piątek, 31 maja 2013

W zielonym ogrodzie

...patchworkowym, żeby nie było wątpliwości :-) W ostatnich dniach wykończyłam wreszcie cztery kwadraciki rozpoczęte 12 maja na kursie patchworkowych efektów 3-d. Z zaproponowanych przez Marzenkę technik wybrałam Secret Garden. Podobny w obróbce efekt Cathedral Window bardzo mi się podoba, ale nie miałam gotowego pomysłu na wyrób końcowy z jego zastosowaniem, więc ostatecznie zdecydowałam się na cztery kwadraciki Secret Garden. Każdy kwadracik Tajemniczego Ogrodu to skończona całość, choć można też łączyć je w większe kompozycje. Natomiast Cathedral Window powstaje na połączeniu dwóch sąsiadujących kwadratów, dobrze jest więc przed rozpoczęciem pracy przemyśleć układ kwadratów w docelowym wyrobie.

Przy tych kwadratach po raz kolejny przekonałam się, jak ważne w patchworku jest właściwe prasowanie szwów. Pierwsze szwy zaprasowałam na jedną stronę i niestety garb widoczny jest na wyrobie końcowym. Przy kolejnych kwadratach już tego błędu nie popełniłam - rozprasowywałam na obie strony.

Tak wygląda kwadracik garbaty



A tak właściwie prasowany



Z kwadratów, złożonych parami, powstaną dwie poduszeczki do igieł. Tylko nie mogę się zdecydować, czy połączyć narożniki i powstawiać boki w kształcie czółenka, czy też może wyciąć prostokątne paski (o długości równej obwodowi kwadratów plus dodatek na szew), tak by wyrób końcowy miał kształt prostopadłościanu... Może użyję na boki poduszeczek tego aksamitu, który pozostał po skrojeniu poszewek na poduszki dla mamy? Nota bene, wierzchy poduszek się aktualnie pikują, proces trochę się ciągnie, bo maszyna po udanym początku "lotu trzmiela" szaleje i muszę zdiagnozować problem (na razie podejrzewam nić).

UPDATE. To była nić. Po zmianie na poliester średniej jakości maszyna nabrała wigoru. Cóż, bawełna jest cudowna, naturalna i znosi wysokie temperatury, ale najwyraźniej nie lubi się z moją maszyną... KONIEC UPDATE'U.

Wnioski końcowe z szycia Secret Garden są następujące: technika prosta, w wykonaniu ze sztywnej bawełny wręcz przyjemna. Dobra dla tych, którzy lubią szyć ręcznie, bo takiego szycia jest tu sporo. Jeszcze na kursie stwierdziłyśmy z Marzenką, że na tkaninę wewnętrzną trzeba wybierać materiał gładki lub w gęsty wzór, bo rzadko rozmieszczony na tkaninie rzucik czasem trafi na małe okienko ogrodowe, a czasem nie trafi...

czwartek, 23 maja 2013

Trencz z indywidualnością

Dziś znowu o przeróbkach dla wysokich. Takich ludzi, co to w zasadzie noszą rozmiar standardowy, ale rękawy i nogawki woleliby dłuższe, a talię w odzieży nieco niżej niż na dolnych żebrach. Niestety rozmiarówka płaszczy w sklepach sieciowych przeważnie jest standardowa do bólu lub niestandardowa w kierunku, który mi niekoniecznie pasuje... Na szczęście czasem trafi się rozmiar właściwy, nawet dla kobiety wysokiej, z ponadprzeciętnie długimi rękami :-) A jeśli odzienie jest piękne i w prawie dobrym rozmiarze, to warto poświęcić trochę czasu na niezbędną przeróbkę.

Tak postąpiłam z czarnym trenczem, który miał nieco za krótkie rękawy i szlufki do paska subtelnie za wysoko względem talii. Przemyślałam przeróbkę pod kątem potrzeb i możliwości. Czasem warto darować sobie pół centymetra, jeśli miałoby to oznaczać dużo więcej pracy. Tutaj dwa cm przedłużenia rękawa oznaczały najprostszą w obróbce zmianę i na szczęście były wystarczające. Może nie idealne, ale wystarczające. Podwinięty pod spód zapas mankietu miał zostać odwinięty i, z wyjątkiem pół centymetra na szew, stać się przedłużeniem wyjściowego rękawa.

