sobota, 18 października 2014

Druty małe i duże

Opis drutów Intensywnie Kreatywnej spowodował u mnie jakiś czas temu chwilę refleksji i mały przegląd stajni drutowej. Na komentarz pod tamtym tekstem to za dużo, więc pozwolę sobie na blogu własnym trochę się w temacie powywnętrzać.

W zamierzchłych czasach zaczynałam naukę dziergania na cienkich stalowych drutach skarpetkowych - rozmiar 2,5. Mimo upływu lat, wciąż je mam, co więcej, udało mi się nie zgubić ani jednej sztuki :)



Podziwiam wiarę mamy w moją koordynację i naturalne wyczucie BHP, bo miałam wtedy bodajże 7 lat. Oboje oczu posiadam do dziś, wzrok wciąż jest niezły. Gdy zaczynałam naukę, dostałam druty w dłoń, do tego jakąś resztkę taniej włóczki i pod okiem rodzicielki poznałam najprostsze nabieranie oczek (loop cast-on) oraz przerabianie prawych i lewych. Zostawiona sama z robótką zaczęłam kombinować i (bez intencjonalnego dodawania oczek) wkrótce z 10 oczek otrzymałam 26. Tak to bywa, gdy nowicjuszowi da się w rękę ostre druty i łatwo rozdwajającą się włóczkę... Na szczęście się nie zniechęciłam i w kolejnych latach po trochu dłubałam, zwykle na tych drutach skarpetkowych, które były poręczne i dawały ładną zwartą dzianinę. Kilka lalek otrzymało proste wdzianka mojego autorstwa, niekiedy ozdabiane koralikami lub sznureczkami szydełkowymi, robiłam też lalkom na szydełku obuwie typu baletkowego (vel kierpce). W którymś momencie moje dzierganie przyuważyła ciocia Ala, wybitny talent dziewiarski, autorka najpiękniejszych swetrów, jakie dotąd zdarzyło mi się oglądać. Od niej nauczyłam się, że są jeszcze inne metody nabierania oczek. Na większą naukę byłam jeszcze za mało zaawansowana, niestety. Zwłaszcza że ciocia była dziewiarką intuicyjną. Zapewne coś tam próbowała i obliczała, ale nigdy nie widziałam w jej rękach notatek, zapisanych wzorów... Po prostu dziergała tak, żeby było pięknie. I już.

Kolejnym etapem był mało mobilizujący epizod zajęć praktyczno-technicznych pod koniec podstawówki. Nauczycielka wyśmiała mój sposób przerabiania oczek prawych, które były niczym innym jak oczkami przekręconymi. Cóż, nie istniała wtedy internetowa społeczność dziewiarska, która wytłumaczyłaby tej pani, że to po prostu jedna z metod, nie lepsza i nie gorsza od oczek przerabianych zwyczajnie, która stosowana intencjonalnie może dawać bardzo dobry efekt (patrz: ściągacze albo piękne plastyczne wzory z prawych oczek wędrujących po morzu lewych). Krytyka pani od ZPT spowodowała, że jako jednostka ambitna szybko nauczyłam się przerabiać oczka najzwyczajniej w świecie. Potem dziergałam od czasu do czasu, ale zdecydowanie bardziej w tej dziedzinie wykazywała się moja siostra. Dziergnęła mi nawet kiedyś genialny sweter żakardowy (błękit z granatem, Edi, czytasz te słowa?). Ja tymczasem byłam tą od szycia ;)

Jest jednak takie pole dziewiarskie, na którym królowałam w rodzinie od czasów nastoletnich niepodzielnie - rękawiczki pięciopalczaste. Opisu w książce nie rozumiałam, ale jako umysł ścisły wykombinowałam, jak to powinno wyglądać, gdzie dodać oczka i ile. Doszło do tego, że wspomniana ciocia Ala zamówiła sobie u mnie parę rękawiczek dobranych do okrycia zimowego. Jakaż ja z siebie byłam dumna...



Na zdjęciu jest kłębuszek włóczki, który pozostał po wykonaniu tamtych rękawiczek.

