sobota, 10 stycznia 2015

Życie z Fantazją jest ciekawsze

To już prawie rok z przędzeniem... Nadeszła pora na małe podsumowanie. Mam mój kołowrotek od lutego 2014 roku i zdecydowanie jest to jeden z bardzo udanych i używanych nabytków sprzętowych. Tak udanemu wyborowi przysłużył się na pewno wcześniejszy sprawdzian kilku modeli podczas kursu przędzenia.

O początkach pisałam m.in. tu.

W moim kołowrotku lubię przede wszystkim łatwość ustawienia właściwego naciągu hamulca. Fantazja ma pojedynczy napęd i chwała jej za to (jak twierdzą dziewczyny z Klubu Prządki na fb, podwójny napęd trudniej okiełznać początkującym). Osobiście stwierdzam, że odpowiednie ustawienie parametrów kołowrotka to chyba największa bolączka początkującej prządki. Na kursie toczyłam nierówną walkę także z napędem pojedynczym, dopiero podczas ćwiczeń na swojej Fantazji dotarłam do punktu, w którym zaczyna się czuć, o co chodzi z hamulcem. To truizm, ale w przędzeniu najbardziej liczy się wyczucie, a tego nabiera się z czasem. Na początku długo walczyłam też z równomiernością wysnuwania nici z czesanki. Czesanka przeważnie zwyciężała, nitka wychodziła nierówna, przeważnie zbyt gruba i zbyt mocno skręcona. Na przełamanie pierwszych lodów pomogło dzielenie pasm czesanki wzdłuż i (na samiutkim początku nauki) w poprzek. Mniejsze i chudsze kawałki jakoś łatwiej na starcie okiełznać. Potem spróbowałam prząść z grubego pasma jedynie rozluźnionego w palcach i okazało się to całkiem przyjemne. Aktualnie przędę kolejną merynosową czesankę Malabrigo (kolor Azules) i nawet za bardzo mi się nie chce tego rozluźniać, a nitka wychodzi cieniutka. Swoją drogą, kolory tej czesanki to niezły kameleon. Zdjęcie na kołowrotku przedstawia ją w świetle dziennym, gdy niebieskości rządzą. Na drugiej fotografii jest światło sztuczne i nagle pojawia się sporo szmaragdowych zieleni oraz głębokich fioletów... Podoba mi się pojedyńcza nić z tej czesanki, więc może zostawię takiego cienkiego singla z przeznaczeniem na chustę? Albo pobawię się w potrajanie techniką navajo? Jeszcze nie zdecydowałam.





Czy przędzenie spełnia moje oczekiwania? Tak, tak i jeszcze raz tak. Relaks przy kołowrotku jest taki, jak oczekiwałam, a nawet lepszy :) Magia przerabiania obłoczków na nitki nieustająco mnie zachwyca. Czytam o różnych technikach przędzenia, oglądam filmiki i... dalej przędę po swojemu, bo ja chyba wolę tę nieprzewidywalność, a nie dążenie do zaplanowanego szczegółowo efektu. Podziwiam mieszanie się kolorów z wielobarwnej czesanki, lubię prząść trochę nierówno... W tym prządkowym zapamiętaniu staram się jednak robić małe kroczki do przodu. Po dojściu do pewnej wprawy w skręcaniu dwóch pojedynczych nitek w dubla postanowiłam pomęczyć trochę technikę navajo (potrójna nitka z jednej). Na razie jest słabiej niż w 2-ply, ale nie zniechęcam się kiksami - przędzenie doskonali się z czasem. Za jakiś czas pewnie spróbuję zrobić "kabelka" (pięknie opisanego przez Jagienkę tutaj), a potem zaciekawi mnie kolejna technika... Poniżej moje pierwsze współczesne navajo (prób z początków przędzenia nie liczę). Powstało z Tysiowej farbowanki na wełnie południowoamerykańskiej. To dobry wybór techniki do tej czesanki, bo navajo pięknie eksponuje przejścia kolorów i pozwala uniknąć "ciapatości".