Skoro odwijałam zapas mankietu, to musiałam jakoś dosztukować tę przerwę pomiędzy nowym brzegiem rękawa a podszewką w rękawie. Chciałam kontrastowego wykończenia, lubię czerwień, czerwień dobrze gra z czernią, ergo, do sztukowania zastosowałam czerwony sztruks w drobne prążki, z nienoszonych już spodni. Tu krótka dygresja: na przeróbki mocno eksploatowanej części odzieży bierzemy materiały w naprawdę dobrym stanie. Tkanina z mocno zużytego ciucha nie posłuży długo i szkoda by było poświęcać czas na taką robotę.



Przy szyciu właściwie każdy etap fastrygowałam. To nie były długie szwy, a dokładność dopasowania elementów bardzo poprawia estetykę tego typu przeróbek. Najpierw zszyłam każde sztukowanie w obręcz, potem wszyłam te obręcze w materiał wierzchni. Potem zszyłam ręcznie, ściegiem krytym, ostatni szew, czyli podszewkę ze sztruksem.



Żeby sztruks nie wychodził na wierzch (w podszewce rękawa jest zawsze pewien zapas, a sztruks jest od niej cięższy, więc siła grawitacji wypychałaby czerwony fragment na wierzch przy noszeniu), przestębnowałam rękaw na wolnym ramieniu maszyny (stębnówką o dł. 4 mm) dwukrotnie: pierwszy raz w odległości pół cm od brzegu rękawa (czarną nicią), a drugi raz w odległości dwóch cm od brzegu (czerwoną nicią). To drugie stębnowanie miało dodatkowy walor maskujący, gdyż mimo starannego rozprasowania dotychczasowego końca rękawa, wprawne oko mogło zauważyć tę linię. Stębnówka zamaskowała ją perfekcyjnie.



Szczerze mówiąc, najwięcej nazgrzytałam się zębami przy przesuwaniu szlufek paska. Osiem małych szwów, wymagających staranności, a jako że nie chciałam majstrować przy odpruwaniu i przyszywaniu od nowa podszewki, musiałam poprowadzić je tak, by nie połączyły na stałe podszewki z wierzchem, a jedynie trzymały szlufki i wierzch płaszcza razem. Supełki na początku i końcu szwu trzeba było ładnie ukryć...

Trochę z tym wszystkim roboty, ale warto było. Płaszcz ma właściwe proporcje i wdzięczny detal. Gdy pewnego razu powiesiłam go na wieszaku koło innych podobnych czarnych trenczy, przy późniejszym zabieraniu okryć z wieszaka szybko trafiłam na moje okrycie. Czerwony mankiet wewnętrzny był niepowtarzalny.

sobota, 18 maja 2013

Maxi maki

A właściwie róże, peonie i jeszcze jakieś bliżej niezidentyfikowane kwiatki. Czerwień części z nich jest tak makowa, że już parę razy usłyszałam "Jaka piękna spódnica w maki!". Wzór jest intensywny, kwiaty duże, a spódnica maxi, toteż w przypadku tej części garderoby bardzo się cieszę, że mam powyżej 180 cm wzrostu :-)

Spódnicy nie szyłam od zera, to była prosta przeróbka po udanych łowach w second handzie. Zakupiona sukienka była przymarszczona w okolicy żeber, powyżej były tylko dwa trójkąty z troczkami do wiązania na karku. Odprułam trójkąty, a troczki wykorzystałam do zrobienia szlufek na marszczeniu (dwupiętrowych, przeszytych w połowie). Za wiązany pasek do szlufek robi czerwona tasiemka z pasmanterii, posmarowana lekko na końcach bezbarwnym lakierem do paznokci, co by się za bardzo nie siepała. Szlufki i pasek uważam w przypadku spódnic maxi za element niezbędny. Mimo unoszenia rąbka spódnicy na schodach i przy wsiadaniu do komunikacji miejskiej sama czasem przydeptuję kraj swojej kiecki, a zdecydowanie nie zamierzam pokazywać publicznie desusów.

