czwartek, 25 września 2014

Oczekiwania społeczne, cz. 7

Podczas niedawnego kawałka urlopu zdarzyło mi się być w Rzymie. Gorącym, zatłoczonym, ale bezsprzecznie pięknym. Chciałam przy okazji pouprawiać także włóczkoturystykę, ale okazuje się, że zgodnie z efektami poszukiwań w sieci (i w szczególności na Ravelry), oferta włoska nie jest imponująca w tym względzie. Włosi są producentami przepięknych nitek, lecz dzierganie jako hobby najwyraźniej nie cieszy się wielką popularnością i estymą w tamtych stronach, czemu, zważywszy klimat, za bardzo się nie dziwię. Mimo wszystko, coś tam można obejrzeć i ewentualnie kupić. Choć wszystkie źródła twierdzą, że we włoskich sklepach z włóczką przeważa model podawania nitek przez sprzedawcę, to jedyny sklep, do którego trafiłam, większość towaru miał wyłożoną na półkach z wolnym dostępem dla klientów. Outlet Grignasco (mały sklepik po drodze z Piazza Navona na Campo dei Fiori) sprzedawał nie tylko włóczki tego producenta, widziałam tam też wyroby m.in. niemieckie. Droższe i tańsze (od kaszmiru do akrylu), ale nic nie zachwyciło mnie na tyle, by sięgnąć do portfela. Może także dlatego, że w polskich sklepach jest spory wybór włoskich nitek?

Na wyjeździe w wolnych chwilach dziergałam po parę rządków drugiego rękawa produkowanego od dawna "prawie Lightweighta" (oczywiście, prawie robi dużą różnicę...). Jestem już za łokciem, odjęłam wszystkie oczka do odjęcia i pędzę ku mankietowi. Jeszcze zastanawiam się, czy nie spruć ściągacza na dole swetra - w pierwszym rękawie spróbowałam, że prawe oczka przekręcone bardzo podwyższają walory estetyczne ściągacza z dropsowej alpaki. Nie to, żeby to jakoś szczególnie było widoczne w gotowym wyrobie (włochata alpaka robi swoje), ale ja to widzę i mam chęć poprawić... Gdy już skończę zasadnicze roboty alpaczane, zabiorę się za haft. Pomysł jest (a właściwie dwa), zobaczymy, jak to będzie wyglądać w wykonaniu. W razie czego zawsze może zostać prosty ciemnoszary/antracytowy sweter, ale myśl o hafcie zdecydowanie bardziej do mnie przemawia.

W Cabeladabrze zwolniłam na początkach dekoltu. Mój wzrost spowodował potrzebę dodatkowego odcinka dzianiny, żeby biodra wypadły na biodrach, a dekolt nie był do pępka lub, przeciwnie, pod samą szyją ;) Pospiskowałyśmy z autorką pięknego wzoru, co z tym fantem zrobić, i może obejdzie się bez prucia. W razie, gdyby jednak kombinacje nie dały spodziewanych wyników, to zawsze mogę spruć dotychczasowy udzierg i zacząć od nowa dzierganie w mniejszym rozmiarze, żeby swetrowe biodra mocniej się naciągnęły i nie wymagały umiejscowienia dokładnie na moich biodrach... Tak czy siak, Hani pozytywne podejście do problemu napawa mnie optymizmem i wiem, że wcześniej lub później skończę ten sweter.

A o czym od ostatniego razu szukali informacji czytelnicy (i co google uznał za adekwatne do treści z mojego bloga)? Niewiele tego było, widocznie wyłączenie anonimowych komentarzy zniechęca wyszukiwarkę do trafiania... Anonimy musiałam wyłączyć, żeby nie tracić za dużo czasu na moderację - ilości anonimowego reklamowego śmiecia przyrastały zdecydowanie za szybko. Przepraszam tych, którzy nie mają profili googlowych i bardzo mi będzie żal, jeśli ta niedogodność zniechęci ich do pozostawienia komentarza.

jak prząść na wrzecionie - jak na razie z wrzecionem się nie polubiliśmy, wolę kołowrotek. Mimo to parę adekwatnych informacji i adresów podałam w osobistym wstępie do tego miłego rzemiosła (proszę kliknąć na prawym pasku temat "jak zacząć prząść")
zamykanie oczek z narzutem - tu mogę polecić yarnover bind off lub Jeny's surprisingly stretchy bind off - obie metody bardzo dobre i elastyczne, znakomite do różnych zastosowań. Pierwsza metoda sprawdza się zwłaszcza na brzegach blokowanych (np. w chustach) i bardzo rozciąganych (np. w golfie Obsidiana). Druga jest genialna do zamykania oczek w ściągaczach. Zastosowałam ją m.in. w Nelumbo i Lukrecji.
dawna naxwa nawlekacza - szczerze mówiąc, nie mam zielonego pojęcia...
mariadegustibus - tak, to ja :)
włóczka kalinka - nic z niej nie robiłam, pojawiła się w jednym z komentarzy i, proszę, jak algorytmy ją namierzyły...
islandzkie swetry - w tej sprawie na razie wiele nie pomogę. Jeden mam w planach od kilku lat, a na razie zbieram się do wydziergania rękawiczek z pięknych motków od Ewy (jej blog i sklep)
still light - Still Light Tunic? Dziergałam. Wprawdzie poniżej biustu zrobiłam zupełnie inaczej niż projekt przewidywał, ale góra była przepisowa i bardzo podoba mi się jej dopasowanie.
moje bluzki na maszynie dziewiarskiej - jak dotąd nie popełniłam. Jednak wyszukiwarka jest chyba jasnowidząca, bo mam pod łóżkiem wiekową używaną maszynę typu Moda i ciągle obiecuję sobie, że ją uruchomię :)

Żeby nie było zupełnie bezobrazkowo, dorzucę parę zdjęć z Rzymu (i Tivoli). Są tu klasyki architektoniczne, charakterystyczne rzymskie zwierzaki, romantyczny zachód słońca z Awentynu, a na koniec mała tęcza ukryta w fontannie Villi d'Este :)



















sobota, 13 września 2014

Włóczkoturystyka - Londyn

Byłam niedawno w Londynie. Krótko, bo krótko, ale na kilka rozrywek dziewiarsko-modowych czasu starczyło :)

Nawiedziłam dwa sklepy: I knit London (przy 106 Lower Marsh) i Loop (przy 15 Camden Passage). Oba położone w malowniczych okolicach, z dobrym dojazdem komunikacją miejską. Drugi podobał mi się bardziej, od razu zauważyłam logikę ułożenia włóczek, co uprościło wybór... W obu nie było nowej broszury Kim Hargreaves ("North") - w pierwszym powiedziano mi, że jest w drodze, a w drugim, że właśnie wyszła. Chodliwa ta Kim ;) Nabyłam za to kilka innych książek: o skarpetkach, dzierganych dodatkach w stylu skandynawskim oraz filcowanych kwiatkach. Oczywiście nie w sklepach włóczkowych, bo tam takie książki są najdroższe i nie warto by było ich samodzielnie taszczyć w bagażu... Polecam sklep z przecenionymi książkami na rogu naprzeciw Old Vic (niedaleko I knit London) - jest tam dział Crafts, z całkiem logicznie ułożonym repertuarem, w cenach 5-10 funtów. W Waterstone's dzierganie, szycie i filcowanie podpadają pod Hobbies, czyli trzeba się sporo naprzeglądać, żeby znaleźć interesujące tytuły. Ceny wyższe, ale jak ma się trochę czasu i cierpliwości, to da się wyłowić coś ciekawego w przyzwoitej cenie.

Wcześniej ustaliłam, że jeśli mam sobie kupić jakieś włóczki w Londynie, to powinny to być jakieś wyroby miejscowe. Malabrigo czy Araucanię można kupić bez kłopotu w Polsce, w dodatku trochę taniej. Omijałam włóczki grubsze (bo mniej wydajne) i takie, których sens widzę wyłącznie w swetrach (koszt byłby nieznośny). Postanowiłam znaleźć coś brytyjskiego, szlachetnego (najlepiej z dodatkiem jedwabiu lub kaszmiru), grubości fingering, z potencjałem na piękną chustę. Obawiałam się, czy 400 m (taki metraż na 100 g mają moje wybrane motki) wystarczy na całość, bo lubię spore chusty i sama też jestem słusznego wzrostu, więc szarpnęłam się na dwa. Jako że włóczka jest lekko melanżowa, wolałam nie stresować się różnicami międzymotkowymi i zdecydowałam się na dwa kolory: Charcoal (ten jaśniejszy) i Midnight (ciemniejszy). Włóczka to Titus 4-ply produkcji Eden Cottage Yarns. Na razie cieszę się jej urodą i miękkością, na przerób jeszcze trochę poczeka...



Przy okazji wybrałam się na wystawę w Victoria & Albert Museum "Wedding Dresses 1775-2014", gdzie pięknie wyeksponowano sukienki i dodatki ślubne. Można sobie przy okazji przypomnieć/uświadomić, jak niedawno nastał dyktat bieli w tym względzie. I podziwiać dzieła mniej i bardziej znanych projektantów. Niektóre piękne, inne tylko bogate. Innowacyjnie zaprojektowane, genialnie uszyte - dla każdego coś miłego :) Szczerze mówiąc, bardziej wciągnęła mnie dolna ekspozycja, z sukienkami historycznymi. Najbardziej podobały mi się modele z lat 30., czego się zresztą spodziewałam, bo lubię tę estetykę ukośnych cięć i eleganckiego podkreślania damskiej figury. W starszych egzemplarzach z ogromną przyjemnością podziwiałam hafty oraz znakomity krój. I po raz kolejny zrobiła na mnie wrażenie postura kobiet sprzed 100-200 lat: jakież one były drobne! Z kolei wśród przykładów sukienkowych z lat 40. zainteresowała mnie kreacja z cienkiego materiału obiciowego - tak kobiety radziły sobie w tamtych czasach z racjonowaniem tkanin odzieżowych...

Na górnym poziomie zgromadzono sukienki mniej lub bardziej znanych osób, w większości celebrytek kojarzonych głównie w Wielkiej Brytanii (a także Dity Von Teese, Kate Moss, Gwen Stefani). Przeważnie sukienki tej współczesnej arystokracji były mocno efekciarskie, choć trafiło się też kilka autentycznie ładnych i zarazem dobrze dopasowanych do stylu noszących je pań. Można się też było przekonać, jak ważny w noszeniu ubrania bywa kontekst. Tradycyjny (a właściwie wzorowany na tradycyjnym) męski strój indyjski w swoim oryginalnym otoczeniu wygląda a propos, natomiast na wystawie strojów ślubnych, wśród skrojonych do figury fraków, robi wrażenie piżamy z drogiego materiału... Nie da się ukryć, nieliczne przykłady męskiej mody ślubnej stają się w otoczeniu damskich taft, koronek i strasu szalenie blade.

Na koniec parę migawek z Londynu i wybywam na ostatni przyzwoity kawałek urlopu w tym roku :) Wracam za tydzień.







czwartek, 11 września 2014

Czerwona nowość

Parę dni mnie nie było z racji wojaży. O dziewiarskich wątkach podróżniczych będzie następnym razem, teraz poprzestanę na robótce, która aktualnie najbardziej mnie zajmuje. Mam nadzieję, że nie zawiedzie pokładanych w niej nadziei...

Ostatnio dałam się zbałamucić pięknemu projektowi Hani Maciejewskiej. Czaiłam się na coś z jej projektów od dawna. Uległam Cabeladabrze - niesamowicie zgrabnemu pulowerkowi z pasem fantazyjnie zaplecionych warkoczy na przedzie. Skusiła mnie wymagana do tego projektu gruba nitka - nie pamiętam, kiedy ostatnio dziergałam coś z takiego grubasa. Taki surowiec zwiększa prawdopodobieństwo szybkiego wydziergania. Do tego promocja na włóczki pozwoliła zgromadzić 100% wełnę na sweter (Lima Dropsa) w bardzo atrakcyjnej cenie. Oprócz bezsprzecznej urody projekt Hani ma dla mnie dodatkową zaletę: jest robiony od dołu do góry, z wrabianym rękawem, czego dotąd nie próbowałam.

Zaczęłam dziergać i stwierdziłam, że szczegółowy opis Cabeladabry wymaga ode mnie wyjątkowej uwagi. Na samym początku nie zauważyłam w morzu danych jednego k2, do tego źle policzyłam lewe oczka na środku warkocza i musiałam trochę kombinować, żeby po paru rzędach w miarę niezauważalnie wyjść na prostą (gruba włóczka ma tę wadę, że nawet mały błąd trudno zamaskować). Teraz już jestem czujniejsza i praca idzie sprawnie, ale wiem, że na pewno nie jestem typem dziewiarki, która lubi mieć rozpisany szczegółowo każdy rząd. Jak mam za dużo tekstu, to się gubię ;) Wolę wskazówkę objaśniającą logikę wzoru, pokazanie, co z czego wynika. Wtedy wiem, że ew. pomyłkę wychwycę na bieżąco. Do tego uwielbiam schematy. Schemat wyjaśnia mi wątpliwości (o ile się nie pomylę w liczeniu) zwłaszcza w kwestii zamykania oczek. W anglojęzycznych opisach moje k2tog to przeważnie ssk i odwrotnie (moje k2tog to left slanting decrease, a ssk skłania się na prawo). Przy potrójnych zamknięciach (patrz: Nelumbo) zabawa jest jeszcze weselsza - zwykle ćwiczę opisany manewr na oczkach obróconych po anglosasku (prawa nóżka z przodu), a potem tłumaczę na swoje, żeby to, co trzeba, znalazło się na wierzchu. Mówiłam przecież, że dzierganie to ćwiczenie intelektualne, prawda? Hani schematy są świetne - warkocze splatają się według nich jak marzenie. Niemniej na wszelki wypadek pomagam sobie barwną memozakładką, przeklejaną co rząd tak, by podkreślała właściwy.

Wracając do Cabeladabry... Przez dwa tygodnie dziergam ją z doskoku i proszę, ile urosło. Z cienizny nigdy nie poszłoby tak szybko...



Poza tym przędę alpakę. Jeden singiel już czeka na zdwojenie, drugi jest mniej więcej w połowie produkcji. Pomiędzy singlami zdwoiłam resztkę merynosa z resztką alpaki (tu były moteczki singlowe) i powstała sympatyczna nitka, którą zapewne wykorzystam do wykończenia czystoalpaczanego wyrobu. Zdjęcia będą, jak już wykończę całą alpakę :)