czwartek, 26 grudnia 2013

Janome 525s - moje doświadczenia

Lubię czytać o maszynach do szycia. Mechanicznych i komputerowych, z różnymi funkcjami. Lubię zwłaszcza indywidualne spostrzeżenia użytkowniczek poszczególnych modeli. Dzięki takiej lekturze gromadzę wiedzę, która ma małe prawdopodobieństwo mi się do czegoś przydać, bo od dobrych paru lat jestem zadowolona z mojej obecnej maszyny i raczej nieprędko ją zmienię. Niemniej w razie natchnienia zakupowego - jak znalazł ;) Moją obecną Janome 525s kupiłam prawie sześć lat temu, w sklepie internetowym. Od tego czasu przetestowałam moją maszynę na materiałach bardzo cienkich (firanki), bardzo gęstych i sztywnych (dżins) oraz na punktach zbiegu kilku szwów. Na to ostatnie jest najmniej odporna, ale daje radę.



Dla zainteresowanych tematem - podsumowanie w punktach.

Co LUBIĘ w mojej maszynie:
- jest solidna, ciężka, w dużej części metalowa (wiem, rozumiem: nowoczesne tworzywa, era kosmiczna itp, ale jestem zdania, że nowoczesne tworzywa są kosmiczne w maszynach za 7-10 tys. zł, maszynę za tysiąc wolę z konkretnego metalu);
- większość funkcji jest intuicyjna, zwykłe szycie po dłuższej przerwie można zaczynać z biegu, bez studiowania instrukcji; nawlekanie jest rozrysowane i ponumerowane w kolejnych punktach na obudowie, jest też podpowiedź do nawijania nici na bębenek;

- jest dostępny duży wybór akcesoriów dodatkowych (stopki, lamowniki, zwijacze), które można dokupić w miarę potrzeb i chęci;
- rzadko miewa humory (ostatnio foszyła przy pikowaniu z wolnej ręki bawełnianą nicią, więc w sumie jej wybaczam...);
- ma wbudowany nawlekacz (przyznam się uczciwie, że odkryłam go po paru latach szycia, jakoś wcześniej przy lekturze instrukcji nie zauważyłam; od chwili odkrycia używam nieustannie i z wielkim ukontentowaniem). Na poniższym zdjęciu zaznaczyłam strzałką wajchę, której pociągnięcie w dół sprawia, że haczyk nawlekacza wyskakuje w otworek igły - jeśli macie coś takiego w swoim sprzęcie i nie wiecie, do czego to służy, to prawdopodobnie nawlekacz ;)

- ma wbudowany obcinacz nici w obudowie (tu muszę trochę ponarzekać: czasami okazuje się, że przycięty "wąs" jest nieznacznie za krótki i wyjeżdża z nawleczenia przy pierwszym ruchu igły w następnym szwie);
- chwytacz rotacyjny (czyli niewypadający, poziomy bębenek);

- duża tolerancja co do ustawień, grubości igły i nici (strasznie nie lubię ciągle podkręcać i odkręcać, wymieniać igły i nici, staram się robić to jak najrzadziej, a szwy mimo to wychodzą ok);
- duża tolerancja na różne materiały, czyli przyzwoite szycie dżinsu i skóry (specjalną igłą), dobre wyniki w pikowaniu patchworkowej kanapki bez stopki z górnym transportem, sprawna praca także z delikatnymi materiałami;
- automatyczne obszywanie dziurki na wymiar guzika (służy do tego przerośnięta w przód i w tył plastikowa stopka, czerwoną strzałką zaznaczyłam mocowanie stopki, niebieską - miejsce na guzik, któremu na miarę dziergamy dziurkę)

- łatwa wymiana stopek (większość zmienia się przez wykliknięcie z uchwytu zdejmowanej stopki i wkliknięcie stopki zakładanej, do wymiany na niektóre stopki - np. zwijacz - potrzeba odkręcić jeszcze kawałek nad stopką, co też nie jest skomplikowane i przy użyciu śrubokręta z akcesoriów maszyny trwa kilka sekund);
- można opuścić ząbki transportu, można zmniejszyć nacisk stopki do zera, czyli są różne możliwości ułatwienia sobie pikowania z wolnej ręki.

Czego NIE LUBIĘ w mojej maszynie:
- jest dość głośna: w domu szyje umiarkowanie głośno, natomiast gdy zabrałam ją "do ludzi", czyli na zajęcia patchworkowe, warczała jak traktor, ergo, jest nieśmiała ;)
- stopkę podnosi się prawą ręką (jestem praworęczna, ale Łucznik nauczył mnie w początkach szycia, że wajcha jest z lewej strony i parę lat szycia na Janome nie wyrugowało tego przyzwyczajenia, tak więc notorycznie macam głowicę maszyny, aż sobie przypomnę umiejscowienie wajchy);
- transport jest bez fajerwerków i nadmiaru ząbków, co przekłada się czasem na trudność z precyzyjnym szyciem od samego brzegu materiału;
- plastikowy sztywny pokrowiec na maszynę ma otwór na uchwyt tuż obok szpulki z nicią, co oznacza, że odstawiona maszyna zbiera kurz na szpulce;
- nawijanie nitki na bębenek nie jest idealne, choć na szczęście wystarcza, żeby się szyło bez przeszkód i walki z dolną nicią.

Co CHCIAŁABYM mieć, a w tej maszynie NIE MAM na to szans:
- możliwość ustawienia, w jakiej pozycji po zatrzymaniu szycia znajdzie się igła (zostawienie igły w materiale upraszcza zwrot na zakręcie);
- przycisk start/stop, który pełni rolę samochodowego tempomatu na autostradach długich prostych szwów;
- wyszywanie alfabetu. Nie pociągają mnie specjalnie maszyny-hafciarki, ale abecadło (koniecznie z pełnym polskim zestawem) czasem by się przydało.

Ogólnie rzecz biorąc, Janome 525s spełniła wszystkie istotne oczekiwania z naddatkiem. Miała być niezawodna, niezbyt kapryśna i nadawać się do różnych materiałów. Taka właśnie jest. Niedawno zaczęłam paczłorkować i do tego też się nadaje. Mam od lat wrażenie, że to maszyna z dużą cierpliwością do mnie. Ze starymi Łucznikami było odwrotnie ;) Zdecydowanie nie jestem wyznawczynią teorii, że stare Łuczniki były dobre. Były trwałe, owszem, łatwo je było naprawić, ale czy z tych samych powodów ktoś marzy o zamianie nowoczesnego auta na fiata 126p? Serio?

Mam przy okazji pytanie do innych użytkowników tego modelu (lub podobnych) - gdzie się ten sprzęt smaruje? W starym Łuczniku były konkretne dziurki do olejowania, tu dziurek nie stwierdziłam, ponadto instrukcja w dziale poświęconym dbaniu o maszynę ani słowa nie poświęca tej czynności. Gdy odkurzam okolice pod bębenkiem, daje się tam wyczuć lekka tłustość. Ciekawe skąd? Czyżby to była maszyna samosmarująca się magicznym olejem nie wiadomo skąd? ;-) Spotkałam się w sieci z informacją o samosmarowaniu się niektórych maszyn, ale jakoś nie mogę uwierzyć, że tak nigdy, nigdzie...

A na zakończenie moje prządkowe początki. Straszny grubas (w dodatku nierówny) mi wychodzi. Do "jako-tako" jeszcze daleka droga, ale już mi się przędzenie podoba :-) Podobnie myśl, że nabiorę kiedyś w tej robocie automatyzmu podobnego do obecnych umiejętności druciano-szydełkowych, jest szalenie kusząca...

8 komentarzy:

  1. Ja też jestem szczęśliwą posiadaczką maszyny Janome - a właściwie dwóch. Jednej mechanicznej - 15-letnie z chwytaczem wahadłowym - ta to dopiero szyje głośno!!! i drugiej komputerowej - to już większy wypas, wodotryski i co tam jeszcze można. Mam możliwość szycia alfabetu ale nie używam - wygląda na bardzo sztuczny, nie polecam, wydaje mi się, że nie masz do czego wzdychać :((( Możliwość ustawienia położenia igły przy zatrzymaniu pracy maszyny jest rzeczywiście przydatna, ale wymaga wprawy - czasem przez to szyje się np o jeden skok dalej. Przycisku start/stop nigdy nie używam bo wymaga to odłączenia pedału - ja szybciej reaguję stopą. A przy szyciu patchworków - polecam używanie stopki z górnym transportem - masz wówczas możliwość szycia od początku materiału do samego końca - nic się nie przesuwa, nie rozjeżdża - nawet przy dużej grubości warstw.
    Ehhh, ale się rozpisałam :) Ale też lubię czytać o maszynach :)))))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo lubię, jak mi ktoś tak potrafi ładnie wytłumaczyć, że właściwie tych wodotrysków nie potrzebuję ;-) W Szkole Patchworku szyłam na komputerowej Berninie i też mi się zdawało, że ta pozycja igły po zatrzymaniu i przycisk start/stop to wymagają przyzwyczajenia. Bardzo doceniłam wtedy szycie na swoim, znanym sprzęcie. Stopkę z górnym transportem niedawno kupiłam, ale jeszcze nie zaczęłam oswajać. Ciekawi mnie, jak się ta stopka zachowałaby na aksamicie... W ogóle to od momentu odkrycia nawlekacza zachęciłam się do poszukiwań i eksperymentów wokół maszyny - jak te różne stopki potrafią ułatwić życie/szycie... :-)

      Usuń
  2. W sprawie tłumaczenia - polecam się na przyszłość :))))
    Stopkę z górnym transportem naprawdę polecam - przetestowałam ją wprawdzie tylko na bawełnie - na kilku warstwach bawełny i ociepliny i w ogóle to duuużo tego było i dała radę. Nie wiem jak będzie w przypadku aksamitu, ale myślę, że podoła - jest zalecana do wszelkich materiałów "trudnych w transporcie". Wiesz jak jest - do odważnych świat należy - tak więc zakasaj rękawy i do dzieła! :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czuję się zachęcona :-)) jak tylko skończę finiszujące dzierganie, to mam parę szyciowych pomysłów...

      Usuń
  3. Dziękuję za ten wpis. Właśnie planuję zakup nowej maszyny. Mam teraz starego Łucznika, którego prawie nie używam, bo nie ma ściegów owerlokowych, poza tym jakoś się nie lubimy. Mam też kupioną parę lat temu w lidlu maszynę Silver Crest. Jestem z niej zadowolona. Ma sporo fajnych ściegów, jest dość cicha ( w porównaniu z Łucznikiem) no i mogę na niej szyć dzianinę. Niestety konstrukcja jej jest słaba i bywa kapryśna. Kilka osób polecało mi janome 525s. Przekonuje mnie to, że jest to maszyna mechaniczna. Jakoś nie mam specjalnie zaufania do maszyn komputerowych. Zobaczymy jak sprawdzi się u mnie. Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że mój opis się przydaje :) Przyznam szczerze, że nie zaryzykowałabym posiadania wyłącznie maszyny komputerowej (na razie żadnej takiej nie mam), bo też jakoś bardziej ufam mechanice. Mam też lidlowego owerloka i przy niezbyt intensywnym użytkowaniu mi się sprawdza. Najbardziej kapryśną maszyną, na ktorej szyłam, był Łucznik z chwytaczem wahadłowym, na którym przed laty uczyłam się szyć. Bębenek co i rusz wypadał, maszyna nie miała nawet zygzaka i lubiła się zacinać. Po takich początkach każda inna maszyna wydawała się lepsza (następny był Łucznik z chwytaczem rotacyjnym i zygzakiem - taki sobie, ale jaki postęp...). Specjaliści twierdzą, że dobre chwytacze wahadłowe są lepsze od rotacyjnych, ale ja się przy pierwszym Łuczniku zraziłam i przy moim rekreacyjnym szyciu pozwalam sobie pielęgnować tamtą urazę ;) Janomki zdają się mieć raczej równy poziom i nie słyszałam o lepszych i gorszych egzemplarzach. Odpukajmy w niemalowane i niech Ci się szyje jak najlepiej :))) Serdecznie pozdrawiam!

      Usuń
  4. Mam janome DXL 603. Na początku zachwyt a z czasem różowe okulary spadają. Co prawda w porównaniu do starego lucznika to jak przesadzanie się z malucha na Mercedesa ale jednak nie jest pozbawiona wad. Nawlekacz fajna sprawa jednak czasem rwie nitki i trzeba to zrobić kilka razy. Start guzik totalnie nie potrzebny. No chyba że to opcja dla ludzi którzy z różnych powodów nóg nie używają. Znalazło by się jeszcze kilka problemów ale wpis byłby zbyt długi. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, właśnie takie głosy rozsądku przydają się w internecie! Bo w reklamach wszystko brzmi pięknie, już, już widzi się siebie używającą tych wypasionych funkcji, a potem okazuje się, że właściwie to wolało by się szybszą półprzemysłówkę albo prostą maszynę plus owerlok... Dziękuję!

      Usuń