Spódnica ma batystową podszewkę, prawie tak długą jak ona sama. Taka podszewka ma swoje plusy i minusy: dodaje elegancji i umożliwia nieprzejmowanie się kolorem/wzorem wspomnianych desusów (przez podwójną warstwę materiału nic nie prześwituje), ale jednocześnie dociepla całość na tyle, że w upał powyżej 30 stopni raczej nie chce się jej zakładać. W chłodniejsze dni za to nie można się dogrzać, bo batyst uparcie się czepia niewystarczająco śliskich wyrobów pończoszniczych...

To wszystko nie przeszkadza mi darzyć tej spódnicy dużym sentymentem. Sama w sobie jest piękna i znakomicie łączy się w różne zestawy. Z niebieskim t-shirtem, czerwoną podkoszulką bez rękawów, białym lnianym żakiecikiem... Z czerwonymi trampkami, granatowymi sandałami... Podoba mi się moda na spódnice maxi i cieszę się, że niewielkim kosztem (18 zł za sukienkę plus kilka zł za tasiemkę) udało mi się wzbogacić garderobę w oryginalny egzemplarz takiej spódnicy. Nota bene, przy moim wzroście raczej nie kupiłabym gotowej maxi, w handlu są przeważnie egzemplarze na wzrost przeciętny. Zdarzają się z rzadka nieco dłuższe, ale a to kolor lub wzór nie taki albo cena nie do zaakceptowania. Pozostaje szycie lub przeróbka sukienki z sh. Polecam zwłaszcza ten drugi wariant, bo przy zakupie sukienki można ocenić, jak się materiał układa na figurze, co przy zakupie kuponu materiału do szycia wymaga wprawniejszego oka.







poniedziałek, 13 maja 2013

Poduszka dla Magdy

Poszewka powstała w podziękowaniu za pomoc w ważnej sprawie. Magda po raz kolejny wykazała się życzliwością i tylko prezent własnej produkcji wydał mi się odpowiednim wyrazem wdzięczności. W takich sytuacjach zdecydowanie najlepiej pasuje własnoręcznie przygotowana niespodzianka. Magda z pewnością mojego bloga nie czyta, więc mogę sobie pozwolić na publikację zdjęć jeszcze nim poduszka do niej dotrze.

Tkaniny na poszewkę pochodzą z kolekcji Florentine. Nici są bawełniane. Metodę na środkowy blok zaczerpnęłam, za inspiracją Aty, stąd. Bardzo przejrzysty instruktaż, a magia układanki po pocięciu niedoszytych kwadratów - ogromna. Większość szwów zaprasowywałam na ciemniejszą stronę albo mniej sztywną od masy szwów poprzednich. Nieliczne rozprasowałam na dwie strony (pośrodku bloku), żeby uniknąć zbyt grubych zbitek szwów. Blok obramowałam oboma zastosowanymi wcześniej materiałami i podbiłam ociepliną poliestrową.

Pikowałam część środkową po szwach, a jasną ramę wokół środkowego kwadratu - ściegiem ozdobnym z repertuaru maszyny. Przy pikowaniu po kwadracie użyłam liniału dostępnego w wyposażeniu maszyny i przyznaję, że bardzo to ułatwia pracę.



Przód poduszki ma wdzięczne złote elementy, tył za to obsiadły motyle. Złoto najlepiej widać wieczorem, w sztucznym świetle.





