poniedziałek, 29 grudnia 2014

Oczekiwania społeczne, cz. 9

Na dobry początek zdjęcia tatowej kamizelki na właścicielu. Bardzo zadowolonym z prezentu, zwłaszcza w obliczu ochłodzenia. Jak widać na pierwszym zdjęciu, miękkość kamizelki docenia nie tylko tata :)







O meandrach konstrukcyjnych tej kamizelki pisałam tu.

A teraz tematy, które przywiodły do mnie czytelników via google (wszystko podane w oryginalnej pisowni). Podzieliłam je na te związane z szyciem i te, które dotyczą dziergania. O przędzeniu tym razem nic nie było.

nawijanie nici na bębenek - różne maszyny mają tę kwestię różnie rozwiązaną. Moja - bardzo prosto, z rysunkiem na obudowie.
bracka płaszcze - polecam zdecydowanie. Mój wełniany trencz noszę już piątą zimę.
materiał w maki - znowu zmyłka ;)
szycie na papierze papwr piecing - tu opisywałam swoje początki w technice paper piecing i jak na razie dalej się nie rozwinęłam...
czapka kucharska wykrój - nie posiadam, podejrzewam, że google dał się podpuścić tym wpisem...

druty chiaogoo - mam, używam, wysoko cenię ich jakość. Pierwsze wrażenia opisałam tu (także w komentarzach).
rękaw robiony na drutach - do ubrania materiałowego? Czy jakiś konkretny fason rękawa w ubraniu dzierganym? Poproszę konkret, to się ustosunkuję :)
haniarobi - Hania dzierga cudeńka :) Z których, jak na razie, wykonałam Cabeladabrę.
wzor still - moja wersja tego wzoru jest raczej mało podobna do wzoru wyjściowego. Ale nosi się bardzo przyjemnie.
www.zwijarka do nici - polecam lekturę u Karoliny (tu i tu).
technika fair isle - owszem, ostatnio chodzi za mną, ale nic jeszcze w tym stylu nie popełniłam.

Ja tu sobie filozofuję o technikach, sprzętach, wykończeniach, a okazuje się, że czasami niewiele potrzeba do wywarcia na kimś dużego wrażenia swoją robótką. W ostatnich tygodniach dwukrotnie usłyszałam szczere "wow!" na temat mojego Lightweighta. Morze prawych oczek, trochę dodatkowego taliowania i ściągacze (przy czym tylko przy mankietach chciało mi się bawić w prawe oczka przekręcone), a tu ludzie szeroko otwierają oczy i z niedowierzaniem pytają "sama zrobiłaś?", mimo że właśnie przed chwilą się do tego przyznałam... Inna sprawa, że kupienie w sensownej cenie tak uniwersalnego swetra ze 100 proc. alpaki, do tego w odpowiednim rozmiarze, to raczej marzenie ściętej głowy ;)

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Zimowa noc

Ostatnio rzadziej piszę. Chętnie publikowałabym wpisy częściej, bo bardzo lubię te nasze rozmowy w komentarzach, ale jako że nie umiem pisać o niczym (moja zmora od podstawówki), to przeważnie pozostaje mi oczekiwanie, aż coś skończę i udokumentuję. Chyba że wymyślę po drodze temat nie do końca robótkowy, ale dający jakoś się powiązać z tematyką blogową...

Dziś będzie wyłącznie robótkowo: o przędzeniu i dzierganiu :)

Pierwszy z wyrobów zajął mi w doskokach prawie dwa miesiące :) Sympatyczna mieszanka w fioleto-brązo-czerwieniach zmieniła się w tym czasie w 180 g ciemnofioletowej nitki 2-ply (razem ok. 600 m). Przędło się bardzo przyjemnie, efekt mi odpowiada i chyba przerobię go na chustę albo szal. Głęboki fiolet z lśniącymi refleksami skojarzył mi się z zimą i nocą, stąd moja nazwa motków i zarazem tytuł dzisiejszego wpisu. Został jeszcze kłębuszek singla, który w razie czego mogę zdwoić, a jeśli okaże się niekonieczny do wykonania chusty/szala, to zawsze mogę go opisać i podrzucić cioci Oli. Ciocia pięknie haftuje, zarówno krzyżykami, jak i haftem płaskim, więc ręcznie farbowane szlachetne nitki przyjmuje z radością. A ja się cieszę, że z takich krótkich nitek można zrobić doskonały użytek...





Drugą zakończoną ostatnio rzeczą jest kamizelka dla taty. Robiona od dołu, ramiona zszyte three-needle bind off, plisy nabrane po połączeniu ramion. Zeszło mi na nią około trzech miesięcy (też w doskokach), z prezentu imieninowego stała się podarkiem gwiazdkowym (na imieniny tata dostał coś innego, nie jest stratny ;) ). Popełniłam przy jej konstruowaniu kilka błędów. Matką wszystkich błędów było przyjęte na początku założenie, że skopiuję wcześniej używaną kamizelkę - ulubiony ogrzewacz taty. Wybrałam włóczkę stosownej grubości (Nakolen - mniej więcej pół na pół wełna z akrylem), zrobiłam próbkę idealną i... zdałam sobie sprawę, że dotychczasowa kamizelka jest na jej właściciela za duża (trochę to kwestia rozwłóczenia nitek, a trochę tego, że tata schudł nieco w ostatnich latach). Postanowiłam więc poprawić model i w konsekwencji zgrabne rozliczenie wzoru mi się rypło. Powtórzenie wzoru liczy 10 oczek (7 pończoszniczym, 3 ryżem), więc przy odchudzeniu obwodu o 10 oczek miałam nieustająco pod górkę. Na kolejnych etapach walki z matematyką poległy kolejno: lustrzane odbicie wzoru pod pachami, umiejscowienie szpica dekoltu V pośrodku paska ryżowego, a na koniec w łączeniu na ramionach paski wzorów się nie spotkały...

Na całe szczęście forma jest dobra, lekko melanżowa szarość sporo wybacza (tata jeszcze więcej) i ostateczny efekt zyskał akceptację przyszłego właściciela. A ja zyskałam porządną lekcję konstrukcji dzianiny :) Miałam nawet chęć zrobić kolejną wersję kamizelki, bardziej dopracowaną, ale zaprotestowała mama, która zapowiedziała, że ona też chce mieć kamizelkę mojego wyrobu. Czuję się rozchwytywana :)

Na sfotografowanie kamizelki na właścicielu mam nadzieję w czasie świąt. Na razie pokażę nietrafiony dekolt ;) i urodę prostej kombinacji splotów. Bardzo męski wzór, polecam.



sobota, 6 grudnia 2014

Oczekiwania społeczne, cz. 8

Zacznę od tego, że wreszcie wykończyłam sweter z ciemnoszarej Alpaki Dropsa, czyli moją wersję Lightweighta. Prosty, zgrabny sweterek z nienachalnym golfem. Miał być haft, nie ma haftu. Jest za to bardzo przyjemna nuda, która pasuje mi do wielu zestawień. I zawsze może stać się mniej nudna przez zawieszenie czegoś ciekawego na szyi lub dodanie efektownych kolczyków. Próbka z Alpaki Dropsa wyszła mi nieco większa niż powinna, dlatego ostatecznie dziergałam rozmiar 35,25 cali. Wyszedł sweter dość dopasowany, co lubię. Oryginalnie luzy były większe, ale w takim fasonie wolę taki efekt, jaki mam. Uprasza się o uruchomienie wyobraźni, bo na razie nie ma szans na zdjęcia na ludziu.

No i te mankiety... Po rozważaniach pt. "nakład pracy versus efekt" tułów wykończyłam ściągaczem zwykłym, a rękawy - ściągaczami z oczkami prawymi przekręconymi. Pewnie ładniej byłoby też dół tułowia potraktować jak mankiety, ale w sumie przy tej włóczce różnica jest na tyle subtelna, że szkoda by było mojego czasu na poprawki. Na przyszłość postaram się zapamiętać, że przy alpace tak jest ładniej.



Bez swetra w produkcji czuję się dziwnie, więc zaczęłam dziergać zaplanowany od dawna ciepły kardigan z dwóch nitek (jedna wełniana, druga alpaka). Będzie ciemnoczerwony, taki do otulenia się. Na drutach ósemkach, toteż do wiosny powinnam się wyrobić...

Kusi mnie kolejny test u Asi. Obiecywałam sobie, że w tym roku dam sobie spokój z testami. Doszły mi nowe obowiązki, a doba jakoś ciągle taka sama... Ale już się łamię, bo Asia pokazała ostatnio urocze Vivacity, wymyśliłam, z czego bym to wydziergała i jakoś silna wola mi topnieje. Jedyną naprawdę poważną przeszkodą dla mojego udziału w teście jest pora roku. Mam wprawdzie jasny obiektyw, ale nie aż tak, żeby swobodnie fotografować człowieka w niedostatecznie doświetlonym wnętrzu. A odkąd temperatura spadła poniżej 10 stopni, nie bardzo sobie wyobrażam pozowanie na świeżym powietrzu... I zupełnie nie mam głowy do poszukiwania ciepłych miejscówek z dobrym światłem.

Wiosną to co innego... poniżej zdjęcia Lightweighta dodane w kwietniu 2015.







Jak już pofilozofowałam o pogodzie, możemy przejść do fraz, które zawiodły poszukujących na mój blog (a czasem jednocześnie na manowce...).

rękawiczki pięciopalczaste na drutach - robi się bardzo prosto i przyjemnie. To był jeden z pierwszych wyrobów, w których się dziewiarsko wyspecjalizowałam, nastoletnim dziewczęciem będąc. Zdecydowanie zachęcam do spróbowania. Najlepiej z włóczki skarpetkowej (z dodatkiem poliamidu na przykład), żeby rękawiczki się za szybko nie przetarły.
skręcanie dwóch włóczek druty dwustronne - przepraszam, ale nie rozumiem problemu (mniemam, że do wyszukiwarki wpisuje się kwestie do rozwiązania...)
czerwony swetr dziergany na drutach - moja Cabeladabra?
lukrecja druty - robiłam, owszem :) Tutaj opisałam wrażenia końcowe.
chusta alpaka - też robiłam. Z szarej mieszanki z alpaką, zielonej babyalpaki i winogronowej Lace Dropsa. Tej środkowej jeszcze tu nie było, więc pokazuję (dzierganie było w 2010 roku, zdjęcie cyknięte komórką niedawno, chusta nosi się mamie bardzo dobrze).



alpaka t 25 - o, ta szara chusta opisana powyżej :)
sklepy z włoską włóczką - istnieją w Polsce (również w sieci). Trzeba tylko trochę poszukać i okazuje się, że jest spory wybór. Można też, oczywiście, pojechać po nie do Włoch (co uczyniłam tu, aczkolwiek niezbyt skutecznie)
wloczka teczowa - czy to nigdy się nie znudzi? ;)
pliska przy dekoldzie w swetrach na drutach - jednego przepisu nie ma, trzeba pliskę dostosować do dekoltu.
zawracanie z narzutem - osobiście nie robiłabym narzutu na brzegu robótki (takiego typu yarn over). Jak już muszę coś dodać (np. pod pachą swetra dzierganego od góry), to nabieram oczka przeważnie metodą cable cast-on, która wychodzi zwarta i daje ładny nowy kawałek brzegu.

