środa, 19 marca 2014

Dla przyszłych prządek, część II

Najpierw na zachętę kolejna nitka mojej produkcji, w bardzo wiosennych kolorach. W wersji singlowej i podwójnej. Tak w ogóle to o singlach i dublach napiszę następnym razem. Dziś za to będzie o sprzęcie. Czyli o wrzecionie i kołowrotku. Oraz o tym, jak zaczynać, i jakie problemy można napotkać na początku nauki przędzenia.



O wrzecionie, tak jak poprzednio, będzie zdecydowanie mniej, bośmy się z tym sprzętem specjalnie nie polubili. Poszłam na łatwiznę i kupiłam gotowe Kromskich za 40 zł. A mogłam przekonać się za darmo, że mi wrzeciono nie podchodzi... Mam parę płytek CD do utylizacji, trzeba było poświęcić jeden wieczór na wyszukanie stosownego opisu konstrukcji. Cóż mistrzynią oszczędności w stylu Brummig to ja raczej nie zostanę ;) Chociaż mogło być gorzej, gdybym postanowiła ratować ginące rzemiosła i kupiła na Etsy wrzeciono ceramiczne lub takie w stylu Gwiezdnych Wojen. Trochę żałuję, że nie zdecydowałam się na motyw żółwia: byłaby oryginalna pamiątka po pierwszym kontakcie z przędzeniem...

Zdecydowanie więcej mam do powiedzenia w kwestii wyboru kołowrotka. Są dwie opcje: kołowrotek nowy lub używany. Używany może oznaczać kupowanie nowoczesnego kołowrotka od osoby, która najpierw kupiła sprzęt, a potem dopiero spróbowała rzemiosła i się nie wciągnęła. Osobiście nie znam takich ofert, ale mogę sobie wyobrazić, że istnieją. Najczęściej kupno kołowrotka używanego będzie oznaczało nabycie sprzętu kilkudziesięcioletniego, wymagającego mniejszej lub większej renowacji. Swoją drogą, warto popytać po znajomych, niewykluczone, że na czyimś strychu stoi nieużywany sprzęt i czeka na nas. Wówczas dostajemy/kupujemy coś, co możemy spokojnie obejrzeć przed przygarnięciem, a to jest niebagatelna zaleta.

UZUPEŁNIENIE: Zdarzają się oferty sprzedaży prawie nowych kołowrotków. Rzadko, ale zdarzają. W ciągu ostatnich trzech lat kojarzę takich dwie, jedną z powodu przesiadki na inny model (bardziej pasujący prządce), drugą ze względu na problemy zdrowotne. Poza tym bywają dostępne także nowsze modele używane, zwykle sprowadzane z Holandii. Przy nich także przydaje się wiedza, by kupić model nadający się do bezproblemowej pracy i z w miarę kompletnym osprzętem. Czasem trzeba w takich modelach wymienić jakąś część.

Tu ważna uwaga. Już chyba to kiedyś pisałam, ale powtórzę się na potrzeby zebrania informacji w jednym miejscu: zgadzam się z Basią (Fanaberią), że jeśli ktoś ma mieć jeden kołowrotek i nie kupuje go do celów historyczno-rekonstrukcyjnych, to lepiej, żeby to był sprzęt nowoczesny. Kiedyś podczas wycieczki na rowerze z przerzutkami w terenie górskim naszła mnie refleksja, że na Wigrach 3 to bym sobie nie pojeździła w tych warunkach... Z kołowrotkami jest dokładnie tak samo - nowoczesna konstrukcja i przełożenia pomagają pokonywać trudności, prząść zgodnie z naszą koncepcją (w miarę umiejętności).

Koszty zakupu kołowrotka wyglądają mniej więcej tak:
- nowy kołowrotek polski (Kromski) od 1300 zł wzwyż
- nowy kołowrotek zagraniczny (np. Ashford lub Majacraft) to kilkakrotnie wyższa suma i odpowiednio dłuższy czas realizacji zamówienia
- kołowrotek używany - dostępny w sieci od kilkudziesięciu złotych wzwyż. Tanio, ale niełatwo dostać za te pieniądze coś odpowiedniego. Można w ramach nabywania kota w worku trafić na atrapę kołowrotka lub kołowrotek z brakami czyniącymi go bezużytecznym... Można też na loterii zakupów na oko trafić na przyzwoity sprzęt, który po oczyszczeniu, wytruciu kołatków i zakonserwowaniu okaże się nie tylko ładny, ale i przydatny. Przy czym będzie to przydatność innego typu niż w nowoczesnym sprzęcie, bez tych wszystkich przełożeń, szpulek jumbo czy wbudowanych Leniwych Kasiek. Dla osób przędących, bo chcą zachować coś z ginącego rzemiosła, to pewnie lepsze wyjście, dla tych, co cenią przede wszystkim płynność i szybkość przędzenia oraz możliwość precyzyjnej regulacji - niekoniecznie. Tak czy siak, koszt zachęca do eksperymentów. Zwłaszcza w roli drugiego kołowrotka w domu.

O rodzajach kołowrotków nie będę się mądrzyć. Typy konstrukcji i napędów to ciekawe informacje, ale jeśli kupujemy nowy kołowrotek, to nie jest to wiedza niezbędna. Trzeba tylko wiedzieć, czy to, co sami kupujemy, nam pasuje, a cała reszta jest mało istotna. Jak ktoś mimo to jest zainteresowany, to przystępnie opisane jest to na stronie Kromskich. Na dole opisu jest rozrysowana budowa kołowrotka z nazwami poszczególnych części. Wśród różnych modeli warto zwrócić uwagę na istnienie modelu składanego (Sonata), który może być dobrym rozwiązaniem dla osób podróżujących z kołowrotkiem. Miejsca w mieszkaniu raczej nie oszczędza drastycznie, bo kołowrotki zajmują mniej miejsca, niż się wydaje (zwłaszcza konstrukcje pionowe).

Jak już mamy kołowrotek, nowy lub dobrze odrestaurowany używany, chcemy zacząć prząść. Jeśli nie ma szans na kurs i trzeba poprzestać na nauce z filmików w sieci, może być trudno. Zdecydowanie polecam kolejność odwrotną, czyli najpierw kurs, potem własny kołowrotek i rozwój umiejętności. Nowy kołowrotek Kromskich przychodzi w płaskiej paczce rozłożony na czynniki pierwsze, używane kołowrotki też raczej nie podróżują w pełnym rynsztunku bojowym. Jeśli spróbowało się już przędzenia, łatwiej zrozumieć, co z czym połączyć i dlaczego. Mnie po kursie, gdy znałam zakupiony model, złożenie Fantazji zajęło dwa wieczory. Jestem raczej kumata technicznie, bez przesady, ale meble potrafię składać z części. Konstrukcja Fantazji jest bardzo dopracowana, wszystko do siebie pasuje (leciutko dopiłowałam tylko dziurki w pedałach, do których inaczej nie udałoby mi się wcisnąć silikonowych rurek). Instrukcja obrazkowa nie zawsze jest jednoznaczna, ale przy odpowiednim poziomie skupienia można skojarzyć, co z czym i dlaczego.

Załóżmy jednak, że ktoś bez wcześniejszej nauki nabył kołowrotek, złożył go prawidłowo (żadne części mu nie zostały bez przydziału) i chce zacząć prząść. Od czego zacząć? Od przywiązania nitki pomocniczej do szpulki (w tej roli znakomicie sprawdza się ok 1 m gotowej nici wełnianej). Nitka ma być przywiązana porządnie, stabilnie, tak żeby przy obrotach szpuli nawijała się na nią. Długi koniec nitki przewlekamy przez haczyki (lub zaczepiamy o nie, w zależności od typu kołowrotka), przewlekamy przez wlot wełny i doczepiamy do niego (na zakładkę) fragment ładnie rozciągniętej wzdłuż czesanki wełnianej (z wcześniej nabytego "topu" lub taśmy). Rozciąganie czesanki było czynnością najbardziej mnie frustrującą na początku. Wełna nie chciała mi się wysnuwać w cieniznę, trzymała się w wielkiej bule, z której można było ukręcić co najwyżej linę okrętową. Kołowrotek wprawdzie z rąk mi tej czesanki nie wyrywał (zwłaszcza dobrze wyregulowany, który "żre" tyle, na ile mu się pozwoli), ale kiedyś trzeba było pożegnać się z kolejnym pasemkiem, zanim skręci się ono na tyle mocno, że będzie zwijać się w precle jeszcze przed wlotem wełny, o ograniczonej średnicą (ok. 1 cm) przepustowości... W desperacji puszczałam tę dziko przekręconą nitkę kompletnie bez wyczucia, a ona nagle odfruwała do szpuli, tracąc kontakt z resztą czesanki. No to ja ją chwytałam przy szpuli, przewlekałam przez haczyki i wlot wełny, dołączałam kolejne w miarę rozciągnięte pasemko na zakładkę i zabawa zaczynała się od nowa. Odkrywałam w sobie przy tej okazji nieznane dotąd pokłady cierpliwości :)

