czwartek, 26 listopada 2015

Jak zadać szyku w swetrze? (o pozowaniu)

To ciąg dalszy rozważań o tym, co warto pamiętać przy uwiecznianiu swojego rękodzieła. Pierwszy odcinek, o fotografii, był tutaj. Tym razem kwestia - jak pozować? Wersja dla tych, którzy nie wierzą w fotografię wiernie odwzorowującą rzeczywistość i lubią tę rzeczywistość pokazać po swojemu ;)

Jest w tej kwestii kilka podstawowych zasad, które dają zaskakująco dobre rezultaty.
1. Linie proste i równoległe są nudne, fotografia lubi skosy i linie krzywe, które nadają dynamikę. Dlatego nie należy ustawiać się do zdjęcia "na baczność". Nawet przy ustawieniu frontem do fotografa można poprawić kompozycję przez zgięcie jednego kolana, oparcie dłoni na biodrze, przechylenie głowy dłonią czochrającą ładną fryzurę.

dużo skosów (ławka, noga, ręka), a do tego korale zagrały z chuligańskim maziajem na ławce

tutaj przechylenie ciała i ręka na biodrze zdecydowanie dodają dynamizmu prostemu skądinąd ujęciu en face (a do tego skośne linie muru dorabiają perspektywę)


2. Ustawianie się dokładnie frontem do obiektywu lub zupełnie bokiem mało komu służy. Zwykle najzgrabniej sylwetka wygląda z półprofilu (jak ktoś robi zdjęcia z twarzą, to i do oblicza się to stosuje).

...przy czym półprofil nie zawsze musi oznaczać przedni półprofil ;)

3. Eksponujemy to, co mamy najlepsze, a cała fotografia zyska na urodzie. Aparat tylko rejestruje obraz, Ty sama możesz podać mu taką wizję siebie, jaka wydaje Ci się najbardziej Twoja, do której będziesz wracać z przyjemnością. Obejrzyj swoje zdjęcia i zdecyduj, co Ci się w sobie na tych zdjęciach najbardziej podoba. Spytaj życzliwą osobę o to samo - może zwróci Twoją uwagę na coś, czego dotąd nie zauważałaś (a powinnaś)?

4. Powtórzę się, ale to jest bardzo ważne: rób zdjęcia z różnych perspektyw: całkowicie ptasia (od góry) lub żabia (od dołu) może być w fotografowaniu swetra niełatwa (choć nie dowiesz się, dopóki nie spróbujesz), ale już lekkie przesunięcie punktu widzenia w górę lub dół może w prosty sposób poprawić (lub zepsuć) proporcje. Wielu fotografujących nie próbuje nawet zmienić perspektywy i robi zdjęcia zawsze z poziomu oka, na stojąco. Przy zdjęciach całej sylwetki taka perspektywa skraca nogi. Jeśli chcesz zniekształcić proporcje, rób to świadomie.
Popatrz, jak w tym wpisie Asia i jej mąż wykorzystali krótszą ogniskową i ptasią perspektywę, by stworzyć dynamiczny, piękny kadr.

5. W tańcu klasycznym (balecie) wiedzą, co robią... Na zdjęciach zwykle lepiej wyglądają pozy nóg "croisée" niż "ecarté", czyli nogi skrzyżowane zamiast takich w rozkroku. Oczywiście zasady są po to, by je łamać i oglądanie samych zdjęć póz pierwszego typu może szybko się znudzić, a poza tym drugi typ pozy też może dać ładne zdjęcia, tyle że jest to trochę trudniejsze (dobrze ew. "ecarté" wesprzeć lekkim obrotem bioder, co by nie stać jak pomnik frontem do aparatu).


klasyczne modelkowe croisée



ecarté z lekkim obrotem bioder


6. Gdy usiądziesz na ławce lub murku, Twoje biodra wydają się szersze, co może okazać się korzystne, gdyż podkreśli i wyszczupli talię.



7. Warto (nie tylko do zdjęć) zakładać dobrze dobrany stanik - czyni cuda dla miłych oku proporcji tułowia.

8. Jeżeli robisz zdjęcia z głową w kadrze i nie masz nic przeciwko makijażowi, to to jest idealna okazja, żeby pobawić się pudrem i kolorami. Fotografia lubi mat i złudzenia optyczne. Konturowanie twarzy bronzerem lub chociaż dodanie głębi różem do policzków, powiększenie oczu cieniami i tuszem do rzęs - to wszystko takie małe złudzenia optyczne i oszczędność czasu przy obróbce zdjęć.

