby pasowało stryjkowi do salonu. Gładkie prześcieradło w odcieniu gorzkiej czekolady nabyłam w sklepie z pościelą, a materiał w zwierzątka o wdzięcznej nazwie "Pożegnanie z Afryką" w jednym ze sklepów patchworkowych. Chciałam to safari wyeksponować, więc konstrukcja z trzech części z sawanną pośrodku wydała mi się najlogiczniejsza. I nie przekombinowana - stryjek lubi prostotę.

Nie chciałam pikowaniem kawałkować zwierzątek, lot trzmiela wydawał mi się z kolei przy afrykańskim widoczku nadmierną atrakcją, toteż po dłuższym namyśle zdecydowałam się na ręczne pikowanie, głównie po konturach mieszkańców sawanny. Wyszło może nie genialnie, ale przyzwoicie. Brązowe części boczne są pikowane maszynowo wedle pomysłu Leah Day. Motyw zasadniczo prosty, ale przy moim niewielkim zaawansowaniu w temacie był chwilami wyzwaniem. Aczkolwiek odnotowuję postępy. Spróbowałam tym razem nie wyłączać transportera pod ząbkami, zmniejszyłam jedynie nacisk stopki (uniwersalnej) na 0 (to sugerowała wspomniana Leah) i faktycznie miałam lepsze wyniki niż z opuszczonymi ząbkami i stopką do haftowania/cerowania. Do tego prowadziłam materiał dłońmi uzbrojonymi w podgumowane rękawiczki ogrodnicze, co bardzo ułatwiło mi manewry. Guma nieźle trzyma, proszę Państwa :-) Przy podniesionych ząbkach i tym wzorze trzeba było obracać całą robótkę przy każdym zwrocie kierunku, ale zerowy docisk zezwalał na wykonanie tej czynności bez podnoszenia stopki.

Przepikowane kanapki obszyłam owerlokiem (i jak najbardziej mam świadomość, że dla osób nieznających terminologii patchworkowej to jest zabawne zdanie). Kanapki były raczej równe, a myśl o przycięciu przy okazji obrzucania zbyt kusząca.

Po przydługim, acz bardzo pouczającym wstępie czas na prezentację gotowego wyrobu.

Oto safari x 2 dla stryjka



To zbliżenie na pikowanie



To zbliżenie na wszywanie suwaka w plecy poszewki (ta sama technika co przy tej poduszce). To białe to fastryga na okrętkę. Szyłam z półstopką, jak łatwo zauważyć.



Teraz mogę spokojnie czekać na przyjazd przyszłego właściciela poduszek :-) Dla którego zapewne będą one dziełem wybitnym (mimo paru pomniejszych niedoskonałości), zważywszy łączące nas ciepłe uczucia rodzinne ;-)

piątek, 2 sierpnia 2013

Obsidian in statu nascendi

Tym razem nie będzie nic ukończonego (nowego, jak też odgrzewanych kotletów). Mam pilną robotę, oprócz normalnej pracy, i nie mogę się od niej odrywać na zbyt długo. Na robienie i obróbkę wielu zdjęć czasu jest za mało, ale na zebranie kilku uwag o powstającym rękodziele wystarczy. Mnie się na pewno przydadzą ku pamięci, a może też pomogą innym osobom, które zastanawiają się nad wydzierganiem Obsidiana.

Śmigam ten sweterek od kilku tygodni z doskoku. Przeszłam etap golfa, idąc w dół, oddzieliłam oczka rękawów na zapasowe żyłki, obecnie dziergam kilka centymetrów poniżej pach. Dość szybko oswoiłam się ze specyficznym sposobem dziergania na okrągło zastosowanym w tej robótce. Całość jest wykonana splotem francuskim, który w robótkach płaskich uzyskuje się przez przerabianie każdego rzędu oczkami prawymi. Albo lewymi, ale wybór musi być konsekwentny. W robieniu na okrągło nie ma początku ani końca rzędu, ponadto nie dzierga się po obu stronach robótki, więc uzyskanie splotu francuskiego wymaga co rząd zmiany oczek prawych na lewe i odwrotnie. Punkt zmiany (na początku w miejscu połączenia okręgu w pierwszym przerobieniu, potem konsekwentnie nad nim) powoduje powstanie rodzaju uskoku w robótce.