Brakuje mi w Fantazji tylko jednej rzeczy - skrzydełka i szpulek jumbo. Te standardowe, które są, wystarczają na góra 10 dag nitki. Jak nitka grubsza i bardziej puchata, to szybko nadchodzi moment, gdy trzeba przerwać pięknie snującą się nić i założyć pustą szpulkę... Ostatnio zamówiłam dodatkowe szpulki, żeby zwiększyć nieco swoje możliwości twórcze, ale wszystkich problemów to nie rozwiąże - jednak rozmiar ma znaczenie... Za to będę mogła spokojnie pobawić się w "kabelek" bez przewijania nitek na kłębek w trakcie procesu.

A do tego wszystkiego mam już za sobą pierwsze dzierganie z własnoręcznie uprzędzionej nitki. To ta czapka. Nosi się przyjemnie, zwłaszcza że dwa etapy na drodze do ostatecznego wyrobu to dzieło rąk własnych :) Ma rację Dorota, że dzierganie z własnej nitki jest do niczego nieporównywalne...

20 komentarzy:

  1. Piękna nitka!!! Też jestem "dziewczyną z Fantazją" ;))). Przędzenie faktycznie wspaniale relaksuje. Ja na razie robię głównie nitki 2 ply. Singla zrobiłam jednego i przerobiłam od razu na szalik (który noszę do dziś), a navajo jeszcze nie robiłam (pomijam maleńkie próbki, które robiłam, gdy na jednej szpulce zostało mi trochę singla). Większość swoich uprzędów już przerobiłam, ale całkiem sporo czeka jeszcze na swoją kolej. I muszę przyznać, że też bardzo lubię dziergać z własnych nitek :). Co do szpulek, to też mam tylko te standardowe i ostatnio spokojnie zmieściłam na nich po 15 dag singla, tyle, że bardzo cieniutkiego :).
    Serdeczności :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, Asiu :) Też bardzo lubię 2-ply, ale - jak twierdzi literatura (a konkretnie Margaret Radcliffe) - to najgorszy wybór do dziergania warkoczy. A ja tak lubię warkocze... Toteż, mimo ogromnej sympatii do klasycznego dubelka, poczułam, że nadeszła pora na kolejne eksperymenty. Z mieszczeniem się cienizny na szpulce to prawda, że więcej wchodzi, ale wystarczy nieco większa puchatość nitki i znowu jest pod górkę - 117 g South Americana Tysiowego miało włosek w singlu i, że tak się wyrażę, nici z upchnięcia tego w całości na jednej szpulce ;) Ale poza tą drobną niedogodnością uwielbiam mój kołowrotek :)
      Serdecznie Cię pozdrawiam!

      Usuń
  2. Marysiu, idealnie uprzędłaś tę niteczkę. Myślę, ze po prostu masz talent :) Udziergi z własnoręcznie uprzędzionej włóczki to juz w ogóle podwójna radość :) Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tysiu, takie słowa od Ciebie to miód na moje serce :)
      Widziałam w drodze do domu w telefonie, że Ty po raz kolejny wcielasz w życie ideę udziergów z własnych uprzędów - zaraz lecę obejrzeć dokładniej i pozdrawiam Cię serdecznie!

      Usuń
  3. O, dzięki! W prezencie gwiazdkowym dostałam kurs przędzenia na kołowrotku. Startuję w lutym i zaczynam szukać informacji. Do swojego kołowrotka się jeszcze się nie przymierzam, ale kto wie jak się sytuacja rozkręci ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Muszę Cię ostrzec, że to rzemiosło potrafi zastraszająco szybko wciągnąć... Też myślałam przed kursem, że spróbuję, zobaczę, może ewentualnie przywrócę do życia jakiś stary kołowrotek... A potem przepadłam z kretesem i dobrze mi z tym :) Super prezent dostałaś :)