Materiał był w tłustych ćwiartkach, kawałki raczej nie zachęcały do robienia z tyłu poduszki zakładki, bo to byłaby bardzo mała zakładka. Zdecydowałam się na zamek. Nacięłam materiał po zaznaczonej linii (nieco krótszej niż suwak, na końcach rozwidlonej), zapasy dookoła przyszłego zapięcia zaprasowałam pod spód, na końcach rozcięć dorzuciłam od spodu dwa złożone na połowę prostokąciki materiału. Przyfastrygowałam suwak i zaślepki-prostokąty na okrętkę do zaprasowanych zapasów, po czym przeszyłam na maszynie tuż przy brzegu wycięcia. Przy tej czynności pomocne bywa pozycjonowanie igły lub półstopka do szycia suwaków (ja skorzystałam z pozycjonowania). Generalnie, chodzi o to, żeby w miarę możliwości nie jechać stopką po suwaku, bo ten jest śliski i znacząco utrudnia precyzyjne szycie. Można by też poradzić sobie z wszywaniem suwaka inaczej - skroić tył poduszki z dwóch prostokątów i wpuścić suwak w szew pomiędzy nimi. Wówczas taśma zamka byłaby mniej widoczna, co czasami może być przydatne. Mnie się chciało trochę pobawić z fastrygowaniem i miałam dobrany kolorystycznie suwak, toteż wybrałam metodę ćwiczącą cierpliwość.

poniedziałek, 6 maja 2013

Pancerne pokrowce

Czyli dżinsowe mundurki na krzesła rodziców. Krzesła bardzo wygodne, dlatego rodzice postanowili je ubrać w solidne pokrowce, żeby dłużej służyły. Dżins, przypominający swoją sztywnością arkusz blachy, leżał w domowych zapasach materiałowych od dawna. Na ubrania bardziej codzienne niż gorset ortopedyczny raczej się nie nadawał. Formę na pokrowce najpierw przemyślałam, podzieliłam na części, które powinny być płaskie, bez żadnych zaszewek. Ostatecznie kroiłam każdy pokrowiec z trzech płaskich części: siedzisko, obręcz siedziska i oparcie. Najpierw skleiłam wzorcową formę z gazety, poprawiłam szczegóły i pocięłam na docelowy wykrój.

Potrzebne były cztery pokrowce. Na szczęście nie skroiłam z dżinsu od razu wszystkich egzemplarzy. Pierwszy uświadomił mi niedoszacowanie długości obręczy. Tak, teraz już pamiętam, że jak materiał otacza inny kawałek materiału, to powinno go być więcej niż obwód części środkowej wskazuje. Po zauważeniu braku dosztukowałam obręcz i ostatecznie wygląda niewiele gorzej niż egzemplarze z jednoczęściową obręczą.

Maszyna poradziła sobie z szyciem pancernego dżinsu (szyłam igłą do denimu). Na koniec chciałam dodać jeszcze jakiś rodzaj sznurowania materiału z tyłu krzesła, dla lepszego dopasowania, ale rodzicom spodobała się wersja minimalistyczna i darowałam sobie rozważania upiększające. Pokrowce są już używane kilka lat (3-4, o ile dobrze pamiętam). Znakomicie zniosły kilka prań.

Krzesło z pokrowcem w pełnej krasie



Krzesło od frontu



Krzesło od tyłu



piątek, 3 maja 2013

Aksamit i róże

Moje pierwsze próby patchworkowe wzbudziły w mamie chęć posiadania nowych poszewek na poduszki. Nie dostałam żadnych wytycznych, jak te poszewki mają wyglądać. "Zrób tak, żeby było ładnie" zażyczyła sobie mama :-) Skoro tak... Postanowiłam zrobić wprawkę do tematu francuskiego, który chodzi za mną od pół roku. La cérémonie Chabrola to raczej nie jest mój ulubiony film, ale w materiałach dodatkowych na płycie zachwycił mnie pewien mebel. Jedna z twórczyń filmu (scenarzystka?) siedziała na fotelu obitym kremowym materiałem w róże, z burgundowymi aksamitnymi wykończeniami. Tak bardzo spodobał mi się ten zestaw, że postanowiłam odtworzyć go w swojej twórczości. Tyle że burgund miał zostać zastąpiony zielenią, która jest ulubionym kolorem mojej mamy.