Tak to wyglądało w kominie dzierganym z Noro



Obsidian w ciekawy sposób radzi sobie z francuską kwadraturą koła. Oczka przerabia się cały czas na prawo, choć robótka tworzy zamknięty okrąg. Tu też mamy miejsce zmiany, pomyślane tak, że powstaje wyraźna linia, coś jak szew. Osiąga się to za pomocą prostego "wrap & turn" znanego wszystkim dziewiarkom, które choć raz spróbowały rzędów skróconych. Lubię takie robienie atutu z czegoś, co klasycznie jest uważane za słabość...

Ładne, prawda?



poniedziałek, 22 lipca 2013

W oparach lawendy

Co by tu zrobić, żeby nie przepłacać za saszetki z lawendą? Ano, najlepiej kupić kilo suszu lawendowego, uszyć rzeczone saszetki, nasypać, zaszyć i utykać po szufladach. Na saszetki, które będą spoczywać w czeluściach szuflady, najlepiej użyć zwiewnej koszuli nocnej, której się nie lubi.

Tu dwie przykładowe saszetki (za wdzięczne tło robi jedna z moich niedawnych farbowanek)



A tu wał przeciwmolowy



Wniosków mam kilka. Po pierwsze: kilo suszu lawendowego to bardzo duuużo saszetek. Ok. 40 niedużych sztuk nie uszczupliło znacząco wonnego wora... Po drugie: saszetki w dużych ilościach warto szyć owerlokiem. Co do czwartego brzegu, to po nasypaniu kwiecia zawijałam brzeg dwukrotnie i przeszywałam 3 mm stębnówką na zwykłej maszynie (ryglując szew na początku i końcu). Postanowiłam szyć w miarę długą stębnówką, by w przyszłości móc łatwo pruć i wymieniać zwietrzałą lawendę.

Lawenda zajmuje mi ostatnio cały czas robótkowy. Obsidian dotarł do fazy oddzielenia oczek na rękawy i wyszło mi z liczenia, że gdzieś zapodziało się pięć oczek. Zastanawiam się, czy dodać je od niechcenia przy nabieraniu dodatkowych oczek pod pachami. Jak już się zdecyduję, to ruszę w dół swetra. A na razie lawenda, lawenda, lawenda...

poniedziałek, 15 lipca 2013

To była sobota...

Sobotę spędziłam twórczo. Na malowaniu i farbowaniu tkanin podczas kursu zorganizowanego przez Szkołę Patchworku. Marzena pokazała nam różne metody, o paru innych tylko opowiedziała, bo dnia by nam na wszystko nie starczyło... Chyba każda z nas wyszła z poczuciem dosytu, bo nie tylko próbowałyśmy, ale też próbki zabrałyśmy do domu, by utrwalić je ostatecznie i wykorzystać do szycia.

To były zajęcia pełne barw (nie podkręcałam kolorów, naprawdę)



Z technik malowankowych, które skutkują tkaniną o prawej i lewej stronie, a ponadto zwykle wymagają utrwalenia żelazkiem, największe możliwości dla siebie widzę w sun-printingu i efektach solnych. Sun printing wymaga powleczenia malowanej bawełny farbą światłoczułą. Są specjalne farby do sun-printingu, ale można też zastosować dostępny w sklepach dla plastyków Setasilk. Tak mi się kojarzy, że w "Pracowni fotograficznej", wśród metod na różne podłoża były też pomysły na tkaninę. Obawiam się jedynie, że tamte metody byłyby skuteczne jedynie do uzyskania monochromatycznych obrazków w odcieniach szarości... Współczesne farby do tkanin dają większe możliwości.