9. Unikaj ostrego światła bocznego - nikt w nim nie wygląda zbyt ładnie. Dla twarzy najkorzystniejsze jest światło przednio-górno-boczne, raczej rozproszone.

10. Proszę, nie garb się. Wydziergałaś coś pięknego, więc pierś do przodu, ramiona w dół (rozluźnij kark oraz barki) i prezentuj dumnie swoje dzieło :) Nie żałuj sobie uśmiechu na zdjęciach - nawet jeśli fotografujesz sylwetkę bez głowy - uśmiech zawsze dodaje urody :)

Na koniec najważniejsze - nie czuj się niewolnicą powyższych rad. Niech Cię zachęcą do własnych poszukiwań, znajdowania wyjątków od reguł i Twoich własnych najpiękniejszych na świecie póz. Gdy zobaczysz w czasopiśmie, na blogu lub gdziekolwiek indziej zdjęcie, które Ci się podoba, przeanalizuj je na chłodno. Jakie ma kolory, tło, głębię ostrości... Wygląda na potraktowane efektami z instagrama? Co Ci się podoba w ustawieniu modelki? Coś Ci się szczególnie podoba lub nie podoba w tym zdjęciu? Śmiało, masz swój gust. Wolisz zdjęcia jasne, świetliste? A może bardziej podobają Ci się nastrojowe cienie i ciemne klimaty? Albo lubisz low key lub high key w zależności od tematu? Może pociągają Cię najbardziej wyraziste efekty z programów do obróbki zdjęć? Twoja decyzja. Pobaw się tym, co do Ciebie przemawia. Staraj się nie przedobrzyć, ale jak czasem przesadzisz w którąś stronę, to dramat się nie stanie. Wierz mi, proces poszukiwania swojego klucza estetycznego do fotografii to świetna rozrywka :)

sobota, 14 listopada 2015

Wichrowe Wzgórza

Gdy skończyłam ponad rok temu prząść moją pierwszą czesankę malabrigo, poczułam silny zew do udziergania z niej właśnie takiego szala. Były wtedy inne priorytety i pomysł musiał poczekać. To wzór idealny do dziergania "przy okazji". Jak wreszcie na polu takich dzianin zapanowała u mnie susza, przypomniałam sobie o tym malabrigo i pomyśle na szal. Nitka była dość cienka (ponad 500 m w 100 g) i okazało się, że to była robótka wielofilmowa, zdecydowanie nie na jeden wieczór. Doskonale się też sprawdzała w podróży (ba, bywając też punktem rozpoczęcia podróżnych znajomości).



Ten wzór każda aktywna w internecie dziewiarka na pewno widziała już nie raz. Właściwie nawet trudno mówić o złożonym bądź nowatorskim wzorze, bo zygzak jest znany od wieków. Pomysł na lekko op-artowskie zygzakowe paski skojarzył się w którymś momencie ze znaną marką odzieżową i tak krąży po internetach widmo "szala a la Missoni".

W mojej wersji cienka nitka wyrabiała się powoli, ale nie nudno. Zmieniałam kłębek co dwa rzędy. Czasem spotykały się kolory podobne, czasem różne. Niekiedy harmonijnie uzupełniające się, a czasem bardziej kontrastowe. Niespodzianka co kawałek. W dodatku obie strony trochę się różnią - na prawej paski są wyraźniejsze, na lewej kolory są bardziej rozmyte. Niby podobny do wielu innych, ale jednak wyrób jedyny w swoim rodzaju...

W sumie na szalik zużyłam ok. 200 g własnoręcznie przędzionego malabrigo nube (ponad kilometr nitki zwanej Wichrowymi Wzgórzami z racji kolorystyki). Skończony szal mierzy 170 cm i jest szerokości ok. 30 cm - idealny do kilkakrotnego omotania się pod szyją, ładnie układa się też zarzucony na ramiona. Nieskromnie przyznam, że wersja z własnej nitki podoba mi się ogromnie i zdecydowanie ożywiła we mnie sympatię do tego modelu...

Do nieoczywistego kompletu z szalem powstała czapka wedle wzoru Rikke Hat. Tu surowcem była ta nitka (BFL, jedwab, kaszmir). Zaryzykowałam i chyba będę się lubić z tym fasonem :) Mam plan wypróbowania w najbliższym czasie kilku nowych, nietypowych dla mnie kształtów czapek. Dopóki nie spróbuję, nie dowiem się, czy istnieje fason, który mogłabym pokochać i chcieć nosić od pierwszych powiewów chłodu...



















Dodatki miałam chęć obfotografować w terenie, ale pogoda nie współpracowała, więc w końcu machnęłam ręką i zrobiłam zdjęcia domowe. Na szczęście szalik i czapka mniej niż sweter potrzebują wypełniacza ludzkiego, by pokazać swoją urodę.

wtorek, 10 listopada 2015

Coś dla srok (i gradient)

Pogoda jakoś mnie ostatnio nie rozpieszcza. Wydziergałam szalik i czapkę. Oba dodatki z własnoręcznie przędzionych nitek i z obu jestem zadowolona. Szalik to około kilometra cienkiego surowca, więc jestem dodatkowo ucieszona swoją wytrwałością ;) Pogoda służy noszeniu obu elementów garderoby, co kiedyś by mi wystarczyło... ale jak się dokumentuje takie dokonania na blogu, to jasny dzień (jasny - nie musi być słoneczny) staje się niezbędny do kompletu. Przy okazji szalika i czapki chciałabym uzupełnić jeszcze materiał ilustracyjny do poradnictwa w kwestii pozowania w swetrze. Niestety, w dni, kiedy mogę udać się na zdjęcia w teren, pogoda robi się tak typowo listopadowa, że już bardziej nie można...

Na szczęście motki są mniej kapryśne, jeśli chodzi o warunki zdjęciowe, nie wymagają pleneru. Dlatego, zanim pokażę tamte udziergi i opublikuję tekst o pozowaniu, dziś dwa (głównie niebieskie) motki.

Pierwszy motek to efekty zabawy na blending boardzie, czyli desce z igiełkami, przypominającej duuużą szczotkę do czesania psa (lub kota). Pomieszałam różne niebieskie czesanki (m.in. alpaka, merynosy i lśniąca angelina), po czym uprzędłam z tej mieszanki puchatą nitkę woolen. Druga składowa to gładsza nitka worsted z alpaki (ta alpaka jest też częścią pierwszej nitki). W sumie ok. 145 m w 96 g.











Drugi motek to czwarty odcinek serialu gradientowego (na czesance bluefaced leicester, czyli BFL), który tym razem nie do końca jest gradientem ;) Niebieskawo-zielonkawy, z kilkoma przebłyskami turkusu (to moja inicjatywa dorzucona do subtelnie cieniowanej czesanki). Liczę, że w gotowej dzianinie (na którą jeszcze nie mam konkretnego pomysłu) turkus da krótkie kontrastowe maźnięcia i że nie pożałuję decyzji o dodaniu go... Tradycyjnie singla potroiłam techniką navajo. Motek mierzy ok. 190 m (w 102 g).







Kolejny odcinek serialu gradientowego aktualnie odpoczywa na motowidle, a jeszcze następny kręci się na kołowrotku. Mówiłam już, że bardzo lubię prząść cieniowany BFL? W nurcie dziewiarskim po serii dodatków zabrałam się za test swetrowy. Niech no jeszcze nadrobię dokumentację fotograficzną...

sobota, 31 października 2015

Jak zadać szyku w swetrze? (o fotografii)

Nie lubię za często się mądrzyć. Za ten wpis proszę winić częściowo Asię, która na mój żarcik o zorganizowaniu kursu online pozowania w swetrze zareagowała z żywym entuzjazmem. Wzięłam sobie ten entuzjazm do serca, przemyślałam temat i postanowiłam zebrać w dwóch wpisach kilka podpowiedzi. Obawiam się, że Asia nie znajdzie tu zbyt wielu nowości... Zdaję sobie sprawę z tego, że dla wielu osób to kwestie oczywiste, dla niektórych część tych reguł jest stosowana intuicyjnie. Miejmy nadzieję, że tekst znajdą te pozostałe osoby, którym się poniższa wyliczanka przyda :)

Cóż, wydziergać ładny sweter to jedno. Wbrew pozorom, świetna robota nie do końca sama się broni i ładne zdjęcia to nie taka zupełna próżność, choć jakby jej w ogóle nie było, to by do prezentacji internetowej nie doszło. Dość długo zajmuję się fotografią hobbystycznie (kiedyś pisywałam też do "Foto"), zgromadziłam sporo przemyśleń i podejrzewam, że osobom zaczynającym swoją przygodę zdjęciową bardziej współcześnie te spostrzeżenia mogą być przydatne.