kołowrotek do przędzenia wełny cena - pisałam o tym więcej tu. Jak ktoś bez klikania chce poznać cenę, to powiem krótko, że stare kołowrotki (na chodzie lub niekoniecznie, to się okazuje po zakupie) bywają dostępne już za 100-150 zł. Nowy kołowrotek to wydatek powyżej tysiąca złotych. Niby sporo, ale użyteczność nowego jest nieporównywalnie większa, więc jeśli przędzenie ma być hobby na serio (albo chociaż na długo), to warto. Jeśli tej pewności się nie ma, to może warto spróbować wrzeciona lub czegoś takiego (link z fejsbukowego Klubu Prządki)?
przedzenie metoda z i s - nie nazwałabym tego metodą. Z i s określają, w którą stronę nić jest skręcona. Gdy jest skręcona w prawo wokół osi (zgodnie z kierunkiem wskazówek zegara), to S, a odwrotnie - Z. W przędzeniu 2-ply, gdy łączymy dwie pojedyncze nitki w jedną, skręcamy w kierunku przeciwnym do skrętu nitek, dzięki czemu trochę za mocno skręcone nici pojedyncze (zawsze są trochę lub bardziej trochę za mocno skręcone) odkręcają się nieco i ostateczna nitka jest taka jak trzeba (ang. balanced).

czarny trencz warto - pewnie, że warto :) Mam taki na wiosnę/jesień, klasyk bez udziwnień, i lubię go nadzwyczajnie. A tu widać, jak wydłużałam mu rękawy.
szycie dwoma iglami janome 525s - z ręką na sercu przyznam, że nigdy tego nie czyniłam. Choć igłę stosowną mam, ale jakoś potrzeby nie było...
janome 525 - polecam zajrzenie do tego wpisu.

żołnierze górnicy - o książce pisałam tu.

piątek, 21 listopada 2014

Jakby nie do pary...

Takie zupełnie różne to te rękawiczki nie są. Model ten sam, obie użyte włóczki takie same, ale różnica zauważalna jest gołym okiem. Pomysł na pozytyw-negatyw dopadł mnie dość wcześnie na etapie rozważania, co wydziergać z dwóch pięknych motków Lettlopi od Ewy. Gdy zdecydowałam, że to będą rękawiczki, pomysł na takie zastosowanie koloru wydał mi się nie tylko ładny (rzecz gustu, oczywiście), ale też praktyczny. Dziergając w ten sposób, zwiększałam szansę na dokończenie rękawiczek bez stresu, że któregoś koloru zabraknie.



Próbki nie robiłam. Na ravelry było kilka wykonań z Lettlopi i ich autorki nie sygnalizowały konieczności modyfikacji. Ufność została nagrodzona - rękawiczki leżą znakomicie. Nabrałam 40 oczek i poleciałam ekspresem w górę. Zasadniczą część robiłam dokładnie według opisu, kciuk dziergałam aż do momentu, gdy do pełnej długości palca brakowało mu najwyżej pół centymetra, po czym zaczynałam ujmowanie oczek. Osobom szybkodziergającym ten model zająłby pewnie jeden wieczór, ja poświęciłam moim łapkom kilka wieczorów. Tak czy siak, jest to robótka ekspresowa. Polecam wzór - jest darmowy i przyjemnie się dzierga. W ogóle jestem fanką wzorów z użyciem oczek przekładanych bez przerabiania (slip stitch), dzięki którym łatwo i prosto uzyskuje się bardzo ciekawe wzory. Dzianina tak traktowana jest dość gęsta i dodatkowo usztywniona przez obie włóczki, co przy rękawiczkach (a także innych dodatkach) bywa dużą zaletą.



Moją jedyną modyfikacją było przesunięcie otworu na kciuk w drugiej rękawiczce. Chciałam mieć na wierzchu taki sam układ wzoru, więc w drugim egzemplarzu przesunęłam otwór kciukowy o dwa elementy układanki w bok.

Polubiłam Lettlopi. To specyficzna, szorstka włóczka. Podobno po praniu zachowuje się inaczej (Ewa poleca osobom delikatnym pranie z użyciem odżywki do włosów), ale prosto z kłębka zdecydowanie nie należy do milusich. Przez to wyrób siłą rzeczy jest dość rustykalny, bo staranne wyrównywanie oczek na drucie jest przy Lettlopi niemożliwe. Taka rustykalność pięknie gra ze strukturą tej włóczki, więc ogółem jestem bardzo zadowolona.





Rękawiczki pozują na tle kurtki puchowej, do której będą noszone. W zasadzie nieźle stoją o własnych siłach, ale dla staranniejszego ustawienia przy niektórych zdjęciach nieobecną dłoń zastąpił młynek do pieprzu ;)

Newfie Mittens
zużycie Lettlopi: razem 70 g (po 35 g każdego koloru)
druty 4 mm

piątek, 14 listopada 2014

Hania wie, co robi, czyli Cabeladabra

Dlaczego nikt mi wcześniej nie powiedział, że Hania dogłębnie przemyślała wszystkie szczegóły tego swetra i nie ma co przy nim za bardzo kombinować? Ech, sama musiałam się przekonać, że tak jest, gdy kombinowałam, wymyślałam modyfikacje (ba, zawracałam też głowę autorce), po czym stwierdzałam, że po modyfikacji coś mi się z czymś nie spotka, rozejdzie i może jednak lepiej zrobić, jak Hania przykazała... Ostatecznie robiłam według wzoru i wszystko było dobrze, nawet mój wzrost okazał się nie być problemem :) W sumie zmieniłam tylko technikę dodawania oczek i wykonałam ciut więcej taliowania.