Efekty solne są bardzo proste do uzyskania i bardzo przy tym nieprzewidywalne. Tkaninę zwilża się, maluje rozcieńczoną farbą, a następnie soli. Po jakimś czasie sól (surowiec wielce higroskopijny) wyciąga farbę tu i ówdzie. Można malować tkaninę w różne kolory, ale po pierwszych próbach mam wrażenie, że efekt jest wyrazistszy na jednobarwnym tle. Na koniec znowu utrwala się całość żelazkiem. Po strzepaniu soli, rzecz jasna.



Ogólna zasada przy malowankach jest następująca - maluje się dużo bardziej nasycone kolory niż chce się ostatecznie uzyskać.

Na koniec farbowanie. Na kursie używaliśmy barwników Procion MX, których jakość jest nieporównywalna z tym czymś z burej papierowej torebki, czym przerabiałam lata świetlne temu subtelnie różowe letnie spodnie na odzież bardziej en vogue, czyli prawie czarną...

Na dowód kilka zdjęć







Podoba mi się taka zabawa z kolorem :-)

niedziela, 7 lipca 2013

Zamówienie zrealizowane

Takie zamówienie ma pierwszeństwo. Chrześniaczka poprosiła o pokrowiec na tablet. Miało być coś niebieskiego, coś szydełkowego i, co najważniejsze, jak najszybciej. Niebieskości zostały z ostatnio wykonanej kosmetyczki, szydełkowe (własnej roboty) leżało w pudełku od bardzo dawna i czekało na wykorzystanie, a postulat szybkości udało się zrealizować.



Szczerze mówiąc, nie jestem do końca zadowolona z produktu finalnego. Moja pierwsza lamówka satynowa wyszła tak sobie, a to jest element mocno rzucający się w oczy... Cała reszta jest ok, więc staram się skupiać na całej reszcie :-)

Materiał zasadniczy złożyłam na połowę, do środka dałam ocieplinę poliestrową i przepikowałam wzdłuż po liniach kraty. To złożenie jest przy wlocie pokrowca, którym dzięki temu nie musiałam się przejmować :-) Szydełkową ozdóbkę przyszyłam ręcznie, lecąc z igłą po okręgu (trzykrotnie, w różnej odległości od środka). Zszyłam bok i dół, przycięłam szwy na ok. 1,5 cm, oblamowałam. Przy wlocie pokrowca wszyłam "szelki" z czarnej gumki. Do włożenia tabletu i wyjęcia można je bez kłopotu odchylić, a gdy sprzęt jest w środku, stanowią dodatkowe zabezpieczenie.

niedziela, 30 czerwca 2013

Błahostka z szantungu

Nie jest to spódniczka dziewczęca



Ani wytworna czapka kucharska



To kosmetyczka dla Gosi :-), która to Gosia ma ostatnio fazę na szycie toreb na zakupy. Nabywa w second handach ciuchy z interesujących materiałów i ciacha je brutalnie, acz skutecznie. Przy każdym spotkaniu mogę podziwiać kolejne jej dzieła. Gosia jest mistrzynią szybkich i nadzwyczaj efektownych metamorfoz. Do tego uwielbia żywe kolory. Ta kosmetyczka jest przedstawicielką raczej stonowanego nurtu w jej garderobie... Gosia lubi szycie szybkie, proste, bez dłubania drobiazgów. Mnie ostatnio zaciekawiło szycie kosmetyczek, piterków, etui itp, więc zaproponowałam jej produkcję maleństwa do kompletu.

Z zasadniczej części spódnicy powstała oczywiście torba. Na kosmetyczkę pozostał m.in. pasek, suwak i jeszcze trochę. Z podszewką. Suwak wyprułam, a z reszty skroiłam kształt wykorzystujący dotychczasową konstrukcję.