Nie wiem, czy pierwsze druty wywierają niezatarte piętno na późniejszych upodobaniach sprzętowych, ja w pewnym momencie porzuciłam skarpetkowce i wracam do nich raczej rzadko. Odkąd odkryłam druty z żyłką, to właśnie na nich dziergam najchętniej. Na początku nie zniechęciło mnie nawet to, że peerelowska żyłka żyła własnym życiem, a czubki drutów były zdecydowanie tępsze od moich ulubionych drutów stalowych. Ale nic nie spadało... Dlatego od tamtej chwili jedynie rękawiczki i czapki robiłam na drutach skarpetkowych. I to właściwie do czasów współczesnych. Pewnego razu kilka lat temu zabrakło w pasmanterii drutów skarpetkowych w sporym rozmiarze. Na Świętokrzyskiej często urzęduje właściciel, który znakomicie zna się na sprzedawanym asortymencie, a do tego jest sympatycznym, kontaktowym człowiekiem. Gdy zapytałam zdesperowanym tonem "jak ja mam zrobić tę czapkę z grubej wełny?..", pan pasmanteryjny polecił mi poszukanie w sieci odpowiedniej metody, bo jego córka bez problemu robi czapki na drutach z żyłką i tę metodę bardzo sobie chwali. Trafiłam wcześniej na hasło "magic loop", ale jakoś nie potrzebowałam go rozgryzać. Aż do czasu tej czapki... Konieczność zrozumienia filozofii "magicznej pętelki" otworzyła mi zupełnie nowe horyzonty druciarskie. Dalej lubię druty skarpetkowe (stara miłość nie rdzewieje, w końcu stal była nierdzewna ;)), ale stosuję je wyłącznie w określonych sytuacjach. Staram się za to gromadzić jak najdłuższe żyłki do drutów wymiennych i druty niewymienne na jak najdłuższych żyłkach. Powolutku dojrzałam do wykonania obu rękawów na jednym drucie. Moje testowe Nelumbo aż się o to prosiło. Fanką tej metody nie zostałam (trudno opanować powstawanie "drabinki" w miejscu zakończenia i rozpoczęcia rzędu), ale doceniam jej praktyczność, gdy ilość surowca jest ograniczona. Zwykle jednak wolę wąskie rękawy dziergać na drutach pończoszniczych.

Technika to jedno, jej wsparciem mogą być odpowiednie do stylu dziergania narzędzia. Choć jestem świadoma niedoskonałości drutów Knit Pro, to jednak uwielbiam moje KP za ostre końce i niesamowity wybór rozmiarów. Oraz materiałów, z których są wykonane. Moje ulubione to akryle i aluminium - kwestia płynności przesuwania robótki po drucie jest dla mnie decydująca. Metale są trochę za śliskie, drewno za tępe. A w karbonowych łączenia czubków z węglowym fragmentem są nieidealne (lekko haczą). Dotąd udało mi się złamać tylko jeden akrylowy drut wymienny w rozmiarze 3,5 mm. Był intensywnie użytkowany, więc w sumie się nie zdziwiłam, gdy po paru latach odmówił dalszej współpracy. Metale nie są moimi ulubieńcami także z powodu problemów z dokładnym dokręceniem. Trzymam drut przez irchę, starannie kręcę kluczykiem, a mimo to raz na jakiś czas trafia się przykra niespodzianka z oczkiem, które wpadło w rozpadlinę i nie chce z niej wyjść...



Nie mam problemu ze ścierającą się numeracją poszczególnych rozmiarów KP. To znaczy, numeracja się ściera jak ta lala, ale od dawna mam miarkę do drutów i ew. wątpliwości rozwiewam pomiarem. Zresztą rzadko mam wątpliwości, bo opakowań poszczególnych par nie wyrzucam. Po użyciu druty wracają do swojej foliowej skuwki. Jestem bałaganiarą-pedantką i druty zyskują raczej na tej drugiej cesze charakteru ;)

Po dłuższym czajeniu się postanowiłam spróbować drutów ChiaoGoo (Twist - z czerwoną wymienną żyłką), podobno jakości ponadstandardowej. Wybrałam... metale ;) Druty testuję od niedawna. Pierwsze wrażenia są korzystne. Wprawdzie to metal, ale bardziej aksamitny od KP. Oczka nie ślizgają się po nim w sposób niekontrolowany. Podobnie żyłka ma delikatny mat, co sprawia, że jest genialna do odkładania oczek rękawa na później.



Co do innych marek, o HiyaHiya słyszałam i czytałam dużo dobrego (m.in. od Intensywnie Kreatywnej i Tysi). Wiem, że są wyznawczynie Addi. Sama odpowiedzialnie mogę się wypowiadać tylko o KP, bo dość solidnie je eksploatuję od kilku lat. Poza tym incydentalnie używam szydełek. Zwykle tych grubszych (2-5 mm). Tu sprawdzają mi się no-name'y z aluminium.