Miotając się z chęcią zmian we wzorze, popełniłam po drodze trochę błędów. Na szczęście typu raczej drobniejszego, takiego, że tylko osoby drutujące będą wiedziały, że coś jest nie tak (gdy obejrzałam pod tym kątem wybrane do publikacji zdjęcia, okazało się, że dwóch z tych błędów nie widać zupełnie, a trzeci nie rzuca się w oczy). Mimo to, w okolicach dekoltu rozważałam sprucie i dzierganie od nowa (sweter jest robiony od dołu). Żal mi się jednak zrobiło pracy własnej, oceniłam rodzaj błędów na niezagrażający życiu i zdrowiu, po czym brnęłam dalej.

Instrukcja wykonania jest bardzo szczegółowa. Przy cierpliwości większej niż moja można na bazie autorskiego opisu wydziergać sweter bezbłędny. Mnie czasem tej cierpliwości brakło, stąd skróty myślowe i ich efekty w dzianinie. Jedna z modyfikacji okazała się słuszna: przy moim sposobie przerabiania oczek M1R i M1L okazały się metodami dodawania oczek zostawiającymi mniejsze dziury niż sposób zalecany przez autorkę wzoru. Bardzo podobało mi się zamykanie oczek przy dekolcie. Przy każdym DDR-ze chichotałam sarkastycznie-historycznie ;) Na początku tego zamykania (dla mnie nowego) trochę przekombinowałam i linia oczek po jednej stronie dekoltu nie jest równa. Gdy dotarło do mnie, że nie ma co kombinować, a (jak zawsze) ssk to u mnie k2tog i odwrotnie, dalsze dzierganie szło jak z płatka i wyglądało ładnie.

Po raz pierwszy dziergałam od dołu, z wrabianymi rękawami. Metoda ogromnie mi się podoba. Sweter powstający w ten sposób mierzy się całkiem wygodnie, no i ma on elementy stabilizujące: szwy na ramionach (czyli zamknięcie oczek metodą 3-needle bind off) oraz wrobione rękawy. Zostawione wcześniej oczka pod pachą pomagają w idealnej, bezdziurowej budowie rękawa. A przy wrabianiu rękawa rzędami skróconymi nie trzeba podnosić nitek zaczepianych rząd niżej, czyli lenie drutowe mogą być wniebowzięte :) Chyba polubiłam się z tą konstrukcją i chętnie do niej będę wracać. Właściwie kamizelkę dla taty robię właśnie w ten sposób...

Na koniec kilka zdjęć swetra w plenerze. Pogoda była taka sobie (słońca zabrakło), ale nie powinnam za bardzo narzekać, bo w naszym klimacie prawdopodobieństwo pozowania w listopadzie do zdjęć w swetrze bez okrycia wierzchniego i niezmarznięcia przy okazji jest niewielkie. Perły może nie są oczywistym wyborem do grubego pulowera, ale tu mi zagrały od razu - jakoś tak świątecznie się skojarzyły...













Cabeladabra
rozmiar 36
Druty zgodne z wzorem (4 mm, 4,5 mm, 5 mm)
Lima Dropsa, zużycie ok. 460 g
Zdjęcia autorstwa Gosi

poniedziałek, 10 listopada 2014

Alpaka à la Lukrecja

Tak, tak, proszę Państwa, Lukrecja doczekała się towarzystwa w postaci czapki. Niedawne oziębienie (na szczęście chwilowe) brutalnie mi uświadomiło, że ja tu sobie pitu-pitu na drucikach, a żadne nowe akcesoria dziergane na tę zimę nie czekają. Stare są i mają się nieźle, ale jakże to tak zacząć sezon bez czegoś nowego?

Chciałam zacząć bez nadmiernego zadęcia, czymś niewielkim i nie za bardzo grubym. Padło na niedawno uprzędzioną alpakę. Niteczka raczej cienka (240 m w 72 g), w sam raz na lekką czapkę. Pomyślałam o urozmaiceniu niewielkim ażurem. Przy włochatej alpace nie ma co przesadzać z niuansami, tak więc postanowiłam wykorzystać geometryczny motyw z niedawno dzierganej Lukrecji Asji. Wzór łatwy do zapamiętania i przyjemny w robocie. Do tego ściągacz z prawymi oczkami przekręconymi i prosta czapka jak się patrzy :) Dla lepszego wyeksponowania urody włóczki, ładniej byłoby zrobić ściągacz na początku, a dalej polecieć splotem pończoszniczym, ale lepiej się czuję w dopasowanych czapkach, więc poprzestałam na ściągaczu - dużo bardziej pracochłonnym, nota bene. Korzystając z sugestii Gosi, dorzuciłam post factum parę koralików.











Przy okazji naszła mnie refleksja. Niedawno pewna sympatyczna koleżanka podziwiała moją Lukrecję. Rzuciła komplementem z gatunku "zupełnie jak sklepowy", który potrafię w pełni docenić. Gdy dowiedziała się, że dziergałam z czyjegoś wzoru, stwierdziła, że jak przed laty robiła na drutach, to tylko z głowy (powiedziała to tonem lekko umniejszającym osiągnięcia na bazie gotowców ;) ). Po czym okazało się, że contiguous jest jej obcy. Oczywiście nie jest to zbrodnią, ale naszła mnie myśl, że samodzielność samodzielnością, a korzystanie z czyichś wzorów to jednak świetna szkoła dziewiarstwa. Można, rzecz jasna, ćwiczyć nowe techniki na wzorach z głowy (mój pierwszy sweter bezszwowy powstał na bazie próbki, pomiarów sylwetki własnej i wyliczeń), ale czy zawsze warto wyważać już otwarte drzwi? Mnie gotowe wzory bardzo dużo nauczyły (a w przypadku testów dla Asi dorzućmy do tego mobilizację czasową i cały przeuroczy aspekt towarzyski). Techniki znane ze słyszenia można było zastosować w praktyce, a robienie tego z wyliczeniami i radami autorskimi daje większe szanse powodzenia. Wprawdzie można dziergać jeden sweter kilka razy, ale mam za mało czasu, by przy każdym wyrobie stosować taką wielokrotną procedurę. Od czasu do czasu prucie jest ok, wolę jednak przewagę dziergania. Jeśli ktoś był tak miły, że rozpracował detale wzoru, to dlaczego mam nie skorzystać z jego doświadczeń? Zostaje wtedy więcej czasu na rozważenie idealnych modyfikacji pod swoim kątem: taliowania, długości rękawów i korpusu, a także dobranie idealnej włóczki i równie idealnych guzików. Zdjęcia autorskie dają dodatkową zachętę do dziergania. Gdy nabywam wzór, kupuję nie tylko zawartość techniczną, ale też wizję swetra, którą autor(ka) przedstawia na zdjęciach i w opisie. Dlatego lubię gotowe wzory i chętnie według nich dziergam. Nie wyklucza to twórczości mniej lub bardziej własnej, jak ta czapka. Przy czapce prucie jest mniej bolesne, to i dopracowywanie idei idzie sprawniej. Swetry własnego projektu tymczasem we mnie dojrzewają i kiedyś na pewno nabiorą kształtu. Może odważniejszego, może bardziej minimalistycznego, tego jeszcze do końca nie wiem. Tymczasem wystarcza mi modyfikowanie twórczości innych osób :)

Następnym razem napiszę (najprawdopodobniej) właśnie o wykonaniu czyjegoś pięknego pomysłu. Skończyłam wczoraj Cabeladabrę według wzoru Hani Maciejewskiej. Gdy piszę te słowa, mój nowy sweter schnie i czeka na obfotografowanie. Proszę trzymać kciuki za jutrzejszą pogodę i brak narodowców w okolicy sesji. Wątpię, żeby w razie czego dali sobie wytłumaczyć, że ta czerwień jest raczej bożonarodzeniowa niż sztandarowa ;)

piątek, 24 października 2014

Październikowe nitki

Mimo rozpoczęcia z przytupem sezonu kulturalnego i różnych dziwnych spraw urzędowych do załatwienia, działam rękodzielniczo. Robię sporo, ale ukończonych rzeczy na razie jakoś dramatycznie nie przybywa. Choć na szczęście są postępy. Uprzędłam ostatnio farbowankę Tysi z merynosa i jedwabiu (70/30). Na zdjęciu już zdublowana i przeprana.



Planowo to miał być karczek albo ożywiające całość paski w docelowym swetrze. Do tego dokupiłam ciekawą mieszankę z Wielkiej Brytanii (merynos, szetland, bambus, firestar w proporcjach 50/25/12,5/12,5). Brytyjski surowiec jest ciemniejszy, zdecydowanie bardziej fioletowy (z czerwonymi niuansami), ma sztuczną domieszkę, tak więc powinien sprawdzić się jako surowiec zasadniczy. Po otwarciu przesyłki okazało się, że ta podstawa średnio pasuje do tamtego merynoso-jedwabiu. Trudno.



Mam jeszcze oczekującą na uprzędzenie inną farbowankę Tysi, zdecydowanie bardziej zgraną z mieszanką brytyjską (w każdym razie na żywo). A jak mi się żadne zestawienie nie spodoba, to zawsze mogę wydziergać z tych nitek kilka chust.



Na razie z produkcją nici na sweter się nie spieszę, bo mam jeszcze kilka projektów czekających na realizację, której nie mogę się doczekać ;) Tak więc fioletowo-purpurowo-limonkowy motek poczeka na pomysł i wykorzystanie, nabierając mocy urzędowej. A czesanka powoli zmienia postać z fioletowego obłoczka w subtelnie lśniącą nić.



Jak już uprałam nową farbowankę, to i sprzędziona przed nią alpaka doczekała się wykończeniówki. Mama, przytulając oba wykończone uprzędy, stwierdziła, że alpaka jest puszystsza i przyjemniejsza. Kto by powiedział, że ta sympatyczna nitka wygra z merynoso-jedwabiem...



Wciąż przymierzam się do haftowania na ukończonym już swetrze z dropsowej Alpaki. Powolutku ciągnę w górę Cabeladabrę. Przyspieszyłam z kamizelką dla taty. Postępy są, ale to wciąż jeszcze nie koniec... A strasznie mnie korci zaczęcie kolejnej robótki, którą wypatrzyłam w książce... I jeszcze jednego swetra. I jeszcze jednego... Jednak zbliżające się imieniny taty motywują najlepiej, żeby się nie rozdrabniać. Och, żeby doba miała 48 godzin! (I żeby większość tego czasu można było poświęcić na robótki ;) )

Tymczasem, jeśli komuś mało nitek albo chce zobaczyć większe urozmaicenie kolorów, to serdecznie zapraszam do Yadis, która rusza z akcją Piątek prządek.

sobota, 18 października 2014

Druty małe i duże

Opis drutów Intensywnie Kreatywnej spowodował u mnie jakiś czas temu chwilę refleksji i mały przegląd stajni drutowej. Na komentarz pod tamtym tekstem to za dużo, więc pozwolę sobie na blogu własnym trochę się w temacie powywnętrzać.

W zamierzchłych czasach zaczynałam naukę dziergania na cienkich stalowych drutach skarpetkowych - rozmiar 2,5. Mimo upływu lat, wciąż je mam, co więcej, udało mi się nie zgubić ani jednej sztuki :)



Podziwiam wiarę mamy w moją koordynację i naturalne wyczucie BHP, bo miałam wtedy bodajże 7 lat. Oboje oczu posiadam do dziś, wzrok wciąż jest niezły. Gdy zaczynałam naukę, dostałam druty w dłoń, do tego jakąś resztkę taniej włóczki i pod okiem rodzicielki poznałam najprostsze nabieranie oczek (loop cast-on) oraz przerabianie prawych i lewych. Zostawiona sama z robótką zaczęłam kombinować i (bez intencjonalnego dodawania oczek) wkrótce z 10 oczek otrzymałam 26. Tak to bywa, gdy nowicjuszowi da się w rękę ostre druty i łatwo rozdwajającą się włóczkę... Na szczęście się nie zniechęciłam i w kolejnych latach po trochu dłubałam, zwykle na tych drutach skarpetkowych, które były poręczne i dawały ładną zwartą dzianinę. Kilka lalek otrzymało proste wdzianka mojego autorstwa, niekiedy ozdabiane koralikami lub sznureczkami szydełkowymi, robiłam też lalkom na szydełku obuwie typu baletkowego (vel kierpce). W którymś momencie moje dzierganie przyuważyła ciocia Ala, wybitny talent dziewiarski, autorka najpiękniejszych swetrów, jakie dotąd zdarzyło mi się oglądać. Od niej nauczyłam się, że są jeszcze inne metody nabierania oczek. Na większą naukę byłam jeszcze za mało zaawansowana, niestety. Zwłaszcza że ciocia była dziewiarką intuicyjną. Zapewne coś tam próbowała i obliczała, ale nigdy nie widziałam w jej rękach notatek, zapisanych wzorów... Po prostu dziergała tak, żeby było pięknie. I już.

Kolejnym etapem był mało mobilizujący epizod zajęć praktyczno-technicznych pod koniec podstawówki. Nauczycielka wyśmiała mój sposób przerabiania oczek prawych, które były niczym innym jak oczkami przekręconymi. Cóż, nie istniała wtedy internetowa społeczność dziewiarska, która wytłumaczyłaby tej pani, że to po prostu jedna z metod, nie lepsza i nie gorsza od oczek przerabianych zwyczajnie, która stosowana intencjonalnie może dawać bardzo dobry efekt (patrz: ściągacze albo piękne plastyczne wzory z prawych oczek wędrujących po morzu lewych). Krytyka pani od ZPT spowodowała, że jako jednostka ambitna szybko nauczyłam się przerabiać oczka najzwyczajniej w świecie. Potem dziergałam od czasu do czasu, ale zdecydowanie bardziej w tej dziedzinie wykazywała się moja siostra. Dziergnęła mi nawet kiedyś genialny sweter żakardowy (błękit z granatem, Edi, czytasz te słowa?). Ja tymczasem byłam tą od szycia ;)

Jest jednak takie pole dziewiarskie, na którym królowałam w rodzinie od czasów nastoletnich niepodzielnie - rękawiczki pięciopalczaste. Opisu w książce nie rozumiałam, ale jako umysł ścisły wykombinowałam, jak to powinno wyglądać, gdzie dodać oczka i ile. Doszło do tego, że wspomniana ciocia Ala zamówiła sobie u mnie parę rękawiczek dobranych do okrycia zimowego. Jakaż ja z siebie byłam dumna...



Na zdjęciu jest kłębuszek włóczki, który pozostał po wykonaniu tamtych rękawiczek.

Nie wiem, czy pierwsze druty wywierają niezatarte piętno na późniejszych upodobaniach sprzętowych, ja w pewnym momencie porzuciłam skarpetkowce i wracam do nich raczej rzadko. Odkąd odkryłam druty z żyłką, to właśnie na nich dziergam najchętniej. Na początku nie zniechęciło mnie nawet to, że peerelowska żyłka żyła własnym życiem, a czubki drutów były zdecydowanie tępsze od moich ulubionych drutów stalowych. Ale nic nie spadało... Dlatego od tamtej chwili jedynie rękawiczki i czapki robiłam na drutach skarpetkowych. I to właściwie do czasów współczesnych. Pewnego razu kilka lat temu zabrakło w pasmanterii drutów skarpetkowych w sporym rozmiarze. Na Świętokrzyskiej często urzęduje właściciel, który znakomicie zna się na sprzedawanym asortymencie, a do tego jest sympatycznym, kontaktowym człowiekiem. Gdy zapytałam zdesperowanym tonem "jak ja mam zrobić tę czapkę z grubej wełny?..", pan pasmanteryjny polecił mi poszukanie w sieci odpowiedniej metody, bo jego córka bez problemu robi czapki na drutach z żyłką i tę metodę bardzo sobie chwali. Trafiłam wcześniej na hasło "magic loop", ale jakoś nie potrzebowałam go rozgryzać. Aż do czasu tej czapki... Konieczność zrozumienia filozofii "magicznej pętelki" otworzyła mi zupełnie nowe horyzonty druciarskie. Dalej lubię druty skarpetkowe (stara miłość nie rdzewieje, w końcu stal była nierdzewna ;)), ale stosuję je wyłącznie w określonych sytuacjach. Staram się za to gromadzić jak najdłuższe żyłki do drutów wymiennych i druty niewymienne na jak najdłuższych żyłkach. Powolutku dojrzałam do wykonania obu rękawów na jednym drucie. Moje testowe Nelumbo aż się o to prosiło. Fanką tej metody nie zostałam (trudno opanować powstawanie "drabinki" w miejscu zakończenia i rozpoczęcia rzędu), ale doceniam jej praktyczność, gdy ilość surowca jest ograniczona. Zwykle jednak wolę wąskie rękawy dziergać na drutach pończoszniczych.

Technika to jedno, jej wsparciem mogą być odpowiednie do stylu dziergania narzędzia. Choć jestem świadoma niedoskonałości drutów Knit Pro, to jednak uwielbiam moje KP za ostre końce i niesamowity wybór rozmiarów. Oraz materiałów, z których są wykonane. Moje ulubione to akryle i aluminium - kwestia płynności przesuwania robótki po drucie jest dla mnie decydująca. Metale są trochę za śliskie, drewno za tępe. A w karbonowych łączenia czubków z węglowym fragmentem są nieidealne (lekko haczą). Dotąd udało mi się złamać tylko jeden akrylowy drut wymienny w rozmiarze 3,5 mm. Był intensywnie użytkowany, więc w sumie się nie zdziwiłam, gdy po paru latach odmówił dalszej współpracy. Metale nie są moimi ulubieńcami także z powodu problemów z dokładnym dokręceniem. Trzymam drut przez irchę, starannie kręcę kluczykiem, a mimo to raz na jakiś czas trafia się przykra niespodzianka z oczkiem, które wpadło w rozpadlinę i nie chce z niej wyjść...



Nie mam problemu ze ścierającą się numeracją poszczególnych rozmiarów KP. To znaczy, numeracja się ściera jak ta lala, ale od dawna mam miarkę do drutów i ew. wątpliwości rozwiewam pomiarem. Zresztą rzadko mam wątpliwości, bo opakowań poszczególnych par nie wyrzucam. Po użyciu druty wracają do swojej foliowej skuwki. Jestem bałaganiarą-pedantką i druty zyskują raczej na tej drugiej cesze charakteru ;)

Po dłuższym czajeniu się postanowiłam spróbować drutów ChiaoGoo (Twist - z czerwoną wymienną żyłką), podobno jakości ponadstandardowej. Wybrałam... metale ;) Druty testuję od niedawna. Pierwsze wrażenia są korzystne. Wprawdzie to metal, ale bardziej aksamitny od KP. Oczka nie ślizgają się po nim w sposób niekontrolowany. Podobnie żyłka ma delikatny mat, co sprawia, że jest genialna do odkładania oczek rękawa na później.



Co do innych marek, o HiyaHiya słyszałam i czytałam dużo dobrego (m.in. od Intensywnie Kreatywnej i Tysi). Wiem, że są wyznawczynie Addi. Sama odpowiedzialnie mogę się wypowiadać tylko o KP, bo dość solidnie je eksploatuję od kilku lat. Poza tym incydentalnie używam szydełek. Zwykle tych grubszych (2-5 mm). Tu sprawdzają mi się no-name'y z aluminium.

Używam też sprzętu dodatkowego. Na przykład drutów warkoczowych, których wygięta część ładnie trzyma nawet pojedyncze przeplatane oczko. Przy Nelumbo odkryłam, że czasem niezłym zamiennikiem dla tego gadżetu mogą być wykałaczki. Wyjechałam na majówkę bez dodatkowego osprzętu i na wyjeździe twórczo szukałam zamienników. Markery łatwo zastąpić zawiązaną w pętelkę kontrastową nitką, za drut warkoczowy przy niezbyt grubej nitce (grubości Sock/Fingering) idealnie służą wspomniane wykałaczki. Są dwustronne (ważne przy obracaniu oczek), nieduże (przy pracy z pojedynczymi oczkami to duża wygoda) i niezbyt śliskie. Nawet nie próbowałam po powrocie z majówki przerzucić się na sprzęt specjalistyczny. Manewrowanie dwoma wykałaczkami i drutem przy potrójnym skrzyżowaniu wydaje mi się prostsze.

Moim zdaniem, przy wyborze drutów trzeba się kierować głównie odpowiednimi końcówkami i poślizgiem. Im ostrzejsze końcówki, tym wygodniej pracuje się osobom przerabiającym oczka ścisło, jest to też poręczniejsze przy ażurowych chustach dzierganych z cienkich włóczek. W innych przypadkach warto wybrać druty o bardziej zaokrąglonych końcówkach, by nie walczyć z przypadkowym wbijaniem się w środek grubej nici, co może być szczególnie irytujące dla dziergających bezwzrokowo przy oglądaniu filmów. Poślizg to sprawa wybitnie indywidualna, po części też związana ze ścisłością przerabiania. Im ściślej, tym bardziej śliskie druty są wskazane. Gładki metal zawsze będzie miał największy poślizg, potem akryl i aluminium, a drewno zdecydowanie najlepiej trzyma się oczek. Ot i cała filozofia :)

czwartek, 25 września 2014

Oczekiwania społeczne, cz. 7

Podczas niedawnego kawałka urlopu zdarzyło mi się być w Rzymie. Gorącym, zatłoczonym, ale bezsprzecznie pięknym. Chciałam przy okazji pouprawiać także włóczkoturystykę, ale okazuje się, że zgodnie z efektami poszukiwań w sieci (i w szczególności na Ravelry), oferta włoska nie jest imponująca w tym względzie. Włosi są producentami przepięknych nitek, lecz dzierganie jako hobby najwyraźniej nie cieszy się wielką popularnością i estymą w tamtych stronach, czemu, zważywszy klimat, za bardzo się nie dziwię. Mimo wszystko, coś tam można obejrzeć i ewentualnie kupić. Choć wszystkie źródła twierdzą, że we włoskich sklepach z włóczką przeważa model podawania nitek przez sprzedawcę, to jedyny sklep, do którego trafiłam, większość towaru miał wyłożoną na półkach z wolnym dostępem dla klientów. Outlet Grignasco (mały sklepik po drodze z Piazza Navona na Campo dei Fiori) sprzedawał nie tylko włóczki tego producenta, widziałam tam też wyroby m.in. niemieckie. Droższe i tańsze (od kaszmiru do akrylu), ale nic nie zachwyciło mnie na tyle, by sięgnąć do portfela. Może także dlatego, że w polskich sklepach jest spory wybór włoskich nitek?

Na wyjeździe w wolnych chwilach dziergałam po parę rządków drugiego rękawa produkowanego od dawna "prawie Lightweighta" (oczywiście, prawie robi dużą różnicę...). Jestem już za łokciem, odjęłam wszystkie oczka do odjęcia i pędzę ku mankietowi. Jeszcze zastanawiam się, czy nie spruć ściągacza na dole swetra - w pierwszym rękawie spróbowałam, że prawe oczka przekręcone bardzo podwyższają walory estetyczne ściągacza z dropsowej alpaki. Nie to, żeby to jakoś szczególnie było widoczne w gotowym wyrobie (włochata alpaka robi swoje), ale ja to widzę i mam chęć poprawić... Gdy już skończę zasadnicze roboty alpaczane, zabiorę się za haft. Pomysł jest (a właściwie dwa), zobaczymy, jak to będzie wyglądać w wykonaniu. W razie czego zawsze może zostać prosty ciemnoszary/antracytowy sweter, ale myśl o hafcie zdecydowanie bardziej do mnie przemawia.

W Cabeladabrze zwolniłam na początkach dekoltu. Mój wzrost spowodował potrzebę dodatkowego odcinka dzianiny, żeby biodra wypadły na biodrach, a dekolt nie był do pępka lub, przeciwnie, pod samą szyją ;) Pospiskowałyśmy z autorką pięknego wzoru, co z tym fantem zrobić, i może obejdzie się bez prucia. W razie, gdyby jednak kombinacje nie dały spodziewanych wyników, to zawsze mogę spruć dotychczasowy udzierg i zacząć od nowa dzierganie w mniejszym rozmiarze, żeby swetrowe biodra mocniej się naciągnęły i nie wymagały umiejscowienia dokładnie na moich biodrach... Tak czy siak, Hani pozytywne podejście do problemu napawa mnie optymizmem i wiem, że wcześniej lub później skończę ten sweter.

A o czym od ostatniego razu szukali informacji czytelnicy (i co google uznał za adekwatne do treści z mojego bloga)? Niewiele tego było, widocznie wyłączenie anonimowych komentarzy zniechęca wyszukiwarkę do trafiania... Anonimy musiałam wyłączyć, żeby nie tracić za dużo czasu na moderację - ilości anonimowego reklamowego śmiecia przyrastały zdecydowanie za szybko. Przepraszam tych, którzy nie mają profili googlowych i bardzo mi będzie żal, jeśli ta niedogodność zniechęci ich do pozostawienia komentarza.

jak prząść na wrzecionie - jak na razie z wrzecionem się nie polubiliśmy, wolę kołowrotek. Mimo to parę adekwatnych informacji i adresów podałam w osobistym wstępie do tego miłego rzemiosła (proszę kliknąć na prawym pasku temat "jak zacząć prząść")
zamykanie oczek z narzutem - tu mogę polecić yarnover bind off lub Jeny's surprisingly stretchy bind off - obie metody bardzo dobre i elastyczne, znakomite do różnych zastosowań. Pierwsza metoda sprawdza się zwłaszcza na brzegach blokowanych (np. w chustach) i bardzo rozciąganych (np. w golfie Obsidiana). Druga jest genialna do zamykania oczek w ściągaczach. Zastosowałam ją m.in. w Nelumbo i Lukrecji.
dawna naxwa nawlekacza - szczerze mówiąc, nie mam zielonego pojęcia...
mariadegustibus - tak, to ja :)
włóczka kalinka - nic z niej nie robiłam, pojawiła się w jednym z komentarzy i, proszę, jak algorytmy ją namierzyły...
islandzkie swetry - w tej sprawie na razie wiele nie pomogę. Jeden mam w planach od kilku lat, a na razie zbieram się do wydziergania rękawiczek z pięknych motków od Ewy (jej blog i sklep)
still light - Still Light Tunic? Dziergałam. Wprawdzie poniżej biustu zrobiłam zupełnie inaczej niż projekt przewidywał, ale góra była przepisowa i bardzo podoba mi się jej dopasowanie.
moje bluzki na maszynie dziewiarskiej - jak dotąd nie popełniłam. Jednak wyszukiwarka jest chyba jasnowidząca, bo mam pod łóżkiem wiekową używaną maszynę typu Moda i ciągle obiecuję sobie, że ją uruchomię :)

Żeby nie było zupełnie bezobrazkowo, dorzucę parę zdjęć z Rzymu (i Tivoli). Są tu klasyki architektoniczne, charakterystyczne rzymskie zwierzaki, romantyczny zachód słońca z Awentynu, a na koniec mała tęcza ukryta w fontannie Villi d'Este :)