piątek, 28 marca 2014

Może morze nocą?

Dawno nie było mnie w Szkole Patchworku. A jak wróciłam w lutym do szkolnej ławy, to od razu na dwa kursy. W jednym tygodniu szycie po łuku i patchworkowe krajobrazy, a w drugim - technika confetti. Oba kursy zaowocowały nowymi wytworami. Prawie gotowymi, co oznacza, że jeszcze trochę wody w Wiśle upłynie, nim powstanie forma ostateczna.

Szycie po łuku mam przećwiczone przy okazjach rozrywek krawieckich. Pamiętam o nacinaniu zapasów szwów, fastryguję bez szemrania wszystkie trudne miejsca. Staram się też nie naciągać materiału na szwie, bo skosy bardzo skutecznie się wyciągają, co potem fatalnie wygląda. Okazało się, że co do zasady w patchworku to działa tak samo, ale warto poznać kilka sprytnych myków, żeby sobie niektóre czynności uprościć. Np. użycie freezer paper może znacząco ułatwić wszywanie koła pośrodku innej tkaniny (jeśli oczywiście chcemy je wszyć, a nie naszyć techniką aplikacji).

W ramach ćwiczeń miałam mocno op-artowską wizję czterech biało-granatowych ćwiartek, których część środkowa miała być w granatowe paski, a zewnętrzna w kratę, ale krata okazała się brzydko farbować przy prasowaniu ze spryskiwaczem (zdarza się) i poprzestałam na przećwiczeniu jednej ćwiartki, bez nadziei na jej późniejsze wykorzystanie. To miała być taka prosta konstrukcja (ćwierćokręgi w środku z jednego materiału, części zewnętrzne - z drugiego)...

Z większym zapałem zabrałam się za krajobraz patchworkowy. Chciałam uszyć morze nocą i coś w podobnym klimacie mi wyszło. W każdym razie ewidentnie jest to jakiś nocny pejzaż. Jeszcze nie mam skrystalizowanego pomysłu, jak to dalej wykorzystać (poduszka? rozmiar jest zbliżony do poszewki na jasiek 40x40 cm), ale lubię to urozmaicenie faktur i miękkość obrazu. I pasuje mi, że to takie ponure - ma swój charakter.



Dwa zbliżenia na fragmenty krajobrazu:







Obrazek (a właściwie obraz) z zajęć confetti jakoś powoli mi się wykańcza, więc prezentacja nastąpi w terminie późniejszym. Prace trwają :)

czwartek, 27 marca 2014

Dla przyszłych prządek, część III (i ostatnia)

Dziś parę słów o singlach, dublach, czesankach i o podstawowych regułach rządzących przędzeniem.

Od jakich czesanek warto zaczynać? Od prostych w obróbce. Tych co mają w opisie sporą liczbę mikronów i które prządki darzą szczególną sympatią. Przeważnie w sklepach podana jest liczba mikronów (grubość włosa), rzadziej także jego długość (im dłuższy włos, tym łatwiej prząść). Warto śmiało pytać sprzedawców o to, które surowce polecają początkującym. Kojarzę w polskiej sieci trzy dobre źródła fachowo dobranych czesanek, z dobrym doradztwem. Są to sklep Hobby-Wełna, sklep Tysi i sklep e-wełenki. Z moich krótkich doświadczeń zdecydowanie polecam następujące czesanki: Południowoniemiecką, Wensleydale i BFL (Blue Faced Leicester) z moherem (70/30). Merynosy 18 mikronów (takie typowe do filcowania) oraz Gotland mniej poddawały się równomiernemu wyciąganiu i łatwiej rwały. Tyle wypróbowałam w ciągu mojego miesiąca z kołowrotkiem. O kolejnych doświadczeniach będę donosić na bieżąco. Przede mną m.in. South American (podobno przyjemny) i Polwarth (podobnie).

Aktualnie na kołowrotku króluje... Malabrigo. Jak najbardziej w formie czesanki :) Tuptup wprowadziła do oferty Magicloopa także czesanki merynosowe tego producenta. Farbowanka Arco Iris urzekła mnie bajecznymi kolorami i nie mogłam się oprzeć mimo zaliczonych nienajlepszych wrażeń z merynosem do filcowania. Warto było zaryzykować, to jest sama przyjemność, lekko się przędąca w subtelną cieniznę i przy okazji pieszcząca dłonie swą miękkością. Jest oczywiście możliwość, że w ciągu miesiąca moje umiejętności prządkowe wzrosły na tyle, że merynos mi już niestraszny, ale jako że mam realistyczne podejście do swojego talentu prządkowego, obstawiam jednak różnice w typie surowca ;) Żeby nie było za pięknie, Arco Iris w wersji singlowej zaczyna z lekka trącić odpustowym bogactwem (co gorsza w wersji pastelowej), więc mam plan połączenia w dublu tej feerii barw z czymś znacznie bardziej jednokolorowym (kandydaci do uspokajania koloru to też Malabrigo). Albo pójdę na całość i skręcę dubla z dwóch nazbyt wesołych singli, ale w ostatecznym dziergadle połączę z czymś innym? Doprzędę do końca te kilkanaście deko i zobaczę, co mi podpowie natchnienie. Oraz źródła. Poczytałam za radą Justyny u Jagienki o fraktalach i widzę duże możliwości szaleństw :) Odnoszę wrażenie, że znacznie lepszym zastosowaniem dla tego barwnego malabrigowego kalejdoskopu byłoby filcowanie, gdzie kolory by się nie rozmyły, ale chyba dam szanse przędzionej wersji. Zwłaszcza że jeszcze nie umiem filcować ;)



Co do podstawowych zasad tego miłego hobby, to clou programu w przędzeniu jest właściwy skręt - nie za duży, nie za mały. Im grubsza nić, tym szybciej się skręca. Cienizny potrzebują nieco dłuższej chwilki do nabrania właściwej struktury przed nawinięciem się na szpulkę. Regulacji tempa obrotów służą wymienne małe kółka i hamulec spowalniający obroty szpulki. Przyszła prządko, jeśli ten opis nic Ci nie mówi, nie martw się - zobaczysz kołowrotek i szybko zrozumiesz :) W sumie chodzi o to, żeby kołowrotek delikatnie "żarł" nitkę z rąk, ale jej nie wyrywał, dzięki czemu zdąża się uzyskać odpowiedni skręt.

Jak wyprodukujemy pierwszego singla, to zwykle jesteśmy w siódmym niebie i niekoniecznie myślimy o jego zdwajaniu lub potrajaniu. Ale jak uprzędziemy kolejne nitki i zaczynamy mieć pomysły na ich wykorzystanie, to często nachodzi nas refleksja, że chcemy tę nitkę zdublować lub potroić (czy to dla wzmocnienia nici, czy też uzyskania ciekawych efektów kolorystycznych). Źródła książkowe mówią, że duble powinny być skręcane w odwrotnym kierunku niż nitki pojedyncze. Trochę mnie korci spróbowanie odwrotnego podejścia, ale intuicja mówi mi, że to niekoniecznie dobry pomysł, więc jeśli nie trafię na dobre naukowe uzasadnienie takiego nieortodoksyjnego podejścia, to nie będę się wygłupiać ;) Metod dublowania jak dotąd wypróbowałam dwie. Jedna z nich to łączenie nici z dwóch szpulek nadzianych na Leniwą Kaśkę (której rolę pełnią dwa pręty wetknięte w odpowiednie miejsca kołowrotka), a połączone nici nawijają się na trzecią szpulkę (to dlatego nowe kołowrotki mają w zestawie trzy szpulki :)). Druga polega na równoczesnym wyciąganiu nici ze środka i wierzchu motka wcześniej przygotowanego na zwijarce. Obie metody mają swoje zady i walety ;) W przypadku metody drugiej daje się zauważyć różnica w skręcie poszczególnych składowych nici, ale wykorzystujemy singla co do centymetra. Metoda pierwsza daje przędzę o równomiernie skręconych nitkach składowych, ale prawie na pewno na jednej szpulce zostanie nam na końcu trochę bezpańskiego singla. Możemy to ograniczyć dzięki starannemu zważeniu czesanki przed przędzeniem i zakończeniu przędzenia na pierwszą szpulkę w momencie, gdy waga pozostałej czesanki wynosi dokładnie połowę całości. Ale odpad singlowy raczej i tak będzie, co przy szczególnie cennych czesankach może być trochę denerwujące (o ile nie mamy pomysłu na wykorzystanie singla do innej robótki).

Potrajanie nici metodą navajo jest bardzo proste. Popatrzcie na instrukcję zgrubiania cienkich przędz w dzierganiu u Intensywnie Kreatywnej i wyobraźcie sobie, że taką potrojoną nitkę jeszcze dodatkowo skręcacie. I już.

Jak już opanujemy podstawowe kombinacje, to uważnie wczytujemy się w blogi prządkowe i próbujemy kolejnych nowości (np. tu jest ciekawy opis podfilcowywania singli). I nie dajemy zardzewieć wyobraźni. Mnie w przędzeniu zachwyca to, że nie ma w nim kompletnych porażek. Nici niedokręcone można dokręcić, przekręcone duble sprawdzają się do skręcenia kabelkowego 4-ply... Coś przedziwnego niciopodobnego zawsze może się przydać. Może nie na pięty skarpetek (które muszą być mocne i w ogóle bardzo serio), ale do filcowania lub mniej eksploatowanych dziergadeł, czemu nie?

Jakich efektów kolorystycznych możemy się spodziewać przy zdublowaniu lub potrojeniu nici? Jeśli czesanka była jednokolorowa, to raczej niespodzianek nie ma co się spodziewać, ale przy wielobarwnym surowcu efekty mogą być ciekawe. Już przy przędzeniu singla granice kolorów zaczynają się rozmywać. Sposób rozciągania czesanki też wpływa na układ kolorów. Przy dublu lub nici potrójnej miksowanie idzie dalej. Mogą nam się spotkać kolory podobne lub identyczne, ale też mogą nałożyć się kolory kontrastowe. Z bliska tę różnicę doskonale widać, z daleka zauważy się po prostu kolor pośredni między połączonymi barwami. Wniosek: jeśli chcemy zachować w miarę wiernie kolorystykę oryginalnej czesanki, to tylko singiel nam na to pozwoli.

Na zakończenie refleksja, po co to wszystko, czyli co mam z przędzenia (oprócz kilometrów nici). Odkąd zaczęłam prząść, lepiej rozumiem przędze, z których dziergam. Odróżniam single i nici składające się z wielu cieniutkich nici. Rozumiem, dlaczego singiel jest słabszy i łatwiej się filcuje. Dlaczego dzianina z mocniej skręconych nitek jest bardziej sprężysta od takiej, która powstała z miękkich przędz skręconych aby-aby. Dzięki tej praktycznej wiedzy bardziej świadomie dobiorę surowce na poszczególne projekty i wiem, czego mogę się spodziewać w robótce oraz noszeniu. Do tego mam przyjemność przędzenia. Jak dla mnie, warto było się nauczyć i mam motywację na przyszłość, aby ćwiczyć i odkrywać kolejne tajemnice :)

środa, 19 marca 2014

Dla przyszłych prządek, część II

Najpierw na zachętę kolejna nitka mojej produkcji, w bardzo wiosennych kolorach. W wersji singlowej i podwójnej. Tak w ogóle to o singlach i dublach napiszę następnym razem. Dziś za to będzie o sprzęcie. Czyli o wrzecionie i kołowrotku. Oraz o tym, jak zaczynać, i jakie problemy można napotkać na początku nauki przędzenia.



O wrzecionie, tak jak poprzednio, będzie zdecydowanie mniej, bośmy się z tym sprzętem specjalnie nie polubili. Poszłam na łatwiznę i kupiłam gotowe Kromskich za 40 zł. A mogłam przekonać się za darmo, że mi wrzeciono nie podchodzi... Mam parę płytek CD do utylizacji, trzeba było poświęcić jeden wieczór na wyszukanie stosownego opisu konstrukcji. Cóż mistrzynią oszczędności w stylu Brummig to ja raczej nie zostanę ;) Chociaż mogło być gorzej, gdybym postanowiła ratować ginące rzemiosła i kupiła na Etsy wrzeciono ceramiczne lub takie w stylu Gwiezdnych Wojen. Trochę żałuję, że nie zdecydowałam się na motyw żółwia: byłaby oryginalna pamiątka po pierwszym kontakcie z przędzeniem...

Zdecydowanie więcej mam do powiedzenia w kwestii wyboru kołowrotka. Są dwie opcje: kołowrotek nowy lub używany. Używany może oznaczać kupowanie nowoczesnego kołowrotka od osoby, która najpierw kupiła sprzęt, a potem dopiero spróbowała rzemiosła i się nie wciągnęła. Osobiście nie znam takich ofert, ale mogę sobie wyobrazić, że istnieją. Najczęściej kupno kołowrotka używanego będzie oznaczało nabycie sprzętu kilkudziesięcioletniego, wymagającego mniejszej lub większej renowacji. Swoją drogą, warto popytać po znajomych, niewykluczone, że na czyimś strychu stoi nieużywany sprzęt i czeka na nas. Wówczas dostajemy/kupujemy coś, co możemy spokojnie obejrzeć przed przygarnięciem, a to jest niebagatelna zaleta.

UZUPEŁNIENIE: Zdarzają się oferty sprzedaży prawie nowych kołowrotków. Rzadko, ale zdarzają. W ciągu ostatnich trzech lat kojarzę takich dwie, jedną z powodu przesiadki na inny model (bardziej pasujący prządce), drugą ze względu na problemy zdrowotne. Poza tym bywają dostępne także nowsze modele używane, zwykle sprowadzane z Holandii. Przy nich także przydaje się wiedza, by kupić model nadający się do bezproblemowej pracy i z w miarę kompletnym osprzętem. Czasem trzeba w takich modelach wymienić jakąś część.

Tu ważna uwaga. Już chyba to kiedyś pisałam, ale powtórzę się na potrzeby zebrania informacji w jednym miejscu: zgadzam się z Basią (Fanaberią), że jeśli ktoś ma mieć jeden kołowrotek i nie kupuje go do celów historyczno-rekonstrukcyjnych, to lepiej, żeby to był sprzęt nowoczesny. Kiedyś podczas wycieczki na rowerze z przerzutkami w terenie górskim naszła mnie refleksja, że na Wigrach 3 to bym sobie nie pojeździła w tych warunkach... Z kołowrotkami jest dokładnie tak samo - nowoczesna konstrukcja i przełożenia pomagają pokonywać trudności, prząść zgodnie z naszą koncepcją (w miarę umiejętności).

Koszty zakupu kołowrotka wyglądają mniej więcej tak:
- nowy kołowrotek polski (Kromski) od 1300 zł wzwyż
- nowy kołowrotek zagraniczny (np. Ashford lub Majacraft) to kilkakrotnie wyższa suma i odpowiednio dłuższy czas realizacji zamówienia
- kołowrotek używany - dostępny w sieci od kilkudziesięciu złotych wzwyż. Tanio, ale niełatwo dostać za te pieniądze coś odpowiedniego. Można w ramach nabywania kota w worku trafić na atrapę kołowrotka lub kołowrotek z brakami czyniącymi go bezużytecznym... Można też na loterii zakupów na oko trafić na przyzwoity sprzęt, który po oczyszczeniu, wytruciu kołatków i zakonserwowaniu okaże się nie tylko ładny, ale i przydatny. Przy czym będzie to przydatność innego typu niż w nowoczesnym sprzęcie, bez tych wszystkich przełożeń, szpulek jumbo czy wbudowanych Leniwych Kasiek. Dla osób przędących, bo chcą zachować coś z ginącego rzemiosła, to pewnie lepsze wyjście, dla tych, co cenią przede wszystkim płynność i szybkość przędzenia oraz możliwość precyzyjnej regulacji - niekoniecznie. Tak czy siak, koszt zachęca do eksperymentów. Zwłaszcza w roli drugiego kołowrotka w domu.

O rodzajach kołowrotków nie będę się mądrzyć. Typy konstrukcji i napędów to ciekawe informacje, ale jeśli kupujemy nowy kołowrotek, to nie jest to wiedza niezbędna. Trzeba tylko wiedzieć, czy to, co sami kupujemy, nam pasuje, a cała reszta jest mało istotna. Jak ktoś mimo to jest zainteresowany, to przystępnie opisane jest to na stronie Kromskich. Na dole opisu jest rozrysowana budowa kołowrotka z nazwami poszczególnych części. Wśród różnych modeli warto zwrócić uwagę na istnienie modelu składanego (Sonata), który może być dobrym rozwiązaniem dla osób podróżujących z kołowrotkiem. Miejsca w mieszkaniu raczej nie oszczędza drastycznie, bo kołowrotki zajmują mniej miejsca, niż się wydaje (zwłaszcza konstrukcje pionowe).

Jak już mamy kołowrotek, nowy lub dobrze odrestaurowany używany, chcemy zacząć prząść. Jeśli nie ma szans na kurs i trzeba poprzestać na nauce z filmików w sieci, może być trudno. Zdecydowanie polecam kolejność odwrotną, czyli najpierw kurs, potem własny kołowrotek i rozwój umiejętności. Nowy kołowrotek Kromskich przychodzi w płaskiej paczce rozłożony na czynniki pierwsze, używane kołowrotki też raczej nie podróżują w pełnym rynsztunku bojowym. Jeśli spróbowało się już przędzenia, łatwiej zrozumieć, co z czym połączyć i dlaczego. Mnie po kursie, gdy znałam zakupiony model, złożenie Fantazji zajęło dwa wieczory. Jestem raczej kumata technicznie, bez przesady, ale meble potrafię składać z części. Konstrukcja Fantazji jest bardzo dopracowana, wszystko do siebie pasuje (leciutko dopiłowałam tylko dziurki w pedałach, do których inaczej nie udałoby mi się wcisnąć silikonowych rurek). Instrukcja obrazkowa nie zawsze jest jednoznaczna, ale przy odpowiednim poziomie skupienia można skojarzyć, co z czym i dlaczego.

Załóżmy jednak, że ktoś bez wcześniejszej nauki nabył kołowrotek, złożył go prawidłowo (żadne części mu nie zostały bez przydziału) i chce zacząć prząść. Od czego zacząć? Od przywiązania nitki pomocniczej do szpulki (w tej roli znakomicie sprawdza się ok 1 m gotowej nici wełnianej). Nitka ma być przywiązana porządnie, stabilnie, tak żeby przy obrotach szpuli nawijała się na nią. Długi koniec nitki przewlekamy przez haczyki (lub zaczepiamy o nie, w zależności od typu kołowrotka), przewlekamy przez wlot wełny i doczepiamy do niego (na zakładkę) fragment ładnie rozciągniętej wzdłuż czesanki wełnianej (z wcześniej nabytego "topu" lub taśmy). Rozciąganie czesanki było czynnością najbardziej mnie frustrującą na początku. Wełna nie chciała mi się wysnuwać w cieniznę, trzymała się w wielkiej bule, z której można było ukręcić co najwyżej linę okrętową. Kołowrotek wprawdzie z rąk mi tej czesanki nie wyrywał (zwłaszcza dobrze wyregulowany, który "żre" tyle, na ile mu się pozwoli), ale kiedyś trzeba było pożegnać się z kolejnym pasemkiem, zanim skręci się ono na tyle mocno, że będzie zwijać się w precle jeszcze przed wlotem wełny, o ograniczonej średnicą (ok. 1 cm) przepustowości... W desperacji puszczałam tę dziko przekręconą nitkę kompletnie bez wyczucia, a ona nagle odfruwała do szpuli, tracąc kontakt z resztą czesanki. No to ja ją chwytałam przy szpuli, przewlekałam przez haczyki i wlot wełny, dołączałam kolejne w miarę rozciągnięte pasemko na zakładkę i zabawa zaczynała się od nowa. Odkrywałam w sobie przy tej okazji nieznane dotąd pokłady cierpliwości :)

Jak ułatwić sobie wyciąganie czesanki? Bardzo prosto, przez podzielenie jej wzdłuż na węższe pasma. Im węższe, tym łatwiej wysnuwać, ale jak we wszystkim, tu także przesada nie jest wskazana. Najlepiej dzielić szersze pasma wzdłuż naturalnych przewężeń taśmy/topu. Na początku polecam też odrywanie niezbyt długich fragmentów (tak do 1,5 m) przez rozszarpywanie w poprzek (im ręce są od siebie bardziej oddalone, tym łatwiej pasmo rozerwać). Zaaferowanej wszystkim prządce-nowicjuszce będzie wygodniej manewrować takim krótszym fragmentem czesanki. Ja obecnie przy przędzeniu 100-130 g czesanki nie rwę jej w poprzek, jedynie dzielę wzdłuż i poszczególne wąskie pasma zwijam na łokciu, po czym "motki" odkładam obok kołowrotka, by przy zakończeniu jednego pasma szybko złapać następne i dołączyć je (oczywiście na zakładkę) bez przerywania kręcenia.

Na dziś tyle wystarczy. Rozpisałam się straszliwie i już wiem, że ciąg dalszy nastąpi, bo mam pomysł na przynajmniej jeszcze jeden odcinek :) Tymczasem uprzejmie donoszę, że piękne motki Lettlopi od Ewy dotarły i chyba już ostatecznie zainspirowały, w co powinny być przetworzone. Jak zwykle, trzeba będzie skonfrontować plany z rzeczywistością...

sobota, 15 marca 2014

Dla przyszłych prządek

Oraz takich zupełnie początkujących. Nie pretenduję do miana znawczyni tematu - na razie jestem początkującą entuzjastką, na poziomie powiedzmy A.1.2 (używając analogicznych oznaczeń kursów językowych). Póki pamiętam trudne miłego początki, postaram się je uwiecznić ku swojej rozrywce w przyszłości i korzyściom osób przymierzających się do przędzenia obecnie. Jeszcze doskonale pamiętam, jak na etapie "chcę się nauczyć prząść!" wyłuskiwałam z internetu potrzebne mi informacje podstawowe. Postaram się zebrać je w kilku odcinkach, oznaczonych etykietą "jak zacząć prząść".

Na początek krótka e-porada: dla poszukujących w sieci informacji polecam skarbnicę wiedzy po polsku, Prząśniczkę, a po angielsku i francusku szukanie przez frazy "spindle spinning", "wheel spinning" lub analogicznie "filage au fuseau" i "filage au rouet". Okazuje się przy tej lekturze, że prządek jest na świecie zaskakująco dużo i życzliwie dzielą się swoją wiedzą :)

Przede wszystkim zanim się to wszystko zacznie, to przędzenie wydaje się czarną magią. Potem jest czarna rozpacz, a po jakimś czasie (na szczęście stosunkowo szybko) pozostaje po prostu magia, zen i czysta przyjemność. Do tego piękne motki z niepowtarzalną strukturą nici i kolorystyką. To warto pamiętać, bo początki bywają mało zachęcające. Trzeba się wtedy skupić na celu i będzie dobrze.

Jeśli ktoś z chętnych do nauki przędzenia uczył się kiedyś bezwzrokowego pisania na maszynie/klawiaturze, to to jest ten sam mechanizm. Najpierw wydaje się, że właśnie nabywana umiejętność jest jakaś dziwna, powolna i niezrozumiała, potem zaczyna się łapać rytm, nabierać tempa, aż wreszcie cała sekwencja staje się odruchem, wykonywanym przy nikłym udziale świadomości. Żeby była jasność, ja jeszcze używam przy przędzeniu sporo świadomości, ale miewam momenty popłynięcia na fali. O, właśnie, to też trochę jak w sporcie, trzeba złapać "flow" i odruchowo zastosować przyswojoną wiedzę/umiejętności. Oczywiście są ludzie z większym i mniejszym drygiem do przędzenia, ale wydaje mi się, że w tej dziedzinie najważniejsze są chęci i regularny trening. Podobnie jak w tańcu klasycznym. Taka np. Galina Ułanowa nie miała na starcie wybitnych warunków fizycznych do baletu, jej talent też nie porażał nauczycieli - sama wyceniała udział talentu w swojej karierze na 10 procent, ale skupienie na celu i ogromna pracowitość dały fenomenalne efekty.

Po akapicie motywacyjnym czas na konkrety.
To jest moje wrzeciono



A to mój kołowrotek (link) na stronie producenta.

Wrzeciono jest niedrogie i łatwo dostępne, a efekty pracy na nim bywają po nabraniu wprawy znakomite (są mistrzynie w tym względzie - np. Agata). Można kupić gotowe wrzeciono, można też zmajstrować własne (np. z kijka i płyty CD). Ja spróbowałam wrzeciona ze sklepu, skręciłam parę metrów grubej nici i na razie się zniechęciłam do tej techniki. Po krótkim doświadczeniu i lekturach doszłam do wniosku, że kluczowymi cechami wrzeciona są waga i wyważenie. Każde wrzeciono powinno być dobrze wyważone, by żwawo i długo się kręcić. Pożądana waga zależy od umiejętności prządki, rodzaju przędzionego włókna i docelowej grubości nitki. Zbyt ciężkie wrzeciono może łatwo zerwać cienką nić wysnuwaną przez niedoświadczoną prządkę ze śliskiego surowca.

Najważniejsze dla połączenia i późniejszego wyglądu nitki z przędzionych włókien jest ich skręcenie. Dzięki niemu zdecydowanie gładsze od wełny jedwabie i angory też dają się prząść. Skręcenie jest dla osoby początkującej chyba największą enigmą. Jak rozpoznać nić przekręconą (za bardzo skręconą) od nici niedokręconej (za mało skręconej)? Najprościej jest to ująć tak, że nić przekręcona nazbyt chętnie zwija się w precelki/sznureczek jeśli tylko choć trochę zmniejszymy jej naprężenie. Nić niedokręcona za to praktycznie nie zwija się w precelki/sznureczek, jest zdecydowanie bardziej puchata i bardzo łatwo się rwie. Czy to się da poprawić w dalszej produkcji? Oczywiście, ba, można też z pozornej wady uczynić zaletę, ale o tym innym razem, gdy temat gruntownie przebadam i będę umiała te doświadczenia dobrze ująć w słowa.

Oprócz wrzeciona podstawowym narzędziem prządki jest kołowrotek. Bywają kołowrotki elektryczne, gdzie nie trzeba pracy nóg, a napędzana motorkiem szpulka wciąga i skręca nitkę. Mam względem takiego urządzenia mieszane uczucia. Jeśli ktoś tylko ma zdrowe nogi, to polecam wzięcie byka za rogi i spróbowanie klasyka unplugged. Sama mam kiepską koordynację ręka-noga, ale przy kołowrotku okazało się, że to zupełnie nie jest problemem. Najtrudniejsza okazała się koordynacja wzrokowo-myślowa: jednoczesne zwracanie uwagi na wysnuwane pasemko czesanki (czy dosyć cienkie?), zwijającą się nić (czy właściwie skręcona?) i nawój na szpulce (czy już trzeba przesunąć haczyk kawałek dalej?). To jest do okiełznania, byle tylko dać szansę przędzeniu. A żeby nie zniechęcić się za łatwo, polecam naukę od kogoś. Na zorganizowanym kursie lub prywatnych lekcjach. Filmiki w sieci pokazują sprawną pracę osób biegłych w przędzeniu. Niełatwo to przełożyć na swoje. Ja w każdym razie oglądałam i widziałam wyłącznie czary-mary, a zupełnie nie wiedziałam, na co zwracać uwagę, żeby się przy tym oglądaniu czegoś nauczyć. No i od czego zacząć? Podejrzewam też, że każdy może mieć zdziebko inne problemy przy nauce. Dobry nauczyciel łatwiej zdiagnozuje przyczynę problemu i pomoże w jego szybkiej eliminacji. Za to potem już samodzielnie znakomicie się szlifuje zdobyte umiejętności. Jak podkreślała na kursie w Poznaniu Justyna, warto z początku prząść po trochu codziennie. Przyznaję jej rację - jak mam dzień przerwy, to chwilę dłużej dostrajam się do swojego rytmu kolejnego dnia. Ergo, trzeba przędzenie naprawdę lubić, a tego się do końca nie wie, nim się nie spróbuje.

Na koniec lojalnie ostrzegam, że będą kolejne odcinki cyklu. Niezależnie od wyrażonego expressis verbis zainteresowania lub jego braku. Po pierwsze, ku wsparciu pamięci własnej, a po drugie - dla tych, co siedzą cicho i tak samo podczytują. Może odważą się tu odezwać, zapytać, a jak nie, to też niech czytają na zdrowie :)

poniedziałek, 10 marca 2014

Weekend szczęśliwej rękodzielniczki

W ten weekend przytrafiły mi się rozliczne radości rękodzielnicze. Niespodziankę na początek nowego tygodnia zapewniła Ewa. Niedawno zgłosiłam się w komentarzach do jej wiosennej niespodzianki, w wyniku której można było stać się szczęśliwą posiadaczką dwóch motków islandzkiej wełny Lettlopi w pięknych kolorach. Zasadniczo nie mam szczęścia w losowaniach, ale od każdej porządnej zasady są miłe wyjątki i tu taki nastąpił :) Los wybrał mnie :))) Mam teraz masę pomysłów na wykorzystanie tych dwóch motków. Komin, szalik, chustka, część swetra? Lubię szarości, które byłyby pięknym tłem dla kolorów Lettlopi. Pomarańcz jest niesamowicie energetyczny, a niebieski motek ma w sobie coś, co ogromnie lubię we włóczkach - melanżowość.



Swoją drogą, islandzki sweter chodzi za mną już od dawna. Dwa lata temu odkryłam na Ravelry ten model. Mimo nikłej reprezentacji wykonanych wersji (powiedzmy szczerze, mało zachęcających), zakochałam się w oryginale i zakupiłam wzór. Po badaniach terenowych wyszło mi, że odpowiednią wełnę mogę kupić w islandzkim sklepie internetowym. I, choć cena samej wełny nie była porażająca, to spory koszt przesyłki chwilowo mnie zniechęcił do zakupu. Niedawno odkryłam istnienie Mini Islandii, którą prowadzi Ewa, i marzenia o własnym Hildurze odżyły... Ewa w przypadku Plötulopi radzi nitkę łączyć z Einband, dla większej stabilności dzianiny, co zapewne zrobię, żeby sweter służył mi dłużej niż do pierwszego wypchania się tu i ówdzie.

W sobotę świętowałyśmy z przyjaciółkami w knajpie Dzień Kobiet i było to ze wszech miar bardzo udane świętowanie. Pomiędzy kolejnymi wesołymi opowieściami Ula wyjęła coś jakby dyplom, co okazało się moim prezentem urodzinowym. Urodziny obchodziłam jakiś czas temu i na bieżąco starałam się je ignorować, ale po fakcie wyluzowałam... Dziewczyny zrobiły mi niesamowitą niespodziankę, idealnie trafioną - w końcu znamy się od dawna :) Otrzymałam voucher na kurs filcowania, do wykorzystania do końca czerwca. Filcowanie jest jedną z tych technik, które mocno mnie ciekawią, dla których widzę sporo zastosowań i które wciąż czekają na zgłębienie. Najlepiej uczę się na kursach, więc taki wariant jest dla mnie wybitnie motywujący do nauki. Spodziewajcie się wkrótce moich pierwszych prób filcowych :)



Poza tym dziergam i przędę. Na kołowrotku wykańczam singla z kilkunastu deko wensleydale'a farbowanego przez Justynę. Mieszanka trzech kolorów: żółto-zielonego, chłodnego różo-fioletu i kobaltowej niebieskości. Jako początkująca prządka oświadczam, że kocham wensa :) Z tej czesanki można wyciągnąć naprawdę cieniutką nitkę i nie czuje się, by ta cienizna zamierzała się za chwilę zerwać. Oczywiście moja nitka nie jest równomiernie cienka, ale jakoś mi to nie przeszkadza ;) Mam już plany wykorzystania własnej nici wensowej, tak by uniknąć bezpośredniego kontaktu wełny ze skórą. Justyna ostrzega, że nie jest to wełna milusia i niedrapiąca. Ale za łatwość przędzenia i piękny połysk trudno jej nie polubić.



Na jednym krańcu szpulki widać, jakie skutki ma wejście w fazę zen przy przędzeniu. Cóż, haczyki się same nie przesuwają, żeby nitka nawijała się na szpulce równomiernie...

A do tego wszystkiego w miniony weekend dotarły do mnie zamówione książki.
Wśród nich to:



i to:



/Oba zdjęcia ze strony Amazona./

Pierwsza z książek to kopalnia wiedzy o różnych owcach i ich runie. Rozdział o nietypowych surowcach (wyczesanych np. z psa lub kota) dostarcza dodatkowej rozrywki i poszerza twórcze horyzonty. Przy przeglądaniu zdjęć naszła mnie refleksja a propos horyzontów. Jaka ja ślepa byłam podczas mojego pobytu przed laty na angielskiej wsi - wszystkie owce wydawały mi się takie same... Druga lektura zawiera masę przydatnych dla początkującej prządki wskazówek i pomysłów. Nic, tylko czytać i próbować. Nie da się ukryć, hobby rękodzielnicze może dostarczyć wiele radości :)