Jak ułatwić sobie wyciąganie czesanki? Bardzo prosto, przez podzielenie jej wzdłuż na węższe pasma. Im węższe, tym łatwiej wysnuwać, ale jak we wszystkim, tu także przesada nie jest wskazana. Najlepiej dzielić szersze pasma wzdłuż naturalnych przewężeń taśmy/topu. Na początku polecam też odrywanie niezbyt długich fragmentów (tak do 1,5 m) przez rozszarpywanie w poprzek (im ręce są od siebie bardziej oddalone, tym łatwiej pasmo rozerwać). Zaaferowanej wszystkim prządce-nowicjuszce będzie wygodniej manewrować takim krótszym fragmentem czesanki. Ja obecnie przy przędzeniu 100-130 g czesanki nie rwę jej w poprzek, jedynie dzielę wzdłuż i poszczególne wąskie pasma zwijam na łokciu, po czym "motki" odkładam obok kołowrotka, by przy zakończeniu jednego pasma szybko złapać następne i dołączyć je (oczywiście na zakładkę) bez przerywania kręcenia.

Na dziś tyle wystarczy. Rozpisałam się straszliwie i już wiem, że ciąg dalszy nastąpi, bo mam pomysł na przynajmniej jeszcze jeden odcinek :) Tymczasem uprzejmie donoszę, że piękne motki Lettlopi od Ewy dotarły i chyba już ostatecznie zainspirowały, w co powinny być przetworzone. Jak zwykle, trzeba będzie skonfrontować plany z rzeczywistością...

20 komentarzy:

  1. Całkiem ostatnio zapałałam wielką, wręcz niebotycznych rozmiarów chęcią zakupienia sobie kołowrotka :) udało mi się znaleźć jeden (Lukow - Maitenbeth, z wyglądu wręcz identyczny z fantazją - oczywiście dla mnie, człowieka o znikomej wiedzy w temacie ;)) i czekam na zakończenie aukcji, a wszystko z winy jednego filmiku, który, prawdopodobnie zwodniczo, przekonał mnie, że to przędzenie na kołowrotku to taaaaakie proste jest :) na pewno, jak się ma 10 i więcej lat doświadczenia w przędzeniu :D
    Mimo wszystko, podziwiam Cię za wytrwałość. cierpliwość (znam ten stan, ale tylko w stosunku do dziewiarstwa pokładem cierpliwości potrafię się sama zaskoczyć ) i pięknie dziękuję za to, że swoją wiedza tak chętnie się dzielisz! mój zapał co prawda ostygł deczko, ale może i dobrze, ominie mnie wątpliwa przyjemność posiadania "antycznych" prawie, niefunkcjonalnych kołowrotków sztuk kilku zanim się doczekam tego jedynego :)
    Konfrontacja planów z rzeczywistością to jest to co w rękodziele daje najwięcej frajdy! - trzymam kciuki i czekam niecierpliwie na islandzki wyrób :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przędzenie na kołowrotku naprawdę jest proste, jak już się przejdzie etap zagubienia i pojmowania podstawowych zasad. Kolejne lata dodają doświadczenia, ale mam wrażenie, że pierwsze miesiące to najdynamiczniejszy rozwój. I zdecydowanie namawiam od zaczynania od kursu, w sumie główna myśl tego cyklu jest taka :) Kurs daje masę wiedzy praktycznej i możliwość spróbowania różnych modeli kołowrotków, co przy zakupie jest bezcenne. Piszę o tych różnych niuansach i zasadach, bo w sumie lepiej sobie to schować do szufladek w głowie jak najwcześniej. Mam wrażenie, że z pewnymi podstawami ma się bardziej realistyczne podejście do przędzenia, a to sprzyja wytrwałości w szlifowaniu umiejętności :)
      Oblukałam tego Lukowa-Maitenbetha i faktycznie model trochę podobny do Fantazji, aczkolwiek nie widzę możliwości zmiany przełożeń i nie stwierdzam istnienia hamulca (coś jest koło wlotu wełny, co być może pełni tę funkcję). No i jest jeden pedał (Fantazja ma dwa), ale w sumie na tych pedałach dużej siły się nie przykłada, to może mięśnie prawej łydki nie wzmocnią się ponad miarę ;)
      Jestem zdania, że dwa kołowrotki to jeszcze nie kolekcja, a porządne gospodarstwo domowe powinno mieć przynajmniej jeden.

      Usuń
    2. Zerknęłam na omawiany przez Was kołowrotek - jest bardzo prościutki, nie ma hamulca, bo on jest napędzany poprzez podwójnie złożone cięgno (tak jak Polonez, z tym, że w Polonezie można też założyć hamulec), poza tym ten kołowrotek nie ma przełożeń na wrzecionie ani na kole napędowym, więc nie ma możliwości regulacji szybkości pracy, nie bardzo też tam widzę możliwość podnoszenia i opuszczania głowicy wrzeciona względem koła napędowego - a to też jest metoda regulacji szybkości obracania się zespołu wrzeciona (poprzez naciąganie cięgna, które mocniej dociskając do szpulki powoduje szybsze jej obracanie i mniejszy poślizg). Tak, że moim zdaniem kołowrotek jest piękny, ale mało "wypasiony" pod względem wszechstronności, przeznaczony zasadniczo do przędzenia nici średniej grubości i to wszystko. Jedynym sposobem na zwiększenie obrotów jest w nim szybsze pedałowanie. Poza tym - jeśli macie na myśli kołowrotek z ebaya, to ma on tylko dwie szpulki, czyli o jedną za mało.

      Tyle mego wymądrzania się ;) Pozdrawiam :)

      Usuń
    3. Tysiu, Twoje wymądrzanie się jest tu zawsze mile widziane :))) Bardzo cieszę się, że dzielisz się wiedzą i spostrzeżeniami :)))

      Usuń
    4. Oj nawet bardziej niż mile widziane :)))) zapał ostygł jeszcze bardziej...:)
      czyli nie zawsze uroda (w przypadku kołowrotka) idzie w parze z jego funkcjonalnością... to ja się chyba wstrzymam z zakupem na "oko" i zanim się zdecyduję nabyć magiczne koło - wgryzę się bardziej w temat! Tysiu, dzięki serdeczne za rady wszelkie! Marysiu, to gdzie taki kurs? w maju w Polsce planuję być... ile takie warsztaty trwają? może jednak zacznę od nauczenia się podstaw, zanim zacznę kupować :)

      Usuń
    5. Ja byłam na kursie w Poznaniu - Tysia uczyła, Agnieszka Jackowiak organizowała. Dwa dni (sobota niedziela) po kilka godzin. Wystarczająco krótko, by nie trzeba było przewracać kalendarza do góry nogami, a przy okazji wystarczająco długo, by coś pojąć. Sen pomiędzy pierwszym i drugim dniem zajęć jest kluczowy dla procesu :))) Widzę, że w maju będzie kolejny taki kurs :) (http://www.hobby-welna.pl/webpage/warsztaty-przedzenia.html). Wiesz, że jakbyś zahaczała przy okazji o Warszawę, to jest wielce wskazane, byś się ujawniła? :)))

      Usuń
    6. :DDDD obowiązkowo się ujawnię :) Ale mi się micha cieszy :) dzięki!
      Tak czy inaczej, pędzę się w takim razie dowiedzieć, czy majowe miejsce już zarezerwowane :) może się uda, trzymaj kciuki! :)

      Usuń
    7. Widzę, że wybór kołowrotka łatwy nie jest... ;)

      Usuń
  2. Ja podobnie jak Asia - napaliłam się, zacznę chyba oszczędzać :) Odpowiedziałaś na wiele moich pytań już wcześniej a teraz chyba na wszystkie! Ja jednak chyba się skłonię do nowego kolowrotka, bo kupienie starego i tak wymaga nakładów pieniężnych - renowacji, konserwacji, a poza tym niestety ja sama ani mój małż nie jest w stanie ocenić, czy taki używany kołowrotek jest kompletny... Twój opis ostatecznie przekonał mnie do nowoczesnych technologii. No i zdecydowanie najpierw zrobię kurs. Może tam pokażą różne typy kołowrotków, może będę miała okazję spróbować, który mi najlepiej odpowiada i wtedy dopiero zdecyduję? Ciekawe, co z tym wrzecionem, czemu się nie polubiliście? Mogłabyś napisać coś więcej? Czytałam (nie pamiętam, czy u Ciebie czy gdzieś indziej), że wrzeciono warto jednak kupić, bo powinno być wyważone, do różnej grubości nitek różny ciężar... Hmmm...
    I jeszcze jedno - te czesankowe początki wyglądają dość strasznie ;) Nie umiem sobie wyobrazić jej rozrywania, ale to pewnie dlatego, że czesanki nigdy na oczy nie widziałam ;) Będę na pewno wracać do tego posta, jak już kupię to cudo, czyli być może za rok :) To nic, mogę czekać, nie przeszkadza mi to :) Fajnie jest marzyć i czekać, a przy okazji czytać i poznawać wszystko zanim jeszcze się spróbuje! Dzięki za kolejną dawkę wiedzy! Pozdrawiam serdecznie i życzę przyjemności z nową włóczką. Koniecznie pokaż efekty!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wybierasz moim zdaniem najlepszą drogę :) Kurs nie musi być długi (mój był dwudniowy), grunt, że można nauczyć się podstaw, dowiedzieć wielu przydatnych drobiazgów i wypróbować kołowrotki. To jest niepowtarzalna okazja, bo tak jak maszyny do szycia można wypróbować w wielu sklepach, tak kołowrotki są raczej mało dostępne do spróbowania ;) Poza tym dobrze jest przekonać się, czy przędzenie to jest to, o co nam chodzi. Raczej wydaje mi się, że osoba chcąca się uczyć przędzenia na kursie ma do tej nauki wystarczający zapał, ale nigdy nie wiadomo...
      Co do mojej krótkiej przygody z wrzecionem, to mam wrażenie, że głównym winowajcą była samodzielna nauka. Mimo kilkudniowych prób nie złapałam rytmu, a nikt nade mną nie stał, żeby wskazać przyczyny niepowodzeń. Owszem, kupione wrzeciono z założenia jest dobrze wyważone, ale to moje jest stosunkowo ciężkie, więc nadmiernej cienizny z delikatnego surowca raczej bym na nim nie uprzędła (gdybam, bo moje próby nie wyszły poza wełnianą linę okrętową). I zupełnie nie radziłam sobie z czesanką (to było jeszcze przed kursem kołowrotkowym). Justyna poniżej uściśla temat rozciągania czesanki, rzuć okiem. To nie jest trudne, ale trzeba przećwiczyć i poczuć. W ogóle przędzenie to zajęcie mocno "na czuja", co sprawia, że jest przy okazji super przygodą :)))

      Usuń
    2. Ja też się nie zakochałam we wrzecionie, może powodem był fakt, że najpierw nauczyłam się prząść na kołowrotku i wrzeciono odbierałam trochę jak przesiadkę z mercedesa do malucha... Nie da się ukryć, że na kołowrotku przędzie się szybciej i bardziej komfortowo, wygodnie się siedzi, nie trzeba rąk do góry podnosić. Wrzeciono ma natomiast tę zaletę, że można prząść na nim wszędzie, kołowrotek z powodu swych rozmiarów jest mało mobilny. Tkaczki mówią też, że wrzeciono daje mocniejszą nić - na przykład na osnowę - na kołowrotku ponoć nie da się takiej ukręcić, a przynajmniej jest to trudniejsze. No i na koniec cena, a ta jest nieporównywalnie niższa w przypadku wrzeciona.

      Usuń
    3. Dziękuję Wam dziewczyny :) Wszystko przeczytałam i cieszę się, że ta droga, o której piszę zyskała aprobatę :) Ja spróbuję wrzeciona, choćby ze względu na samą ciekawość i na piosenkę, którą pamiętam z podstawówki ;) Zresztą, mój małżonek już wie, że ma mi je kupić na imieniny ;) Dobrze wiedzieć o tych wszystkich technicznych rzeczach zanim się zacznie!
      Mam pytanie Tysiu - pojawiły się na hobby wełna warsztaty przędzenia na wrzecionie. Czy to Ty będziesz je prowadzić? Poważnie się nad nimi zastanawiam... :)

      Usuń
  3. Fajnie,że "przypominasz" temat, bo jakoś ostatnio duch prząśniczy w narodzie nieco przycichł ;) a może tylko w skupieniu pochyla się nad kołowrotkami i przędzie... w każdym razie fajnie, że piszesz.
    Zajrzyj sobie, w wolnej chwili, na blog Jagienki - http://2knitornot2knit.blogspot.com jest tam przynajmniej kilka ciekawych tematów dotyczących przędzenia, jak na przykład metoda fraktalowa (na którą mi na kursie zabrakło czasu i tylko tak po łebkach o niej powiedziałam), skręcanie "lin" i kilka innym sposobów przędzenia artystycznego.

    Czesanki przy rozdzielaniu najlepiej w ogóle nie przerywać na długości, z czasem można dojść do sporej wprawy w oddzielaniu i warto ją (a już w szczególności farbowaną, bo podczas farbowania czesanka lekko się zbija) rozpulchnić w rękach, lekko porozciągać w poprzek i na długości tak, żeby włókna się słabiej siebie trzymały, wtedy łatwiej wysnuwać przędzę.

    A i jeszcze jedno, jeśli mogę wtrącić - bardziej dokręcaj dubelki, żeby miały ciaśniej "brzuszki", będą wtedy jeszcze ładniejsze. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję za uwagę o dubelkach. Wydawały mi się trochę niedokręcone, ale po pierwszych "przekrętach" starałam się nie skręcać za bardzo i przesadziłam w drugą stronę ;) Oko mistrza (bo Ty temat znasz od podszewki i jestem niezmiennie Ci wdzięczna za super kurs i solidne podstawy) widzi najlepiej. Tak sobie pomyślałam po zwinięciu tego dubla, że chyba pora wrzucić wyższy bieg w Fantazji...
      Czesanki już w poprzek nie rwę, ale jak pamiętam początki, to wtedy warto było skrócić trochę materiał do obróbki, co by nie zaplątać się dokumentnie ;)
      Poczytam blog Jagienki - pora na kolejny level :)))
      Pozdrawiam!

      Usuń
    2. Tak, jeśli kołowrotek nie dokręca, to znaczy, że trzeba wrzucić wyższy bieg. Zawsze możesz tego dubelka wrzucić na kołowrotek jeszcze raz i mocniej dokręcić, kontrolując siłę skrętu - to ma wyglądać mniej więcej tak jak w kupnej włóczce, taka częstotliwość brzuszków.

      Owszem, na kursie działy się cuda i dziwy ;) i wtedy krótsze partie czesanki dawały możliwość odkręcenia, z długim ogonem byłoby trudniej, ale tak docelowo nie ma takiej potrzeby by dzielić, a dzieląc można się czasem pomylić gdy chcesz zachować powtarzalność kolorów we włóczce, czasem można kolejny kawałek zacząć prząść od przeciwnego końca i układ się zaburzy.

      Jeśli natomiast chcesz uprząść singla (lub bazę do navajo) o długich przejściach kolorystycznych i tak by w dzianinie wyszły pasy, to warto czesankę pozostawić niepodzieloną, tylko dobrze porozluźniać i przed przędzeniem porozciągać na długości, żeby ten ogon był cieńszy i łatwiejszy do przędzenia. Powodzenia :)

      Usuń
    3. Resztkę singlową od tego dubla już dokręcałam, więc teraz pora na powtórkę z dokrętek na dublu :) Za poradnictwo w kwestii dzielenia i opis konsekwencji serdecznie dziękuję - bezcenna wiedza na przyszłość. Widzę, że zrobiłam błąd z łaciatym merynosem Malabrigo (dużo kolorów, krótkie ciapy i odcinki), którego podzieliłam wzdłuż i na szpulce wychodzi kalejdoskop. Gdybym nie podzieliła, odcinki kolorów mogłyby być dłuższe i byłoby ładniej. Na błędach człowiek najlepiej się uczy, niestety...

      Usuń
    4. O matko dziewczyny! Mam nadzieję, że kiedyś będę w stanie coś z tego zrozumieć ;););) Wtedy tu wrócę i przeczytam te komentarze raz jeszcze :) Pozdrowienia!

      Usuń
    5. Szybciej niż Ci się wydaje :)))

      Usuń
  4. Chciałabym, oj jak ja bym chciała. Ale tak sobie tłumaczę, czy ja już muszę wszystkiego się chwytać?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja tak zwlekam z nauką frywolitki... Na wszystko czasu nie starczy, niestety. Staram się więc rozwijać to, co już znam, a nowe techniki selekcjonować. Musi mi to nowe rzemiosło strasznie się podobać i w jakiś sposób łączyć się z dotychczas opanowanymi, żebym uległa pokusie.
      Przy okazji bardzo się cieszę, że odkryłam Twój blog przez komentarz :) Piękne rzeczy robisz!

      Usuń