niedziela, 9 lutego 2014

Mam potrzebę Fantazji

Podejrzewałam, że przędzenie jest przyjemne. Miałam wrażenie, że jest bardzo zen :) Okazuje się, że się nie myliłam. Wystarczyło wybrać się na warsztaty przędzenia w Poznaniu, by to sprawdzić.

Chciałam spróbować przędzenia już zeszłego lata, gdy była szansa na taki kurs w Szkole Patchworku w Warszawie. Niestety, kursantki nie były dość zdecydowane i ostatecznie było nas za mało, żeby szkolenie zorganizować. Bardzo żałowałam, że się wtedy nie udało. Gdy czytałam blogi prządek, coraz bardziej mnie to pociągało. Spróbowałam działań na wrzecionie, ale jakoś nie mogłam poczuć bluesa. To zupełnie nie było zen. Mimo to nie traciłam cierpliwości do tematu - czułam podskórnie, że kołowrotkowi trzeba dać szansę niezależnie od wrzeciona. Aż pojawiła się dogodna okazja - Agnieszka Jackowiak, prowadząca pracownię i sklep "Hobby Wełna", zorganizowała dwudniowy kurs w Poznaniu. Komunikacja Warszawa-Poznań jest znakomita, przy okazji zatrzymałam się u mojej serdecznej koleżanki (też Agnieszki) i tak zaczęłam przygodę z przędzeniem...

Początki były umiarkowanie zachęcające. Nie ma co ściemniać - pierwszego popołudnia przędzenie nie weszło mi w krew. Więcej w nim było siłowania się ze sprzętem, nerwowego zastanawiania się, dlaczego nowozelandzki mercedes wśród kołowrotków nie wciąga nitki, niż płynięcia na fali. Ale dalej czułam, że może być fajnie i że jednym średnioudanym posiedzeniem nie należy się zniechęcać. Niedziela okazała się dla nas wszystkich przełomowa. Przędzione nitki zaczęły coś przypominać. Przesiadki pomiędzy kołowrotkami nie przerażały, ba, nawet odkrywałyśmy, że mamy predylekcję do pracy na zupełnie innym modelu, niż na początku nam się wydawało. Gosia zaczęła wręcz zdradzać ponadstandardowy dryg do tego rzemiosła :) Ja na razie zdecydowanie lepiej czuję się w nitkach zwanych pieszczotliwie artystycznymi... ;) Ćwiczyłyśmy na Suzie Pro (firmy Majacraft) oraz trzech modelach Kromskich: Fantazji, Sonacie i Polonezie. Z przyjemnością odkryłam, że znakomicie mi pasuje najtańszy model z całego zestawu :) To coś poniżej to nitka przędziona na bawełnianej niteczce - bardzo przyjemna w robocie, bo zupełnie nie trzeba się przy niej obawiać zerwania nici :) Ta wesoła plątanina powstała pod koniec kursu, najpierw opanowałyśmy podstawy klasycznego singla z czesanki.



Kurs poznański okazał się piękną, inspirującą przygodą. Justyna, która nas uczyła, jest ciepłą i cierpliwą osobą, życzliwie korygującą ewidentne błędy i pokazującą, jak wykorzystać niektóre niedoskonałości jako atuty. Wie mnóstwo i chętnie się tą wiedzą dzieli. Organizująca całość Agnieszka zapewniła nam komfortowe warunki nauki, urozmaicony sprzęt i wełnę, a w wolnych chwilach udzielała pożytecznych wskazówek. Nauka toczyła się w znakomitej atmosferze, za którą odpowiadały też miłe kursantki :) Kurs składał się z niezbędnej dawki teorii, macania różnych czesanek, łączenia ich na gręplach ręcznych i drum carderze, przędzenia, skręcania dubla z singli i potrajania nici metodą navajo. Justyna objaśniła nam przy okazji użycie motowidła i "leniwej Kaśki". Najwięcej było oczywiście przędzenia :)

No i stało się: czekam na moją Fantazję. Mimo zachwytu nad przędzeniem, miałam z początku opory przed takim wydatkiem. Oprócz kosztu, wątpliwości budziła kwestia miejsca na kołowrotek i w ogóle sensu zakupu. Po czym, rozmasowując zakwasy z tyłu ud, zdałam sobie sprawę, że to świetne rozwiązanie, oszczędzające miejsce w mieszkaniu. Rower treningowy (którego nie mam) zajmowałby więcej miejsca i niewiele z niego praktycznego pożytku poza ćwiczeniami. A tu, proszę, poćwiczę mięśnie nóg i przy okazji uprzędę efektowną włóczkę, popracuję nad cierpliwością i dokładnością, rozpracuję tradycyjne techniki rękodzielnicze... Same korzyści, zresztą Fantazja jest dostępna także w kolorze ciemny orzech, dzięki czemu pięknie się dopasuje do komody, koło której stanie :)

