poniedziałek, 24 czerwca 2013

Barwy ochronne

To chyba najstarsza rzecz z mojego dorobku, jaką pokażę na tym blogu. Żakiet powstał na pewno ponad 10 lat temu, stawiałabym na mniej więcej drugą połowę lat 90. Jest w przygaszonej, ale nie szarej zieleni. Żadne tam khaki i moro, proszę nie wierzyć monitorowi, to jest po prostu zieleń. Dobrana z rozmysłem w sklepie stacjonarnym w czasach, gdy tylko takowe placówki handlowe istniały (był jeszcze jakiś handel wysyłkowy, ale to jednak nie ta skala co Internet, no i materiałów tą drogą raczej nie sprzedawali, o ile dobrze pamiętam). Sklep zresztą do dziś istnieje, w Warszawie na Marszałkowskiej. Polecam. Materiał to 100 proc. lnu, więc zagniecenia to przede wszystkim świadectwo szlachetności materii. I umiarkowanie starannego prasowania, które przy lnie w zupełności mi wystarcza.



Wykończenie jest z pewnością nieidealne, ale staranne. Żakiet odszyłam podszewką. Jako że odpowiedni kolor dopadłam w sklepie w dwóch mniejszych kawałkach, to łączenia obu materiałów zaplanowałam w rękawach. To jest idealne miejsce do takich połączeń, kryje szwy i ew. różnice w odcieniach :-) Dziurki odszyłam lnem żakietowym. Przy guzikach na rękawach darowałam sobie zwyczaje wytwornych krawców i dziurek nie produkowałam - tam guziki po prostu są przyszyte.



Zamierzam w tym sezonie żakiet nosić do wąskich czerwonych spodni i podkoszulka khaki z wielokolorowym nadrukiem. On ma w sobie coś z namiotu ;-), ale nie ma poduszek, więc jest to namiot miękko otulający, przyjazny sylwetce. Można go zebrać w talii paskiem - mam nawet odpowiedni, ze sznurków i pseudorogowego kółka, ale się do zdjęcia nie załapał.



Dla porządku nadmienię, że wykrój pochodził z "Burdy" (nr 3/97). W oryginale miał duże guziki na wszystkich czterech kieszeniach. Zredukowałam ich liczbę o połowę, a i tak obecnie mam wrażenie, że jest ich o dwa za dużo ;-) Jakby Charlie Chaplin akurat wychodził z fabryki, mogłoby być niebezpiecznie (patrz: Modern times)... Bo ja wiem, może je odpruję na wszelki wypadek?

Dla porządku nr 2 przyznam się, że nie był to pierwszy żakiet, który w życiu popełniłam. Najpierw był chyba taki ze stójką, a la Nehru, z tkaniny obiciowej, bez podszewki. Potem był bodajże czerwony żakiecik pudełkowy z elano-lnu. Na podszewce, zasuwany metalowym suwakiem w kolorze mosiądzu. Dzięki niemu (żakietowi, znaczy się) odkryłam, że nie jestem stworzona do fasonów pudełkowych. Na szczęście siostrze ten krój leży i żakiet się nie zmarnował. Był jeszcze granatowy żakiet, na którym przećwiczyłam szycie kieszeni z patką i wypustką. Był też żakiecik z lnu w kolorze ciemnomusztardowym - świetny wykrój burdowy, leżał na mnie znakomicie i miał wdzięczne małe kieszonki w zaokrąglonych cięciach przodu. Jeśli znajdę ten wykrój, to chyba coś jeszcze uszyję wedle tego samego wzoru.


2 komentarze:

  1. Takie namiotowe żakiety w barwach ochronnych mają swój nieodparte urok. Do wąskich spodni w kontrastowym kolorze to może być strzał w dziesiątkę.

    OdpowiedzUsuń
  2. Mam nadzieję, że się sprawdzi. Lubię kombinować w stroju coś starszego, z historią, i element zdecydowanie współczesny. Przy czym zestaw dobrany przed lustrem nie zawsze dobrze mi się nosi na co dzień... Ale temu żakietowi łatwo nie odpuszczę, jak nie te spodnie, to coś innego do niego dopasuję :-)

    OdpowiedzUsuń