Po czym szyłam, pamiętając, że przy szyciu kosmetyczki dowolnego kształtu trzeba zachować określoną kolejność czynności:
1. Wszycie suwaka.
2. Zszycie części zewnętrznej.
3. Zszycie podszewki (z zostawieniem odpowiednio długiego odcinka niezszytego, żeby bez kłopotu odwrócić kosmetyczkę na prawą stronę).
4. Wywrócenie kosmetyczki na prawą stronę, zszycie ręcznie ściegiem krytym pozostałego niezszytego odcinka podszewki.
Ot, i cała filozofia :-)





Szczególną dbałością trzeba się wykazać przy suwaku. Żeby potem całość ładnie wyglądała i żeby za szybko się tam wszystko nie popruło przy częstym rozsuwaniu i zasuwaniu. To się postarałam :-)

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Barwy ochronne

To chyba najstarsza rzecz z mojego dorobku, jaką pokażę na tym blogu. Żakiet powstał na pewno ponad 10 lat temu, stawiałabym na mniej więcej drugą połowę lat 90. Jest w przygaszonej, ale nie szarej zieleni. Żadne tam khaki i moro, proszę nie wierzyć monitorowi, to jest po prostu zieleń. Dobrana z rozmysłem w sklepie stacjonarnym w czasach, gdy tylko takowe placówki handlowe istniały (był jeszcze jakiś handel wysyłkowy, ale to jednak nie ta skala co Internet, no i materiałów tą drogą raczej nie sprzedawali, o ile dobrze pamiętam). Sklep zresztą do dziś istnieje, w Warszawie na Marszałkowskiej. Polecam. Materiał to 100 proc. lnu, więc zagniecenia to przede wszystkim świadectwo szlachetności materii. I umiarkowanie starannego prasowania, które przy lnie w zupełności mi wystarcza.



Wykończenie jest z pewnością nieidealne, ale staranne. Żakiet odszyłam podszewką. Jako że odpowiedni kolor dopadłam w sklepie w dwóch mniejszych kawałkach, to łączenia obu materiałów zaplanowałam w rękawach. To jest idealne miejsce do takich połączeń, kryje szwy i ew. różnice w odcieniach :-) Dziurki odszyłam lnem żakietowym. Przy guzikach na rękawach darowałam sobie zwyczaje wytwornych krawców i dziurek nie produkowałam - tam guziki po prostu są przyszyte.



Zamierzam w tym sezonie żakiet nosić do wąskich czerwonych spodni i podkoszulka khaki z wielokolorowym nadrukiem. On ma w sobie coś z namiotu ;-), ale nie ma poduszek, więc jest to namiot miękko otulający, przyjazny sylwetce. Można go zebrać w talii paskiem - mam nawet odpowiedni, ze sznurków i pseudorogowego kółka, ale się do zdjęcia nie załapał.



Dla porządku nadmienię, że wykrój pochodził z "Burdy" (nr 3/97). W oryginale miał duże guziki na wszystkich czterech kieszeniach. Zredukowałam ich liczbę o połowę, a i tak obecnie mam wrażenie, że jest ich o dwa za dużo ;-) Jakby Charlie Chaplin akurat wychodził z fabryki, mogłoby być niebezpiecznie (patrz: Modern times)... Bo ja wiem, może je odpruję na wszelki wypadek?

Dla porządku nr 2 przyznam się, że nie był to pierwszy żakiet, który w życiu popełniłam. Najpierw był chyba taki ze stójką, a la Nehru, z tkaniny obiciowej, bez podszewki. Potem był bodajże czerwony żakiecik pudełkowy z elano-lnu. Na podszewce, zasuwany metalowym suwakiem w kolorze mosiądzu. Dzięki niemu (żakietowi, znaczy się) odkryłam, że nie jestem stworzona do fasonów pudełkowych. Na szczęście siostrze ten krój leży i żakiet się nie zmarnował. Był jeszcze granatowy żakiet, na którym przećwiczyłam szycie kieszeni z patką i wypustką. Był też żakiecik z lnu w kolorze ciemnomusztardowym - świetny wykrój burdowy, leżał na mnie znakomicie i miał wdzięczne małe kieszonki w zaokrąglonych cięciach przodu. Jeśli znajdę ten wykrój, to chyba coś jeszcze uszyję wedle tego samego wzoru.