Oj, jak dobrze, że wybrałam się na kurs. Obejrzenie wielu filmików na YT nie dało mi nawet 1/10 tego, co 7 godzin poznańskiego kursu i możliwość skorygowania błędów na bieżąco przez specjalistów. Wątpliwości mogłam rozwiać od razu, wszystkie czynności widziałam w trzech wymiarach. I doświadczalnie zrozumiałam, że przędzenie wymaga znalezienia swojej metody. Agnieszka i Justyna przędą zupełnie inaczej i obie osiągają znakomite efekty. Ja powolutku zaczynam czuć, w którym kierunku pójść, żeby było dobrze. Żebym mogła prząść równie szybko i skutecznie jak moja babcia pół wieku temu (sama wprawdzie tego nie miałam okazji zobaczyć, ale tata pamięta szczegółowo, jak to z przędzeniem babci było). Tamten kołowrotek niestety nie ocalał, ale tak czy siak wolę zacząć ćwiczenia na nowoczesnym sprzęcie z różnymi przełożeniami. To tak jak z rowerami - można na najzwyklejszym składaku wszędzie dojechać, lecz pod górę trzeba się dużo więcej napracować niż na nowoczesnym "góralu" z przerzutkami. Potem pewnie spróbuję reaktywacji zakurzonego starocia, jednak początki wolę mieć prostsze do ogarnięcia.

11 komentarzy:

  1. Och, jak ja żałuję, że nie mam przy sobie kołowrotka, jedynie wrzeciono zabrałam ze sobą. Przędzenie jest bardzo zen, zwłaszcza, że przy niewielkim wysiłku (komputer+słuchawki) można prząść i oglądać/słuchać jednocześnie. Ale to dopiero, gdy nabierze się wprawy w kontrolowaniu grubości nitki :) Następnym razem jak się Szanowna wybierze do Poznania, to proszę mnie pacnąć, wybierzemy się na kawę, co?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście, z przyjemnością pacnę :) Tym razem nie wyrywałam się z propozycjami, bo pomiędzy dwoma posiedzeniami prządkowymi czasu było niewiele, a z Agnieszką wieki żeśmy się nie widziały i trzeba było w miarę porządnie się nagadać na zapas. Choć miałam świadomość, że w Poznaniu mieszka sporo dobrych robótkowych ludzi i dobrze byłoby się szerzej zapowiedzieć... Swoją drogą, jakbyś miała zawitać do Warszawy, to się polecam Twojej pamięci :)

      Usuń
  2. W jednych z tutejszych lumpeksów widziałam stary, działający kołowrotek za.. 12E. Z braku miejsca do przechowani nie kupiłam. Na prząśniczkę to się nie nadaję, ale do dziś żałuję, że nie kupiłam. Choćby dla dekoracji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kto wie, może by Cię sprzęt zaczarował i zaczęłabyś prząść... Tak w ogóle kołowrotki to urodziwe sprzęty i rozumiem w pełni chęć posiadania w roli dekoracji. Bo kołowrotek to zasadniczo kupuje się dla przyjemności. Majątku raczej się na tym przędzeniu człowiek nie dorobi, co najwyżej zakwasów i dużej dawki satysfakcji ;)

      Usuń
    2. Następnym razem wykopię z mojej głowy Pana Rozsądka i kupię :)

      Usuń
  3. Przeczytałam posta na bezdechu, tak Ci zazdroszczę tej niebywałej okazji do obcowania z przędzą, krosnem i specjalistą w temacie. To jest jedno z moich przyszłych marzeń do spełnienia, choć jeszcze nie bardzo wiem, jakie są różnice między (piękne nazwy własne, notabene) Fantazją, Sonatą i Polonezem, nie mówiąc już o Suzie Pro, ale nigdy nie przeszkodzi mi to o podobnej do Twojej pierwszej przygodzie z przędzeniem pomarzyć. Może kiedyś...
    W temacie babć jeszcze chwilkę pozostając, zastanawiam się czy Twoja przędząca na kołowrotku bez bejerów Babcia nie cieszyła się lepsza formą i zdrowiem. Moja babcia na przykład, żeby masełko czy twarożek mieć, musiała sobie krówkę wydoić, a mleczko potem w maselnicy utłuc (raz próbowałam i pamiętam, że nie dałam rady dobrnąć do końca) dzięki czemu (chcę w to wierzyć) do samego końca cieszyła się niebywałym zdrowiem i formą fizyczną.. Gratuluję zakupu Fantazji, wraz z Tobą czekam na jej przyjazd i niecierpliwie będę wyglądać kolejnych moteczków Twojej roboty :)))
    Baaaaardzo ciepło pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak Cię to pociąga, to wcześniej lub później trafisz na stosowny kurs. Może gdzieś w Twojej okolicy jest prządka, która udziela lekcji? Jak już dojrzałam do nauki przędzenia i nie wypalił kurs warszawski, byłam gotowa dopytywać mailowo potencjalnie warszawskie blogujące prządki, czy by nie przeszkoliły mnie z podstaw :) Co do modeli kołowrotków, to przed kursem wiedziałam tylko tyle, że są kołowrotki pionowe i poziome (oraz takie, które trudno przypisać do którejś z tych kategorii) i że jest dobry polski producent Kromski. Na kursie spróbowałam, obejrzałam i zdecydowanie wiedza mi się poszerzyła. Polonez odpada jako sprzęt sportowy, bo ma tylko jeden pedał ;) Sonata jest składana, co może być nie bez znaczenia dla osób podróżujących z kołowrotkiem. Aczkolwiek w warunkach domowych raczej by mi się nie chciało co i rusz składać-rozkładać. Tak więc oszczędność miejsca dyskusyjna, a poza tym na Sonacie najtrudniej mi było złapać płynny rytm, co i rusz się zacinałam. Fantazja jest w tym gronie najtańsza i ogólnie ma prosty, kompaktowy wygląd. Producent reklamuje ją jako najbardziej zaawansowaną technicznie, bo ma łożyska kulkowe tu i ówdzie. Suzie Pro wygląda mało staroświecko, ze swoim zielonym kołem. Kosztuje mniej więcej 3x tyle co Fantazja i sama nie przędzie ;) choć faktycznie jest dopracowana w szczegółach.
      Krosien przy tej okazji nie tykałyśmy, Agnieszka organizuje osobne kursy tkackie (na ramie). Mnie pociąga tkanie na takich dużych krosnach z osprzętem, ale to pieśń przyszłości, na razie nie mam poczucia, że teraz-zaraz muszę się nauczyć.
      Babcia ogólnie cieszyła się bardzo dobrym zdrowiem, dopiero po dziewięćdziesiątce zaczęły się kłopoty. W dzieciństwie miałam okazję zobaczyć u niej, jak się robi ser biały, domowy makaron i podpłomyki na blasze pieca. Żołądek leczyło się naparem z własnoręcznie zebranego dziurawca, latem pijało się miętę z ziół świeżo zebranych etc. I nie trzeba nawet było uzasadniać tego ekologią, po prostu tak się robiło... Teraz moją siostrę wciągnęła ta tematyka, za jej sery i chleby dam się pokroić :)
      Wraz z Fantazją zamówiłam także trochę czesanki (naturalnej i farbowanej). Będę relacjonować postępy :) Serdecznie Cię pozdrawiam!

      Usuń
  4. Piszesz bardzo zachęcająco o tym kursie, gdyby nie to, że już kompletnie nie mam czasu na kolejne hobby, to kto wie.... Próbowałam kiedyś swoich sił na ręcznym wrzecionie, ale były to próby pozostawiające dużo do życzenia jeśli chodzi o jakość i urodę nitki... *^v^*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Każde przędzenie wymaga czasu na naukę. Jeśli wrzeciono Ci się podobało, to może warto dać mu jeszcze raz szansę? Dla dziergających przędzenie daje duże możliwości... Chociaż nic na siłę. Ja nie mam dość czasu na obecne hobby, ale staram się go jakoś rozciągnąć i nie darowuję technikom, które mnie najbardziej pociągają :) Chyba lubię mieć jednocześnie pięć rzeczy rozgrzebanych...

      Usuń
  5. Witaj Mario :)
    Bardzo się cieszę, że mnie odwiedziłaś :), bo i ja mogłam poznać Twojego bloga. Jeśli chodzi o moje ćwiczenia to na razie idą marnie. Mam stary kołowrotek, który funkcjonuje dobrze, ale to nie to co fantazja. Troszkę kiepsko z regulacją, ale co tam tylko trening czyni mistrza ;)
    Bardzo się cieszę, że masz Fantazję i możesz prząść fantastyczne niteczki. Będę śledziła Twoje postępy, bo mam nadzieję, że będziesz się nimi dzieliła na blogu :)
    Tak na marginesie to Gosi też już ma Fantazję :) tak więc do dzieła !!!
    Pozdrawiam serdecznie
    Ania

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aniu, oczywiście będę się dzielić postępami prządkowymi :) No proszę, pół naszej grupy poszło w Fantazję... Będę trzymać kciuki za Twoje zmagania z kapryśnym kołowrotkiem. Nie poddawaj się łatwo, dobrze Ci szło na kursie, warto rozwijać obiecujące początki :) Mnie zachęca do ćwiczeń każdy najmniejszy postęp. Planuję spojrzeć naprawdę krytycznie na swoje nitki za jakiś rok - do tego czasu mam zamiar być początkującą prządką ;)
      Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń