sobota, 15 marca 2014

Dla przyszłych prządek

Oraz takich zupełnie początkujących. Nie pretenduję do miana znawczyni tematu - na razie jestem początkującą entuzjastką, na poziomie powiedzmy A.1.2 (używając analogicznych oznaczeń kursów językowych). Póki pamiętam trudne miłego początki, postaram się je uwiecznić ku swojej rozrywce w przyszłości i korzyściom osób przymierzających się do przędzenia obecnie. Jeszcze doskonale pamiętam, jak na etapie "chcę się nauczyć prząść!" wyłuskiwałam z internetu potrzebne mi informacje podstawowe. Postaram się zebrać je w kilku odcinkach, oznaczonych etykietą "jak zacząć prząść".

Na początek krótka e-porada: dla poszukujących w sieci informacji polecam skarbnicę wiedzy po polsku, Prząśniczkę, a po angielsku i francusku szukanie przez frazy "spindle spinning", "wheel spinning" lub analogicznie "filage au fuseau" i "filage au rouet". Okazuje się przy tej lekturze, że prządek jest na świecie zaskakująco dużo i życzliwie dzielą się swoją wiedzą :)

Przede wszystkim zanim się to wszystko zacznie, to przędzenie wydaje się czarną magią. Potem jest czarna rozpacz, a po jakimś czasie (na szczęście stosunkowo szybko) pozostaje po prostu magia, zen i czysta przyjemność. Do tego piękne motki z niepowtarzalną strukturą nici i kolorystyką. To warto pamiętać, bo początki bywają mało zachęcające. Trzeba się wtedy skupić na celu i będzie dobrze.

Jeśli ktoś z chętnych do nauki przędzenia uczył się kiedyś bezwzrokowego pisania na maszynie/klawiaturze, to to jest ten sam mechanizm. Najpierw wydaje się, że właśnie nabywana umiejętność jest jakaś dziwna, powolna i niezrozumiała, potem zaczyna się łapać rytm, nabierać tempa, aż wreszcie cała sekwencja staje się odruchem, wykonywanym przy nikłym udziale świadomości. Żeby była jasność, ja jeszcze używam przy przędzeniu sporo świadomości, ale miewam momenty popłynięcia na fali. O, właśnie, to też trochę jak w sporcie, trzeba złapać "flow" i odruchowo zastosować przyswojoną wiedzę/umiejętności. Oczywiście są ludzie z większym i mniejszym drygiem do przędzenia, ale wydaje mi się, że w tej dziedzinie najważniejsze są chęci i regularny trening. Podobnie jak w tańcu klasycznym. Taka np. Galina Ułanowa nie miała na starcie wybitnych warunków fizycznych do baletu, jej talent też nie porażał nauczycieli - sama wyceniała udział talentu w swojej karierze na 10 procent, ale skupienie na celu i ogromna pracowitość dały fenomenalne efekty.

Po akapicie motywacyjnym czas na konkrety.
To jest moje wrzeciono



A to mój kołowrotek (link) na stronie producenta.

Wrzeciono jest niedrogie i łatwo dostępne, a efekty pracy na nim bywają po nabraniu wprawy znakomite (są mistrzynie w tym względzie - np. Agata). Można kupić gotowe wrzeciono, można też zmajstrować własne (np. z kijka i płyty CD). Ja spróbowałam wrzeciona ze sklepu, skręciłam parę metrów grubej nici i na razie się zniechęciłam do tej techniki. Po krótkim doświadczeniu i lekturach doszłam do wniosku, że kluczowymi cechami wrzeciona są waga i wyważenie. Każde wrzeciono powinno być dobrze wyważone, by żwawo i długo się kręcić. Pożądana waga zależy od umiejętności prządki, rodzaju przędzionego włókna i docelowej grubości nitki. Zbyt ciężkie wrzeciono może łatwo zerwać cienką nić wysnuwaną przez niedoświadczoną prządkę ze śliskiego surowca.

Najważniejsze dla połączenia i późniejszego wyglądu nitki z przędzionych włókien jest ich skręcenie. Dzięki niemu zdecydowanie gładsze od wełny jedwabie i angory też dają się prząść. Skręcenie jest dla osoby początkującej chyba największą enigmą. Jak rozpoznać nić przekręconą (za bardzo skręconą) od nici niedokręconej (za mało skręconej)? Najprościej jest to ująć tak, że nić przekręcona nazbyt chętnie zwija się w precelki/sznureczek jeśli tylko choć trochę zmniejszymy jej naprężenie. Nić niedokręcona za to praktycznie nie zwija się w precelki/sznureczek, jest zdecydowanie bardziej puchata i bardzo łatwo się rwie. Czy to się da poprawić w dalszej produkcji? Oczywiście, ba, można też z pozornej wady uczynić zaletę, ale o tym innym razem, gdy temat gruntownie przebadam i będę umiała te doświadczenia dobrze ująć w słowa.

Oprócz wrzeciona podstawowym narzędziem prządki jest kołowrotek. Bywają kołowrotki elektryczne, gdzie nie trzeba pracy nóg, a napędzana motorkiem szpulka wciąga i skręca nitkę. Mam względem takiego urządzenia mieszane uczucia. Jeśli ktoś tylko ma zdrowe nogi, to polecam wzięcie byka za rogi i spróbowanie klasyka unplugged. Sama mam kiepską koordynację ręka-noga, ale przy kołowrotku okazało się, że to zupełnie nie jest problemem. Najtrudniejsza okazała się koordynacja wzrokowo-myślowa: jednoczesne zwracanie uwagi na wysnuwane pasemko czesanki (czy dosyć cienkie?), zwijającą się nić (czy właściwie skręcona?) i nawój na szpulce (czy już trzeba przesunąć haczyk kawałek dalej?). To jest do okiełznania, byle tylko dać szansę przędzeniu. A żeby nie zniechęcić się za łatwo, polecam naukę od kogoś. Na zorganizowanym kursie lub prywatnych lekcjach. Filmiki w sieci pokazują sprawną pracę osób biegłych w przędzeniu. Niełatwo to przełożyć na swoje. Ja w każdym razie oglądałam i widziałam wyłącznie czary-mary, a zupełnie nie wiedziałam, na co zwracać uwagę, żeby się przy tym oglądaniu czegoś nauczyć. No i od czego zacząć? Podejrzewam też, że każdy może mieć zdziebko inne problemy przy nauce. Dobry nauczyciel łatwiej zdiagnozuje przyczynę problemu i pomoże w jego szybkiej eliminacji. Za to potem już samodzielnie znakomicie się szlifuje zdobyte umiejętności. Jak podkreślała na kursie w Poznaniu Justyna, warto z początku prząść po trochu codziennie. Przyznaję jej rację - jak mam dzień przerwy, to chwilę dłużej dostrajam się do swojego rytmu kolejnego dnia. Ergo, trzeba przędzenie naprawdę lubić, a tego się do końca nie wie, nim się nie spróbuje.

Na koniec lojalnie ostrzegam, że będą kolejne odcinki cyklu. Niezależnie od wyrażonego expressis verbis zainteresowania lub jego braku. Po pierwsze, ku wsparciu pamięci własnej, a po drugie - dla tych, co siedzą cicho i tak samo podczytują. Może odważą się tu odezwać, zapytać, a jak nie, to też niech czytają na zdrowie :)

6 komentarzy:

  1. Post na pewno pomocny dla osób, które próbują szczęścia w przędzeniu(?) Mnie się Twój dzisiejszy post zakodował muzycznie, bo najpierw w głowie uruchomiło mi się "u prząśniczki siedzą jak anioł dzieweczki", a potem do tego dołączył stukot maszyn do pisania i muzyka "I like Chopin" do ćwiczenia 100 uderzeń na minutę :)
    Dziwne refleksje przy słonecznej niedzieli, na dokładkę kompletnie nie związane z tematem ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Grunt, że jest inspiracja ;) A jak piszesz o stukocie maszyn do pisania, to mi się skojarzył dla odmiany Jacek Wójcicki z zapamiętaniem śpiewający "Sekretarkę" (www.youtube.com/watch?v=EWPRiyJF1qw). Przędzenie jest ogólnie szalenie inspirujące :)))

      Usuń
  2. O kurczę! To jest seria dla mnie! Ale suuuuuuper! Masz już jedną zaangażowaną czytelniczkę :):):)
    Myślę o przędzeniu odkąd jakiegoś czasu, ale że nie wszystko na raz, to planuję zacząć w przyszłym roku. Mam więc czas, żeby łyknąć trochę wiedzy zanim zacznę ;)
    Już na samym początku mam kilka pytań, jeśli pozwolisz:
    1. Piszesz o kursach Justyny z Poznania, a ja jestem właśnie z Poznania. Czy to się działo w Hobby Wełna?
    2. Widziałam, że Kromscy też organizują kursy. Mogę Cię zapytać, na jakim kursie ty byłaś? Wynika z tego, że tym w Poznaniu?
    3. Czy myślisz, że jest sens w tym, żeby najpierw zacząć od wrzeciona, zobaczyć, czy w ogóle mam do tego dryg, a potem przerzucić się na kołowrotek? Tak sobie myślę... bo kołowrotek to jednak droga zabawa... Myślisz, że najpierw warto pójść na kurs zanim kupi się sprzęt, czy trzeba mieć już swój i dopiero wtedy iść na kurs?
    Zaraz zajrzę na prząśniczkę :) I pisz proszę, tak jak postanowiłaś! Ja będę czekać na każdy post, bo jeszcze nie zabrałam się za szperanie samej w sieci, pomysł jedynie na razie zakiełkował w mojej głowie. Pomoże mi wszystko - konkrety i wrażenia, wszystko :) Dzięki ogromne :) Muszę teraz te wszystkie informacje przetrawić do następnego posta :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo się cieszę z ujawnienia zaangażowanej czytelniczki :))) Jak najbardziej będą konkrety i wrażenia, bo razem lepiej opisują temat :)
      Co do Twoich pytań, to:
      1) tak, to było w Hobby-Wełna; kurs prowadziła Tysia (yarnandart.blogspot.com), były 4 uczestniczki i cztery różne modele kołowrotków do nauki i wypróbowania; trochę więcej o samym kursie pisałam w pierwszym wpisie lutowym - jak coś jeszcze Cię ciekawi, to pytaj śmiało;
      2) o tych kursach też słyszałam, a nawet w zeszłym roku się wybierałam na takowy organizowany w Warszawie; niestety za mało było zdecydowanych uczestniczek, by starczyło na wynagrodzenie pani Kromskiej...
      3) w przypadku wrzeciona próbowanie niewiele kosztuje (albo i nic, gdy się skonstruuje samodzielnie), więc zdecydowanie warto spróbować, bo przy pierwszych próbach wrzecionowych łatwiej pojąć, jak to wszystko działa i jakim cudem puchata czesanka zamienia się w gładką nić; ponadto u mnie brak drygu do wrzeciona nie przełożył się na szczęście na antytalent do kołowrotka ;)
      Zdecydowanie polecam zaczynanie z kołowrotkiem na kursie. Można przy tej okazji łatwiej przezwyciężyć pierwsze zniechęcenie, zyskać duży pakiet cennych informacji i rad i przekonać się, czy mimo początkowych trudności przędzenie wciąż wydaje nam się magią. No i jest okazja wypróbowania kilku kołowrotków, co w razie planów późniejszego zakupu jest baaardzo pomocne. Nie to ładne, co ładne, tylko to, co z nami najlepiej współpracuje ;)
      Masz szczęście, że mieszkasz w Poznaniu. Jest gdzie się uczyć :)
      Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń
    2. Dziękuję Marysiu :) Mam o czym myśleć! Zdecydowanie! Odpowiedziałaś na wszystkie nurtujące mnie pytania na początku mojej przygody :) Może nawet w takim razie zaopatrzę się we wrzeciono szybciej ;) Chyba spać dzisiaj nie będę mogła ;) Pozdrowienia!

      Usuń
    3. Proszę bardzo i polecam się na przyszłość :)

      Usuń