Osobiście bardzo doceniam dobrą robotę, jeśli tylko cokolwiek widać na zdjęciu. Choć jeszcze większy entuzjazm budzi we mnie eleganckie opakowanie tej roboty w piękne, klimatyczne zdjęcia. Jak ktoś jeszcze do tego zagra ciekawym planem zdjęciowym, to jestem wniebowzięta. Doceniam zdjęcia zabawne, doceniam dobrą obróbkę zdjęć. I absolutnie nie uważam, że zdjęcie swetra musi być idealnym dokumentem. To nie katalog wysyłkowy.

Tyle exposé. Czas na konkrety.

1. Pamiętaj, że obiektyw aparatu widzi nieco inaczej niż ludzkie oko. Poproś swojego fotografa, żeby zrobił kilka zdjęć z jednego miejsca, z aparatem ustawionym na różnej wysokości (od ziemi aż do uniesionych w górę rąk - jeśli aparat ma odchylany ekran, to będzie bardzo proste, jeśli nieodchylany, to zakres sensownych wysokości będzie nieco mniejszy, ale i tak sporo będzie do sprawdzenia). Popatrz potem, jak inaczej wyglądają proporcje ciała, jak każda perspektywa podkreśla coś innego. Zauważyłaś zapewne, że niektóre urodziwe osoby wychodzą jakoś nieszczególnie na zdjęciach, a inne - o średnio regularnych rysach - zawsze przyciągają wzrok? Fotogeniczność, wbrew pozorom, jest dość przewidywalna. I poprawialna odpowiednim makijażem, jeśli się chce uzyskać efekt "glamour". Oglądaj stare filmy. Tam zobaczysz, jak pięknie maluje się rysy światłem i jak pięknie przed okiem kamery można uzyskać złudzenia co do wzrostu aktorów (pogratulujmy operatorowi, który w słynnej "Casablance" sprawił, że jesteśmy w stanie uwierzyć w to, że Ingrid Bergman nie jest wyższa od Humphreya Bogarta i Claude'a Rainsa, a Paul Henreid (1,91 m wzrostu) nie wyrasta nadmiernie ponad tę kompanię w przedziale 1,69-1,75...)







fotosy z "Casablanki" znalezione w czeluściach Internetu


Udany przykład zastosowania różnych perspektyw na potrzeby bloga znalazłam m.in. w tym wpisie u Aire.

2. Pstrykaj, ile się da! W ogóle i podczas sesji konkretnego udziergu. Im więcej się fotografuje, tym lepiej rozumie się reguły rządzące tym rzemiosłem, a jak się ma dużo zdjęć jednej rzeczy, to łatwiej wybrać naprawdę dobre (albo chociaż po prostu ładne). Fotografia cyfrowa nie ogranicza nas długością 36-klatkowej kliszy, karta pamięci daje dużo większe możliwości. Dużo, to nie oznacza dziesięciu zdjęć zamiast trzech. To powinno być najwięcej, ile Twój fotograf jest w stanie bez zmęczenia napstrykać przy jednej sesji (np. trzysta, co wcale nie jest przerażająco dużą liczbą). Uwierz, najwięksi mistrzowie aparatu nie są w stanie zrobić każdego pojedynczego zdjęcia doskonale. Nawet najlepszą kompozycję warto obfotografować seryjnie, leciutko zmieniając punkt widzenia. Zdjęć powinno być jak najwięcej. Potem zauważysz, że na jednym ujęciu łokieć jakoś głupio sterczy, na drugim gałązka rzuciła nieciekawy cień, a na trzecim robi się dziwna buła z prawej strony. Do tego co któreś zdjęcie jest nieostre, na kolejnym źle zmierzone światło dało zdjęcie niedoświetlone... Zdjęć z potencjałem zostanie znacznie mniej. Z nich wybierz kilka, które podobają Ci się najbardziej i pobaw się w obróbkę. Bardziej drobiazgową (do tego świetny jest bezpłatny GIMP, który objaśniała Marzena) lub taką najprostszą (Picasa, PicMonkey, Fast Stone ImageViewer) albo jeszcze prostszą w małej aplikacji na tablecie.
O, proszę bardzo, tutaj świetny przykład przypadkowej gałązki.



