sobota, 13 września 2014

Włóczkoturystyka - Londyn

Byłam niedawno w Londynie. Krótko, bo krótko, ale na kilka rozrywek dziewiarsko-modowych czasu starczyło :)

Nawiedziłam dwa sklepy: I knit London (przy 106 Lower Marsh) i Loop (przy 15 Camden Passage). Oba położone w malowniczych okolicach, z dobrym dojazdem komunikacją miejską. Drugi podobał mi się bardziej, od razu zauważyłam logikę ułożenia włóczek, co uprościło wybór... W obu nie było nowej broszury Kim Hargreaves ("North") - w pierwszym powiedziano mi, że jest w drodze, a w drugim, że właśnie wyszła. Chodliwa ta Kim ;) Nabyłam za to kilka innych książek: o skarpetkach, dzierganych dodatkach w stylu skandynawskim oraz filcowanych kwiatkach. Oczywiście nie w sklepach włóczkowych, bo tam takie książki są najdroższe i nie warto by było ich samodzielnie taszczyć w bagażu... Polecam sklep z przecenionymi książkami na rogu naprzeciw Old Vic (niedaleko I knit London) - jest tam dział Crafts, z całkiem logicznie ułożonym repertuarem, w cenach 5-10 funtów. W Waterstone's dzierganie, szycie i filcowanie podpadają pod Hobbies, czyli trzeba się sporo naprzeglądać, żeby znaleźć interesujące tytuły. Ceny wyższe, ale jak ma się trochę czasu i cierpliwości, to da się wyłowić coś ciekawego w przyzwoitej cenie.

Wcześniej ustaliłam, że jeśli mam sobie kupić jakieś włóczki w Londynie, to powinny to być jakieś wyroby miejscowe. Malabrigo czy Araucanię można kupić bez kłopotu w Polsce, w dodatku trochę taniej. Omijałam włóczki grubsze (bo mniej wydajne) i takie, których sens widzę wyłącznie w swetrach (koszt byłby nieznośny). Postanowiłam znaleźć coś brytyjskiego, szlachetnego (najlepiej z dodatkiem jedwabiu lub kaszmiru), grubości fingering, z potencjałem na piękną chustę. Obawiałam się, czy 400 m (taki metraż na 100 g mają moje wybrane motki) wystarczy na całość, bo lubię spore chusty i sama też jestem słusznego wzrostu, więc szarpnęłam się na dwa. Jako że włóczka jest lekko melanżowa, wolałam nie stresować się różnicami międzymotkowymi i zdecydowałam się na dwa kolory: Charcoal (ten jaśniejszy) i Midnight (ciemniejszy). Włóczka to Titus 4-ply produkcji Eden Cottage Yarns. Na razie cieszę się jej urodą i miękkością, na przerób jeszcze trochę poczeka...



Przy okazji wybrałam się na wystawę w Victoria & Albert Museum "Wedding Dresses 1775-2014", gdzie pięknie wyeksponowano sukienki i dodatki ślubne. Można sobie przy okazji przypomnieć/uświadomić, jak niedawno nastał dyktat bieli w tym względzie. I podziwiać dzieła mniej i bardziej znanych projektantów. Niektóre piękne, inne tylko bogate. Innowacyjnie zaprojektowane, genialnie uszyte - dla każdego coś miłego :) Szczerze mówiąc, bardziej wciągnęła mnie dolna ekspozycja, z sukienkami historycznymi. Najbardziej podobały mi się modele z lat 30., czego się zresztą spodziewałam, bo lubię tę estetykę ukośnych cięć i eleganckiego podkreślania damskiej figury. W starszych egzemplarzach z ogromną przyjemnością podziwiałam hafty oraz znakomity krój. I po raz kolejny zrobiła na mnie wrażenie postura kobiet sprzed 100-200 lat: jakież one były drobne! Z kolei wśród przykładów sukienkowych z lat 40. zainteresowała mnie kreacja z cienkiego materiału obiciowego - tak kobiety radziły sobie w tamtych czasach z racjonowaniem tkanin odzieżowych...

Na górnym poziomie zgromadzono sukienki mniej lub bardziej znanych osób, w większości celebrytek kojarzonych głównie w Wielkiej Brytanii (a także Dity Von Teese, Kate Moss, Gwen Stefani). Przeważnie sukienki tej współczesnej arystokracji były mocno efekciarskie, choć trafiło się też kilka autentycznie ładnych i zarazem dobrze dopasowanych do stylu noszących je pań. Można się też było przekonać, jak ważny w noszeniu ubrania bywa kontekst. Tradycyjny (a właściwie wzorowany na tradycyjnym) męski strój indyjski w swoim oryginalnym otoczeniu wygląda a propos, natomiast na wystawie strojów ślubnych, wśród skrojonych do figury fraków, robi wrażenie piżamy z drogiego materiału... Nie da się ukryć, nieliczne przykłady męskiej mody ślubnej stają się w otoczeniu damskich taft, koronek i strasu szalenie blade.

Na koniec parę migawek z Londynu i wybywam na ostatni przyzwoity kawałek urlopu w tym roku :) Wracam za tydzień.







14 komentarzy:

  1. Piękne precle przywiozłaś i w ogóle cieszę się że miałaś udany wypad - szczerze zazdroszczę, ale jednego Ci nie daruję, być na TAKIEJ wystawie i nie pokazać ani JEDNEGO zdjęcia!!!! Wybaczam, tylko wtedy gdy był zakaz fotografowania i co chwilę stał przerośnięty pan i pilnował. Tłumacz się:)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No niestety, choć przerośniętych ochroniarzy nie było (tylko standardowy personel muzealny), to wyraźny zakaz fotografowania był... Zresztą takie niesamowite trójwymiarowe kiecki dużo tracą na zdjęciach. Oglądałam w sklepiku muzealnym album towarzyszący wystawie i na fotografiach, nawet profesjonalnych, one dużo tracą. Wolałam polegać na własnej pamięci i bardziej opisowych wspomnieniach. Wybaczysz? :)
      Pięknych precelków produkcji krajowej Brytyjczycy mają sporo - żeby to tylko trochę tańsze było...

      Usuń
    2. Wrażenia pewnie pozostaną do końca życia, nawet nie umiem sobie wyobrazić tego, nie wiem czy kiedykolwiek uda mi się zobaczyć coś podobnego w życiu, w obecnej sytuacji życiowej nawet o tym nie myślę, ale marzyć mogę:)

      Usuń
    3. Możliwości potrafią pojawić się znienacka :) Szczerze Ci życzę jak najpiękniejszej realizacji marzeń we właściwym czasie :)

      Usuń
  2. Odpowiedzi
    1. Powyżej zeznałam i jeszcze dodam, że oni tam krzywo patrzą także na szkicowanie... To akurat wydaje mi się trudniejsze do kontrolowania niż fotografowanie, bo jak notes mały, to do czepiania się musieliby zaglądać przez ramię (zakazu robienia notatek nie ma). Niestety nie mam wystarczających zdolności rysowniczych, by zastosować tę formę czynnego oporu widza wobec ucisku muzealnego... ;)))

      Usuń
  3. Ależ miałaś wycieczkę! Najbardziej chyba zazdroszczę wycieczki do muzeum ;)
    Włóczki mają przepiękny kolor!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. V&A to ciekawe, bardzo eklektyczne muzeum. W drodze na tę wystawę czasową zahaczyłam o gabloty z modą i turecką ceramikę oraz tej samej proweniencji dywany (XVIII w.). W gablotach z modą zachwycałam się zwłaszcza trzema kreacjami Balenciagi - one na żywo wyglądają równie imponująco, jak na zdjęciach, znać rękę mistrza... Warto było się wybrać :)
      Włóczki niezależnie jak wyglądają na konkretnym monitorze ;), wzajemnie do siebie bardzo pasują.

      Usuń
  4. Ale super wyprawa! i jakie wrażenia artystyczne! Oj, zazdroszczę!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Różnych wrażeń można się nałykać w podróży... Z dużym zainteresowaniem czytałam o Twojej wyprawie do Rumunii - człowiek wszystkiego nie zdąży zrealizować, dobrze, że może poczytać o tym, co ciekawego robili inni w miejscach, do których się nie dotarło :)

      Usuń
  5. Tak jak i reszta zazdraszczam wystawy, musiała być niesamowita ! Ja zawsze jak mam okazję podgladam dawne stroje i nie moge wyjść z podziwu, że to wszystko ręcznie jest zrobione! Moteczki wyglądają apetycznie i podobaja mi się oczywiście kolory :) Ja Londyn w przyszłym roku mam w planach i już nie odpuszczę. Serdeczności.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Edi, nie odpuszczaj :) Londyn to świetne miejsce - dla każdego coś miłego :)

      Usuń
  6. Z Eden Cottage powinnaś być zadowolona! Ja się do Loopa wybieram i wybieram, ale coś mi się wycieczka odkłada. Dobrze, że mam swojego tajnego agenta do zadań specjalnych :-)
    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że będę zadowolona, bo w dotyku włóczka jest wyborna. Na razie rośnie mi lista wzorów, które by dobrze wykorzystały te nitki - niedawne publikacje Hani i Justyny nie ułatwiają życia...
      Dobry agent nie jest zły ;) Mimo to nie odkładaj wyprawy do Loopa za długo, bo to dla osoby dziergającej ogromna przyjemność.
      Pozdrawiam Cię serdecznie!

      Usuń