Schody zaczęły się już przy zakupie materiałów. W popularnym sklepie internetowym znalazłam dwie, wydawałoby się, idealne tkaniny. Grubą bawełnę w róże i bawełniany aksamit o podobnej gramaturze. Aksamit miał na stronie sklepu zdjęcie odpowiadające rzeczywistości, natomiast bawełna okazała się mieć tło zdecydowanie bardziej żółte niż jej wizja ekranowa. Wiem, kalibrowanie monitora i tak dalej, ale szkoda, że niuanse kolorystyczne tkanin nie są dokładnie opisane (wzorem pod tym względem jest dla mnie Magicloop z włóczkami, nigdy nie rozczarowałam się kolorami moich zakupów w tym sklepie). Poza tym w uwagach do zamówienia poprosiłam o ew. skorygowanie wybranego koloru nici. Poliester nici i bawełna aksamitu wymagają jednak staranniejszego doboru odcienia niż porównanie na ekranie... Niestety, moją prośbę zignorowano i otrzymałam nić nieszczególnie pasującą do aksamitu. Po początkowym dysonansie poznawczym, popatrzyłam na materiały świeżym okiem i uznałam, że jednak nie jest źle, po czym przystąpiłam do krojenia.

Zaczęło się dobrze. Krojenie grubej bawełny to bajka, zwłaszcza przy użyciu noża krążkowego. Aksamit też kroi się nienajgorzej. Za to szycie takiej tkaniny z włosem to wyjątkowo paskudna sprawa. Materiał chodzi na tych włoskach jak na nóżkach, do tego się rozciąga i zachowanie patchworkowej precyzji co do milimetra jest praktycznie niemożliwe. Po kilku próbach odkryłam, że znacząco pomaga szycie od strony grubej bawełny. Ta bawełna z jednej strony, a ząbki transportera z drugiej, trzymały aksamit w ryzach. W trakcie szycia przeżyłam lekki krawiecki horror, gdy maszyna strajkowała po pierwszym ściegu, nić się zrywała, a igła blokowała. Wymiana igły nic nie zmieniła, dopiero inna nitka rozwiązała problem. Co ciekawe, nić bawełniana (bo do zamówionej nici nie mogłam się przekonać) tego samego producenta, ale w innym kolorze, przy szyciu innej poszewki nie sprawiała żadnych problemów. Tu ostatecznie zastosowałam sprawdzoną seledynową nitkę firmy krzak, której na szczęście nie widać po prawej stronie. A nawet jakby miało być widać, to bym twardo twierdziła, że tak ma być, bo to naprawdę dobra nitka jest :-) Wniosek? Mało odkrywczy, ale wynikający z własnych błędów: nić bawełniana, nawet dobrej jakości, może dać popalić i dużo chętniej się rwie przy szyciu niż nić poliestrowa. Zniesie, co prawda, wyższą temperaturę niż sztuczne włókno, ale nie przy każdym patchworku potrzebujemy hardcore'u żelazkowego, no i prasowanie po prawej stronie materiału niweluje niszczycielskie skutki żelazka na nić poliestrową. A przynajmniej znacząco je zmniejsza.

Szyłam zgodnie z regułami sztuki, czyli najpierw połączyłam po trzy czworokąty w pasek, a potem zszywałam ten największy prostokąt z dwoma brzegowymi. Po krawieckich przygodach udało mi się uszyć dwa w miarę poprawne wierzchy poszewek. Teraz pora na wykonanie patchworkowej "kanapki" i pikowanie. A potem jeszcze dorobienie pleców poszewki. Na razie czekam na ocieplinę, która jakoś bardzo powoli dociera. Mam teraz trzy przody patchworkowe czekające na ocieplinę: dwa różane i jeden z innej bajki, na prezent. Tymczasem pocztowcy rzucają mi kłody pod nogi...

Na zdjęciu egzemplarz uszyty jako drugi, gdy już trochę okiełznałam narowisty aksamit. Tu bawełna w róże ma dość wiernie odwzorowane kolory.



Na tym zdjęciu kolor aksamitu jest znacznie bliższy rzeczywistości.



Muszę więcej poczytać o szyciu z aksamitu, zanim powrócę do tego typu materiału. Lubię aksamitne żakiety w nasyconych kolorach i chciałabym kiedyś popełnić czerwony/burgundowy lub szafirowy...