3. Nie bój się odrobiny wiedzy fotograficznej. Czasy naświetlania i wielkość otworów przysłony to dość proste zależności, które warto zrozumieć. Korzyści z tego rozumienia jest co niemiara.
Upraszczając:
- im większy otwór przysłony, tym krótszy czas naświetlania (i odwrotnie);
- większy otwór przysłony daje mniejszą głębię ostrości (czyli m.in. rozmywa tło oddalone od obiektu, na który ostrzymy obiektyw);
- krótszy czas naświetlania to większe szanse na ostre zdjęcie (patrz poniżej punkt 6).
Zwykle aparaty w trybie całkowicie automatycznym same ustalają wartości czasu naświetlania i otworu przysłony, kierując się jakimś wewnętrznym algorytmem, uśredniając. Można ten proces udoskonalić przez wybór programu z dostępnych w aparacie. Np. tryb portretowy będzie raczej starał się o większy otwór przysłony, a tryb sportowy będzie przede wszystkim starał się ustawić najkrótszy możliwy czas naświetlania. Na kolejnym etapie ambicji fotograficznych, w aparacie coraz bardziej profesjonalnym, można wybrać priorytet przysłony/czasu, ustawić taką przysłonę/czas, jak chcemy, a drugi parametr zostanie dostosowany.
Tu muszę wspomnieć jeszcze o ogniskowej obiektywu. Nie każdemu potrzebna jest wiedza, czym dokładnie jest owa ogniskowa, ale każdy fotografujący powinien zapamiętać, że im ogniskowa jest większa, tym większa szansa na ładne portrety, o miłych dla oka proporcjach. Gdy chce się uzyskać ładny portret albo równie harmonijne proporcje w zdjęciu swetra, warto nie schodzić w fotografii cyfrowej poniżej 45 mm ogniskowej (w analogowej to 90 mm). Do tego warto mieć jasny obiektyw, co oznacza, że maksymalne otwarcie przysłony jest naprawdę duże (np. 1.8).

4. W zdjęciach "produktowych" (czyli nie na człowieku) wykorzystuj statyw i samowyzwalacz. Oczywiście możesz wykorzystywać je częściej, ale przy tych zdjęciach są niezbędne. Statyw to niedrogi sprzęt, a samowyzwalacz jest w każdym aparacie (także w komórce!). Zastosowanie obu pomocników pozwoli uniknąć poruszonych zdjęć. Wykorzystaj też dostępne drobiazgi, które poprawią wygląd zdjęcia. Naciągnij rękawiczki lub czapkę na odpowiedniej wielkości i odpowiedniego kształtu sprzęt domowy, podeprzyj niedużym drobiazgiem, aby oddalić fotografowany przedmiot od tła (rozmyte tło nie odwraca uwagi od prezentowanego przedmiotu). Dodaj światła w cieniach, przez odbicie go białą kartką lub folią aluminiową. Zadbaj, by te pomocne drobiazgi nie znalazły się w kadrze. I pstrykaj, pstrykaj, pstrykaj. Eksperymentuj z różnymi tłami, różnym oświetleniem i kompozycją. To naprawdę pierwszorzędna zabawa.
To zdjęcie było robione w zastanym świetle dziennym w bardzo ponure zimowe popołudnie. Dzięki jasnemu obiektywowi, statywowi i samowyzwalaczowi uzyskałam zadowalający efekt.



5. Pamiętaj o kolorach. Kontrastach (podkreślają kształt, mogą pogrubić), paletach monochromatycznych (zdjęcia przerabiane np. na sepię mają klimat retro i mniej bezlitośnie prezentują kształty). Staraj się oddać w miarę wiernie kolory, ale nie wpadaj w rozpacz, jeśli to Ci się nie udaje. Sklep powinien mieć wiernie odwzorowane odcienie włóczek, blog ma pod tym względem większą dowolność. Pamiętaj, nie tworzysz katalogu sklepu wysyłkowego i pokazujesz innym pewne wyobrażenie o udziergu. Ludzie i tak mają różnie ustawione monitory...

6. Ostrość zdjęć. Wymóg nie do zignorowania. Oczywiście, czasem nieostre zdjęcie będzie miało sens (zwłaszcza w fotografii artystycznej), ale co do zasady trzeba pracować nad uzyskaniem ostrości. Zwłaszcza w punktach zdjęcia, które mają przyciągać uwagę. Programy do obróbki potrafią trochę podbić ostrość, ale wyjściowa powinna być poprawna, a zdjęcie nieporuszone, by dodać obrazkowi sznytu ostrościowego. Ostrości służą: dłuższe czasy naświetlania, jasne obiektywy, statyw. Oraz pewna ręka (większość ludzi ma swój obszar przejściowy koło 1/60 s do 1/100 s czasu naświetlania). Wstrzymywanie oddechu lub opieranie się o murek pomaga, ale niewiele. Czas dłuższy niż określona wartość nigdy nie da nam zdjęcia ostrego. Jeśli nie ma możliwości zaradzenia temu, a sytuacja musi być sfotografowana, trudno, cykamy, ale na blog warto robić pierwszą selekcję pod kątem ostrości (przy czym selekcjonujemy nie w aparacie, a dopiero po zgraniu zdjęć do komputera, kiedy widać niuanse).

7. Światło. Bez profesjonalnego systemu lamp błyskowych lepiej pozostać przy oświetleniu naturalnym. Trochę można pomóc sobie blendami i ekranami (blenda zmiękczy, rozproszy światło, a ekran je odbije), pomocny jest wybór odpowiedniego dnia i pory fotografowania. Latem południe to nienajlepszy pomysł, najbardziej sprawdzają się dni z lekkim zachmurzeniem i pory bliskie świtowi lub zmierzchowi (ale nie na tyle, by kolor światła mocno przekłamywał kolory fotografowanej odzieży). Lampa błyskowa w aparacie to wróg ładnych zdjęć - spłaszczy wszystko koncertowo i nigdy nie doświetli wystarczająco obiektów oddalonych od aparatu o kilka metrów... Lampa (zwłaszcza z łamaną głowicą) może być przyjacielem fotografującego, ale to nie jest zabawa dla leniwców... Dlatego polecam jasne obiektywy, statyw i samowyzwalacz - mniej wysiłku wystarczy, aby uzyskać zadowalający efekt.

8. Zadbaj o tło. Ćwicz oko, by zauważać rozpraszające elementy i móc je na bieżąco eliminować. W terenie szukaj takich ustawień, by przechodnie jak najrzadziej wchodzili w kadr (podobno rodacy ubierają się na szaro-buro... ciekawe, dlaczego w kadr wchodzą zawsze jednostki ubrane najbarwniej?..). W domu wybieraj miejsca zarazem blisko okna (światło!), jak też niezagracone, bez nadmiaru szczegółów. Możesz sobie pomóc rzuceniem na tło jednolitej tkaniny (rękawiczki z powyższego zdjęcia fotografowałam na tle kurtki, do której je udziergałam) albo podłożeniem białego brystolu. Z brystolu można ustawić też coś w rodzaju ścianki, podeprzeć książkami i mamy dwa w jednym: gładkie tło oraz ekran odbijający światło. Niezłym tłem bywają ściany z fakturą, drewniane meble, papier pakowy.

Są jakieś pytania? Następnym razem będzie o pozowaniu do zdjęć.

sobota, 24 października 2015

Lekka wolta kolorystyczna

Zacznijmy tradycyjnie - od niebieskości. Tak dla zapoznania się z fakturą nitki, którą opiszę poniżej.



Lubię niebieskości, szarości i czerwień. Do tego trochę bieli, szarozielone khaki, fiolety i madżenty. Oraz czerń. Uporządkowałam szafę kolorystycznie już dość dawno, pod kątem tego, co lubię, i tego, co służy mojej karnacji. Pozbyłam się wszystkich beżów, brązów, ciepłych zieleni i rudości (z wyjątkiem kurtki puchowej w kolorze miedzi, zaskakująco twarzowej). Omijam szmaragdowe zielenie, bo to wybitnie kolor mojej mamy, a nie jestem wielbicielką rodzinnego ubierania się pod kolor. Ale okazuje się, że w moim przypadku nie ma jedynych słusznych kolorów raz na zawsze. Brąz zaczął mi się znowu podobać, gdy zeszłej zimy kupiłam dwie pary kamaszy o tym samym fasonie - brązową i czarną. Zauważyłam, że dużo chętniej sięgałam po brązowe, bardziej pasowały mi w kompozycjach także z szarym płaszczem wełnianym i jakieś takie bardziej stylowe się wydawały...

Patrzę od jakiegoś czasu i patrzę na czesanki i zauważam, że brązy coraz bardziej mnie pociągają. Chłodny odcień gorzkiej czekolady w dość naturalny sposób wydaje się pasować do garderoby. Cieplejsze przemawiają do mnie w zestawieniach z niebieskością (pamiętacie popularne parę lat temu zestawienie ciemnego brązu z turkusem? teraz podobne zestawy zdają się przeżywać renesans) i szarością. Najlepiej, gdy wszystkie te kolory przeplatają się w naturalnych wełnach...

W sumie po takich kolorystycznych podchodach nie zdziwił mnie własny zachwyt na widok tych pięknych batów. Są moje niebieskości, jest ciepła zieleń i brąz. I są batty, a ostatnio bardzo mnie ciągnie do przędzenia woolen (w którym nitka ma dużo powietrza, a czesanka układa się nieregularnie). W batach 65 proc. stanowi merynos, 35 proc. to haunui (o haunui można poczytać tu).

Oto efekty mojego pierwszego przędzenia tego typu.















Dla urozmaicenia gręplami ręcznymi pomieszałam trochę czesanki z kolejnych kolorów (wyjściowo było ich 5), zwijałam minirolagi i przędłam techniką long draw. Czasem cieniej, czasem grubiej. Dublowanie wyrównało nieco (optycznie) nitkę, namaczanie i suszenie - napuszyło. Jest trochę nieregularnie i tak przytulnie, że chyba mam kolejną kandydatkę na czapkę. A może nawet dwie, skoro jest w sumie ok. 200 m w 150 g... Zobaczymy.

Spodobało mi się przędzenie z minirolagów (takich "pi razy drzwi", zwijanych na kolanie) i nitka woolen. Będę do tej techniki wracać, z nadzieją na nabranie wprawy. W ogóle to jest coś, co ogromnie lubię w przędzeniu - talent talentem, ale najwięcej prządka uczy się przez działanie. Koordynacja głowy z palcami działa coraz sprawniej, coraz zgrabniej idzie wyciąganie nitki z czesanki. Zasadnicza koordynacja staje się automatyczna, a świadomie można pracować nad szlifowaniem umiejętności, udoskonalaniem "stałych elementów gry" i dodawaniem nowych technik do repertuaru. Bardzo rozwojowe hobby :)

sobota, 17 października 2015

Alpaka wieczorową porą

Chwilowo mam dosyć cienizny. Na jakiś czas na pewno. Jakbym w najbliższym półroczu zawołała radośnie "chcę uprząść lejsa!", to proszę stuknąć mnie w czółko i wytknąć niekonsekwencję... Chociaż muszę przyznać, że poza długotrwałością procesu przędło się bardzo przyjemnie. Piękna i przytulna mieszanka: alpaka, merynos, jedwab, w dużej części czarna, trochę urozmaicona nasyconymi zieleniami, fioletami i granatami. Wyszła z tego ciekawa nitka: trochę czarna, trochę pobłyskująca kolorami pożyczonymi z akcentów. Gdybym snuła grubszego singla, zapewne zielenie i fiolety stałyby się wyrazistymi maźnięciami na czerni, a tak uzyskałam czerń muśniętą kolorami ew. kolory pogłębione przez czerń.

Cienizna wymagała oczywiście dużej cierpliwości - zdecydowanie nie było to przędzenie w kilka wieczorów (zaczęłam 15 sierpnia, skończyłam zdwajanie 11 października). Czesanki w dłoniach ubywało bardzo powoli, a nitka na szpulce rosła jeszcze wolniej. Takie ćwiczenie cierpliwości. W sumie bardzo przyjemne, bo czesanka była wysokiej jakości, bez farfocli, kołtunów, sfilcowanych kawałków i innych utrudniaczy. Mięciutko snuła się między palcami. A jednak już gdzieś w połowie miałam dość czekania na efekt. Chyba nieprędko powrócę w te lejsowe rejony.

Z cieniutkich singli skręciłam klasyczną dwunitkę. Wyszło ok. 820 m / 100 g. Chcę wydziergać z tego jakąś eteryczną chustę. Dlatego starałam się absolutnie nie przekręcić nitki na żadnym etapie. Raczej nie dokręcać niż nadawać za dużo skrętu. Nici do koronek powinny mieć w miarę lekki skręt (czytałam, oglądałam zdjęcia porównawcze i zapamiętałam na zaś). Takie niedokręcanie ma swój wątpliwy wdzięk, gdy nitki nagle urwą się i szukaj wiatru w polu, a właściwie końcówki na szpulce, co by do niej dołączyć single i bawić się dalej... Podczas zdwajania doceniłam wolnostojącą "leniwą kaśkę" (lazy Kate) - przy takiej cieniźnie subtelniejsze podawanie nitki ma znaczenie.











Po zabawie z cienizną wzięłam się za nitkę zdecydowanie grubszą. Mam chęć poćwiczyć porządnie technikę woolen, która daje mniej uporządkowaną, puchatą włóczkę. Nabyłam w tym celu kilka battów w pięknych kolorach i ćwiczę (bawię się też przy okazji w mieszanie kolorów na gręplach ręcznych). Zdecydowanie jestem z tych, które nie odkładają najpiękniejszego surowca na bliżej nieokreśloną przyszłość. Jakakolwiek nitka dziś wyjdzie, będzie mi się podobała. To co, że za rok będę obiektywnie lepiej prząść, że nitka mogłaby być równiejsza, bardziej spójna w grubości (bo to, co teraz powstaje jednak jest bliższe art yarnowi niż wymuskanej eleganckiej włóczce)... Jak do niedoskonałych nitek użyję dobrego, pięknego surowca, to jest większa szansa wykorzystania tej niedoskonałej nitki - ładne czesanki zawsze się obronią :) Mówię to całkowicie świadomie, podczas dziergania szalika z malabrigo uprzędzionego ponad rok temu. Nitka jak nitka, ale efekty w dzianinie zdecydowanie mnie przekonują, że ta teoria ma sens.

środa, 16 września 2015

Klejnot Nilu w filmowej odsłonie

Czasami zdarza mi się znaleźć idealny wzór do konkretnej nitki. Drukuję go wtedy od razu i chowam do szuflady/pudełka wraz z wybranym surowcem. Oszczędza to rozterek, gdy jakiś czas później szukam pomysłu na kolejną robótkę i nie mam ochoty godzinami przeczesywać ravelry lub książki.

Ta chusta to taka właśnie robótka zaplanowana wcześniej. Zaraz po spotkaniu toruńskim potrzebowałam nowej robótki "filmowej" (czyli na tyle prostej, żeby dobrze łączyła się z oglądaniem filmów). Zdawało mi się, że w tym konkretnym pudełku czeka na mnie inna nitka i inny wzór, a tu Persuasion i własny uprząd zachęciły do porzucenia wcześniejszego planu.



Nitka jest specyficzna. Przede wszystkim dość mocno skręcona, czyli sznurkowata (taki sznurek z merynosa, corriedale'a i jedwabiu). Sznurkowatość dodaje jej gładkości i trwałości. A jak przyjemnie się przerabia p3tog z takiego zwartego surowca... Do tego grubość jest zmienna. Czesanka tak mnie prowadziła, a ja z tym nie walczyłam. Teraz, ponad pół roku później, inaczej bym tę nitkę uprzędła, ale już za późno na zmiany, więc postanowiłam się cieszyć z tego, co mam. A uplotłam ok. 400 m nitki w pięknym granacie urozmaiconym blaskiem steliny, czyli materiał na ciekawą chustę.

Wzór tej chusty to darmowy opis Persuasion z ravelry. Klasyczna chusta półokrągła dziergana splotem francuskim, z ażurowym wykończeniem. Oczka dodaje się tylko przy brzegach, druty są dość grube (5 mm) - żyć, nie umierać. Wedle opisu miałam za dużo nitki o jakieś 30-40 metrów. Postanowiłam zaryzykować powiększenie gładkiej części chusty o cztery rzędy (tyle trzeba, by ażur brzegowy zyskał dodatkowe pełne powtórzenie). Na wszelki wypadek, gdyby jednak nitki zabrakło i trzeba było pruć, w ostatnim rzędzie przed dodatkowymi przeciągnęłam "linę bezpieczeństwa". Po czym spokojnie dziergałam do końca. Nitka skończyła się mniej więcej w 1/4 zamykania oczek... Miałam w tym momencie kilka możliwości poradzenia sobie z kłopotem, wybrałam wariant "spruć do początku zamykania i zamknąć oczka inną nitką". Jako nitka zamykająca posłużył ósmy odcień niebieskiego gradientu: bez steliny, ale w pasującym odcieniu granatu. W razie czego spruć do liny bezpieczeństwa zawsze bym zdążyła. Na szczęście takie wykończenie mi się spodobało i obeszło się bez prucia. Blokowanie było minimalne. Głównym urokiem tej chusty jest jej plastyczna forma - narzucona na ramiona przyjmuje ich kształt, łatwo ją omotać wokół szyi lub ramion (mierzy wzdłuż górnego brzegu prawie dwa metry).



Fotografowanie tym razem wymagało sporej determinacji - urocza ruina otoczona była krzewami czarnego bzu i mnóstwem pokrzyw. Na szczęście miejsce odludne, więc można było ponarzekać na warunki naturalne i nawet w razie szczególnie dotkliwego poparzenia rzucić grubszym słowem ;)

Wzór Persuasion
druty 5 mm
nitki własnoręcznie przędzione
zdjęcia autorstwa Gosi (broszki z jej zbiorów, kwiatek już jest mój :))