Używam też sprzętu dodatkowego. Na przykład drutów warkoczowych, których wygięta część ładnie trzyma nawet pojedyncze przeplatane oczko. Przy Nelumbo odkryłam, że czasem niezłym zamiennikiem dla tego gadżetu mogą być wykałaczki. Wyjechałam na majówkę bez dodatkowego osprzętu i na wyjeździe twórczo szukałam zamienników. Markery łatwo zastąpić zawiązaną w pętelkę kontrastową nitką, za drut warkoczowy przy niezbyt grubej nitce (grubości Sock/Fingering) idealnie służą wspomniane wykałaczki. Są dwustronne (ważne przy obracaniu oczek), nieduże (przy pracy z pojedynczymi oczkami to duża wygoda) i niezbyt śliskie. Nawet nie próbowałam po powrocie z majówki przerzucić się na sprzęt specjalistyczny. Manewrowanie dwoma wykałaczkami i drutem przy potrójnym skrzyżowaniu wydaje mi się prostsze.

Moim zdaniem, przy wyborze drutów trzeba się kierować głównie odpowiednimi końcówkami i poślizgiem. Im ostrzejsze końcówki, tym wygodniej pracuje się osobom przerabiającym oczka ścisło, jest to też poręczniejsze przy ażurowych chustach dzierganych z cienkich włóczek. W innych przypadkach warto wybrać druty o bardziej zaokrąglonych końcówkach, by nie walczyć z przypadkowym wbijaniem się w środek grubej nici, co może być szczególnie irytujące dla dziergających bezwzrokowo przy oglądaniu filmów. Poślizg to sprawa wybitnie indywidualna, po części też związana ze ścisłością przerabiania. Im ściślej, tym bardziej śliskie druty są wskazane. Gładki metal zawsze będzie miał największy poślizg, potem akryl i aluminium, a drewno zdecydowanie najlepiej trzyma się oczek. Ot i cała filozofia :)

32 komentarze:

  1. Bardzo miło czytało mi się Twój post. Masz tyle dziewiarskich wspomnień, że wcale się nie dziwię, że Twoje prace są wykonane tak precyzyjnie :)
    Co do drutów, to próbowałam ostatnio sztrykować na kwadratowych, ale zdecydowanie bardziej wolę swoje drewniane KP, więc może coś w tym jest, że wspomnienia brzydkich robótek z dzieciństwa nie zachęcają do dziergania ;)
    Natomiast jeżeli chodzi o szydełka, to mam ich kilka rodzajów, różnych firm, ale żadne nie równa się jednemu, staremu otrzymanemu od babci, takiemu plastikowemu, z widocznymi śladami użytkowania. Łapie oczka lepiej niż nowe, ergonomiczne, wykonane z najlepszego tworzywa szydło za kilkadziesiąt złotych.
    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Twoje szydełko to skarb - takie sprawdzone, sprezentowane przez bliską osobę... Z mojego umiarkowanie intensywnego doświadczenia szydełkowego też wynika, że nie to dobre, co najdroższe, tylko to, co dobrze leży w dłoni i czym wygodnie się przerabia. Trzymam szydełko w podobno niewłaściwy sposób (od góry, nie jak długopis), więc tym bardziej doceniam szydła, które ze mną współpracują :)
      Drutów kwadratowych też nie polubiłam. Mam jedną parę i więcej nie kupię. Do nich trzeba by mieć specjalną miarkę ;) no i są jakieś takie nieporęczne...
      Pozdrawiam Cię serdecznie!

      Usuń
  2. Widzę kolejna miłośniczka drutów Chia Goo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie będę pokazywać palcem, kto tak dobrze podpowiedział miejsce zakupu ;)

      Usuń
  3. Odpowiedzi
    1. Są :) A do tego bardzo starannie wykonane.

      Usuń
  4. Bardzo fajne wspomnienia! *^v^*
    Ja pamiętam, że pierwsze doświadczenia z drutami miałam w wieku ok. 12 lat, kiedy mama nauczyła mnie prawych i lewych oczek, na prostych drutach metalowych (z kolorowymi kulami na końcach, strasznie mi się to podobało! ^^). Potem zrobiłyśmy wspólnie kamizelkę - mama przód warkoczami, ja tył na gładko, z tym, że mama nie przewidziała jednej rzeczy - każda dziergająca ma inną ścisłość dziergania! Jej przód był miękki i lejący, mój tył wyszedł niczym blacha stalowa, bo mocno zaciągałam i (do dziś zaciągam) nitkę...
    Acha, i też nauczyłam się oczek prawych przekręconych, i dziergam nimi do dziś, nigdy się nie przestawiłam! *^o^*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Piękna historia kamizelki... Jeszcze parę osób i mogłybyśmy napisać pouczającą książkę wspomnieniową "Z pamiętnika młodej dziewiarki" ;) Byłoby trochę śmieszno, trochę straszno i do tego z nutką nostalgii...
      Czy te kulki były może zielone? Bo mam takie z instrumentarium mojej mamy :)
      Z przekręcaniem oczek w erze nowożytnej doszłam do tego, że przekręcam w odwrotną stronę niż metody anglosaskie przewidują, bo u mnie oczko na drucie ma z innej strony tył ;) W metodzie anglosaskiej prawa nóżka idzie po wierzchu oczka na lewo, w mojej interpretacji - lewa na prawo jest na wierzchu. Takie niuanse dziewiarskie...

      Usuń
    2. Zależy, w jakim rozmiarze. Zielone kulki bodajże na piątkach, za to na trójkach żółte. *^v^*

      Usuń
    3. U mnie zielone właśnie na piątkach :)

      Usuń
    4. Ja też mam zielone kulki i kremowe(mleczne), obie na 2,5.

      Usuń
    5. To mamy razem niezłą kolekcję ;)

      Usuń
  5. Jaka piękna opowieść o drutach! Taka do poczytania w słoneczne sobotnie popołudnie. Do mnie ostatnio wróciły druty, których używałam w dzieciństwie. Moja mama już ich nie używa (problemy zw wzrokiem), więc przygarnęłam bidulki. Używam ich do blokowania, głównie chust.
    Wzbudziłaś mój wielki podziw tym, że nie wyrzucasz opakowań po drutach i masz je tak uporządkowane. Ja ciągle walczę z własnym bałaganiarstwem. I idzie mi okrutnie ciężko. Ale nikt nie jest doskonały.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. Moja mama też już nie dzierga. Trochę to kwestia wzroku, a trochę tego, że nie było to jej najulubieńsze hobby (książek czyta mnóstwo mimo nienajlepszego wzroku ;) ). Parę razy za to porównała moje swetry do dzieł cioci Ali i był to dla mnie ogromny dziewiarski komplement.
      Danusiu, ja też walczę ze swoim bałaganiarstwem... I jedną z metod jest pilnowanie drutów, żeby się nie rozpełzły bez etykiet. To pewnie z lenistwa, żeby nie sprawdzać ciągle miarką i nie szukać dwóch jednakowych końcówek do pary :)

      Usuń
  6. Siostro ! Prawie jakbyś o mnie pisała :)))). Druty skarpetkowe do rękawów i wszystkiego na okrągło a najlepsze sa aluminiowe 4mm i metalowe 2,5 i 3,5 - mają cos około 40 lat i sa jeszcze po babci. Z ZPT miałam jedyną tróje na świadectwie bo.... nie zrobiłam szalika na szydełku :) Druty i szydełko trzymam jak Ty dodatkowo jeszcze inaczej nawijam nitkę (od góry) więc każdy wzór przerabiam po swojemu a znajome dziewiarki mówią, że śmiesznie robię na drutach. Tylko druty u mnie to Addi, KP są za ostre i boli mnie po nich palec. Druty również przechowuję jak Ty tylko pilnuję bardziej starannego odkładania bo nie mam miarki ;) Ależ piękny musiał być ten granatowo-niebieski żakard. Ściskam Cię serdecznie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Edi, już jakiś czas temu dało się zauważyć, żeśmy pokrewne dziewiarskie dusze... :))) Na myśl, że Ty (TY!) miałaś tróję z ZPT za niezrobienie szalika na szydełku zaczęłam się serdecznie śmiać i nadal chichoczę. Jak myślisz, poprawiliby tę ocenę za tę niesamowitą czarną sukienkę?
      Wiesz, że na szydełku u mnie nitka też idzie górą? Tyle że ją podbieram szydełkiem od dołu, ale w sumie chyba na to samo wychodzi...
      Żakard w tamtym swetrze nie był szczególnie skomplikowany, ale sprytnie skomponowany z ryżem i prostym haftem. W jedynych słusznych kolorach wyglądał lepiej niż oryginał w gazecie :)
      Serdeczne uściski!

      Usuń
  7. Ależ masz porządek w drutach. Ja nie mogę się ogarnąć i mam ogromny bałagan... Żyłki, markery, druty wymienne i nie pałętają mi się po całym domu. Bardzo, bardzo potrzebuję etui ale sama szyć nie umiem, a zlecić komuś nie zlecę, bo nie mam pojęcia jak chciałabym żeby wyglądało...

    Co do drutów to jestem fanką metalowych KP - przerabiam luźno ale lubię ostre końcówki, jakoś łatwiej mi się pracuje. Może dlatego, że jak byłam mała to robiłam na jakichś niesamowicie tępych drutach, głównie plastikowych, i mam traumę... ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli że traumy z początków dziergania wpływają na późniejsze wybory... A serio, to ja też wolę uważać na rozdwajanie niż walczyć o wbicie druta tam, gdzie zaplanowałam.
      Do etui też powolutku dojrzewam (niewątpliwie jest to najbardziej estetyczne rozwiązanie), ale, jak wiadomo, prowizorka jest wieczna ;) Większość dziewiarskich pierdółek wtykam do plastikowego etui mojego pierwszego zestawu KP, ta kieszonka za drutami mieści zaskakująco dużo. A cały dziewiarski i prządkowy osprzęt wrzucam do miękkiego pudła z suwakiem. Chroni moje instrumentarium przed rozpełznięciem po domu całkiem nieźle ;)

      Usuń
  8. Z moim marnym stażem dziewiarskim i miernymi wspomnieniami z zajęć ZPT z zakresu dziewiarstwa, chociaż takie zajęcia były, wspomnień w tym kierunku nie posiadam, jak i sprzętu. Z drutów od razu kupiłam sobie cały komplet KP drewnianych i HH metalowych, więc problem z upchnięciem drutów odpada, bo były od razu w bardzo praktycznych "opakowaniach", potem dokupowałam jeszcze z ciekawości po sztuce metalowych i akrylowych KP i z tych wszystkich najbardziej lubię robić na drewnianych KP, chociaż kusiło mnie spróbować karbonowych , ale po tym co napisałaś , chyba zrezygnuję:( O drutach ChiaoGoo też słyszałam i już moja mania zbieractwa powoli się odzywa:) Obecnie stoję przed ciężkim wyborem zakupu pierwszych drutów skarpetkowych i już dostaję lekkiej paniki wobec ogromu i bogactwa wyboru w tym inwentarzu:)

    OdpowiedzUsuń
  9. Jeszcze zapomniałam zapytać się Ciebie jako eksperta, która długość drutów skarpetkowych jest najbardziej uniwersalna i jak to się przekłada w praktyce?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ło matko, Wiola, nie rzucaj tak lekko tym ekspertem, bo się zarumienię ;) Z mojej praktyki wynika upodobanie do skarpetkowców raczej dłuższych - używam 20 cm i sobie chwalę: do rękawów, rękawiczek-łapek i skarpet są idealne, ale przy mniejszych formach, typu palce rękawiczek, krótsze patyki pewnie byłyby poręczniejsze (choć moją nastoletnią karierę w tej dziedzinie przedziergałam na stalowych dwudziestkach i było dobrze). Karbonowe skarpetkowce są bardzo przyjemne w dotyku i gdyby nie to delikatne haczenie (przy mocniejszych włóczkach bez znaczenia, ale przy delikatnie sprzędzionych zwiewnych nitkach mogłoby być mniej fajnie...), to chyba bym je lubiła najbardziej. Ze względu na cenę, to może nawet dobrze, że nie są idealne ;) Tobie pewnie najlepiej sprawdzą się drewniane. Tylko uważaj po przerobieniu oczek z jednego druta, który wyciągasz prawą ręką, bo ja parę razy w życiu wyciągnęłam nie ten, co trzeba, i błyskawicznie musiałam ratować osierocone oczka...
      Kupowanie kompletu w etui to duże ułatwienie w ogarnięciu zbioru. Zaczynałam moje zbieractwo KP od zestawu akryli i to etui świetnie służy mi już chyba piąty rok :)

      Usuń
    2. Dziękuję Ci Dobra Kobieto, teraz już wiem , co mam wkładać do koszyka, strasznie chciałabym spróbować zrobić pierwsze w życiu rękawiczki:)))

      Usuń
  10. Uwielbiam do Ciebie wpadać, uwielbiam Cię blogowo poznawać i w ogóle uwielbiam czytać wszystko co spod Twojego wirtualnego "pióra" powstanie.. ale historia, którą dzisiaj przedstawiłaś jest mi tak bliska, że aż prawie moja.. :D i ja mam drutki mamusine, ale mam też i takie babcine. Babcia jako jedyna w rodzinie zajmowała się dziewiarstwem, ale podobnie jak Twoja ciocia, intuicyjnie i bez znajomości i świadomości technik tak nam dzisiaj znanych, ale za to oczkami przekręconymi robiła każdą rękawiczkę i nigdy inaczej, bo taka dzianina była najbardziej ścisła i mięsista, co w przypadku rękawiczek rewelacyjnie się sprawdzało. U mojej Babci za przekręcone oczka dostałabyś brawa! :D
    A.. i ja też konstrukcję i kształty opanowywałam właśnie na rękawiczkach, które uwielbiałam robić! szkoda, że już mi przeszło... może jeszcze do nich wrócę? :)
    Ściskam i serdecznie pozdrawiam!
    PS. na ZPT moje dzierganie również spotkało się ze śmiechem i już nigdy więcej nie przyniosłam drutków do szkoły.. dłubałam sobie w domu :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taki urok dziewiarskiego półświatka internetowego - pokrewne dusze dziergające mogą na siebie trafić nawet wtedy, gdy dzielą je setki kilometrów :)
      Tamte zetpety to był dziwny wynalazek. Pomijając wybór nauczanych czynności, które z dziewcząt miały uczynić perfekcyjną panią domu, a z chłopców - zapalonych majsterkowiczów, nauczycielki malo się znały na nauczanych czynnościach i nie umiały z godnością przyjąć do wiadomości faktu, że czasem uczennica wie więcej. Na przykład, że pęknięcie w dekolcie bluzki można odszyć jedną pliską... Inna sprawa, że trudno być jednocześnie wybitną specjalistką od wielu typów rękodzieła i gotowania zarazem, a do tego mieć wiedzę metodyczną i ujmującą osobowość... ;) Wychodzi na to, że my kochamy rękodzieło mimo wszystko :)))
      Ściskam Cię serdecznie, Asiu!

      Usuń
  11. Bardzo przydatny artykuł. Ja (chyba od roku) myślę o kupnie drutów z dokręcanymi żyłkami, ale szkoda mi kasy i nie wiem czy przy moim mało intensywnym dzierganiu ma to sens. Chociaż takie artykuły pomagają mi podjąć decyzję.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może podsuń bliskim pomysł na prezent? I na pewno warto zawczasu przemyśleć, czego się potrzebuje (rozmiary, surowiec). Przy Chiao Goo wiedziałam, że nie ma sensu wykosztowywać się na pełny komplet i kupiłam zestaw mniejszych rozmiarów oraz długą żyłkę. Cieszę się, że moje rozważania Ci się przydały :)

      Usuń
  12. Zapomniałam napisać, że fajne wspomnienia. :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Mam dwie pary ChiaoGoo, z niewymienną żyłką i jestem nimi zachwycona. Kupowałam na ebay, po jednej parze, wiedząc o nich tyle, co wyczytałam z obcojęzycznych blogów i chyba jednego polskiego - i nie żałuję. Mam piękny zestaw KnitPro, próbowałam Addi, mam też najtańsze chińskie bambusy pończosznicze, które są wcale niezłe, ale satynowe ChiaoGoo mnie zachwyciły!
    Cieszę się, że wykryłam Twojego bloga i zapisuję adres!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też do Ciebie lubię zaglądać :)
      Ostatnio więcej dziergałam na tych nowych ChiaoGoo i coraz bardziej je lubię - mają idealny poślizg, dobrze trzymają się w gwincie, a nawet jak przy żywiołowym wywijaniu magic loopem wreszcie zaczęły się same rozkręcać, to nie wciągały mi brutalnie i bezpowrotnie nitki w przerwę. Szukam w nich wad, ale jakoś nie znajduję ;)
      Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń
    2. O, ależ one mają porządną wadę - ich producent nie chce wejść na rynek polski. Prosiłam właścicieli pasmanterii Amiqs, żeby podjęli kontakt, ale skończyło się to fiaskiem. I tym sposobem chińskie druty kupuje w Izraelu poprzez amerykańskiego dystrybutora...

      Usuń
    3. ;) Moje kupowałam wysyłkowo w purlescence w Wielkiej Brytanii. Nie wiem, jak to się ma do opisanego przez Ciebie źródła, ale jak na taką jakość cena była do przełknięcia.

      Usuń