      Usuń
  4. Oj Marysiu trzeba żyć z fantazją, trzeba ;) Twoja niteczka oczywiście piękna - Tysi farbowanie i Twoje przędzenie to doskonały duet.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :) Staram się dogadywać z czesankami, uczę się ich języka i bardzo mnie cieszą udane próby porozumienia ;)

      Usuń
  5. Kiedy ma się talent, to trzymanie instrukcji nie jest konieczne. Prześliczna włóczka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pięknie dziękuję za tak życzliwe słowa :) I ogromnie się cieszę, że to początkujące navajo się podoba :)

      Usuń
  6. Jak czytam ten wpis, to jakbym słuchała mojego męża w rozmowie z kolegą z pracy - rozumiem zaimki i łączniki, ale większość słów to dla mnie nierozpoznawalny szum nieznanych mi terminów.... *^v^* Ale fascynujące i piękne jest to, że pasja może tak ogarnąć i tak się ładnie rozwijać, tak więc owocnego przędzenia w tym i kolejnych latach! *^O^*~~~

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za życzenia! Mam świadomość hermetyczności moich wzruszeń ;), więc staram się chociaż wstawiać ładne ilustracje :)

      Usuń
  7. Przeczytałam wszystko ale nie wiem o co chodzi :) Kołowrotki to jeszcze nie moja bajka :)
    Pozdrawiam serdecznie, Ola.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Olu, ależ Ty jesteś dzielna! Bardzo mi miło, że mimo egzotyki tekst przeczytałaś :) A użycie przez Ciebie słowa "jeszcze" rokuje dobrze na przyszłość...
      Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń
  8. Twoje nitki są piękne. Takie równiutkie. Cudne kolory. Kiedyś chciałam spróbować przędzenia, ale ograniczyłam się do wrzeciona. Nadal gdzieś z tyłu głowy mam kołowrotek. Może kiedyś też skuszę się na taką Fantazję? Życzę powodzenia i mnóstwo kilometrów własnoręcznie przędzionej włóczki!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och, dziękuję :) Bez zbytniego krygowania się przyznam, że jeszcze trochę równiejsze mogłyby być, bez obawy, że staną się nudne i nieodróżnialne od fabrycznych.
      Jak umiesz na wrzecionie, to masz prostą drogę do kołowrotka - mimo większej szybkości (to jest ogromna zaleta tego sprzętu) na pewno sprawnie będziesz snuć nitkę z czesanki. A jak kołowrotek gdzieś tam się kręci w Twojej wyobraźni, to prędzej lub później ulegniesz :) I na pewno będziesz prząść piękne nitki, widzę to po Twoich udziergach...
      Za życzenia serdecznie dziękuję!

      Usuń
  9. Nawet sobie nie wyobrażam, że mozna tak pieknie prząść:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, Ludwiko, że ja sobie jeszcze rok temu zupełnie nie umiałam wyobrazić, jak to się robi? Oglądanie filmików na youtubie nic mi nie rozjaśniało... A potem kurs, Fantazja i miesiące ćwiczeń, by nagle zauważyć, że rozumiem, o co w tym przędzeniu chodzi :)

      Usuń
  10. Na wypadek, jakby Ci ta informacja umknęła, to są skrzydełka jumbo do Fantazji: http://www.kromski.com/nowe-skrzydelko-jumbo-dla-fantazji,397.html
    Trafiłam na bloga kilka dni temu i bardzo mi się spodobało, świetnie piszesz :) Rozbudziłaś we mnie znów pragnienie zakupu kołowrotka, bo z wrzecionem też mi nie po drodze. Ale jeszcze troszkę poczekam.
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, nie umknęła :) Zaraz po pojawieniu się tego skrzydełka nabyłam je i próbuję. Na razie tylko do zdwajania i potrajania, jak jeszcze posprawdzam na jakichś grubasach lub włóczkach artystycznych, to podzielę się wrażeniami.
      Bardzo mi miło, że Ci się tu podoba i że budzę zachcianki kołowrotkowe :) Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń