sobota, 24 października 2015

Lekka wolta kolorystyczna

Zacznijmy tradycyjnie - od niebieskości. Tak dla zapoznania się z fakturą nitki, którą opiszę poniżej.



Lubię niebieskości, szarości i czerwień. Do tego trochę bieli, szarozielone khaki, fiolety i madżenty. Oraz czerń. Uporządkowałam szafę kolorystycznie już dość dawno, pod kątem tego, co lubię, i tego, co służy mojej karnacji. Pozbyłam się wszystkich beżów, brązów, ciepłych zieleni i rudości (z wyjątkiem kurtki puchowej w kolorze miedzi, zaskakująco twarzowej). Omijam szmaragdowe zielenie, bo to wybitnie kolor mojej mamy, a nie jestem wielbicielką rodzinnego ubierania się pod kolor. Ale okazuje się, że w moim przypadku nie ma jedynych słusznych kolorów raz na zawsze. Brąz zaczął mi się znowu podobać, gdy zeszłej zimy kupiłam dwie pary kamaszy o tym samym fasonie - brązową i czarną. Zauważyłam, że dużo chętniej sięgałam po brązowe, bardziej pasowały mi w kompozycjach także z szarym płaszczem wełnianym i jakieś takie bardziej stylowe się wydawały...

Patrzę od jakiegoś czasu i patrzę na czesanki i zauważam, że brązy coraz bardziej mnie pociągają. Chłodny odcień gorzkiej czekolady w dość naturalny sposób wydaje się pasować do garderoby. Cieplejsze przemawiają do mnie w zestawieniach z niebieskością (pamiętacie popularne parę lat temu zestawienie ciemnego brązu z turkusem? teraz podobne zestawy zdają się przeżywać renesans) i szarością. Najlepiej, gdy wszystkie te kolory przeplatają się w naturalnych wełnach...

W sumie po takich kolorystycznych podchodach nie zdziwił mnie własny zachwyt na widok tych pięknych batów. Są moje niebieskości, jest ciepła zieleń i brąz. I są batty, a ostatnio bardzo mnie ciągnie do przędzenia woolen (w którym nitka ma dużo powietrza, a czesanka układa się nieregularnie). W batach 65 proc. stanowi merynos, 35 proc. to haunui (o haunui można poczytać tu).

Oto efekty mojego pierwszego przędzenia tego typu.















Dla urozmaicenia gręplami ręcznymi pomieszałam trochę czesanki z kolejnych kolorów (wyjściowo było ich 5), zwijałam minirolagi i przędłam techniką long draw. Czasem cieniej, czasem grubiej. Dublowanie wyrównało nieco (optycznie) nitkę, namaczanie i suszenie - napuszyło. Jest trochę nieregularnie i tak przytulnie, że chyba mam kolejną kandydatkę na czapkę. A może nawet dwie, skoro jest w sumie ok. 200 m w 150 g... Zobaczymy.

Spodobało mi się przędzenie z minirolagów (takich "pi razy drzwi", zwijanych na kolanie) i nitka woolen. Będę do tej techniki wracać, z nadzieją na nabranie wprawy. W ogóle to jest coś, co ogromnie lubię w przędzeniu - talent talentem, ale najwięcej prządka uczy się przez działanie. Koordynacja głowy z palcami działa coraz sprawniej, coraz zgrabniej idzie wyciąganie nitki z czesanki. Zasadnicza koordynacja staje się automatyczna, a świadomie można pracować nad szlifowaniem umiejętności, udoskonalaniem "stałych elementów gry" i dodawaniem nowych technik do repertuaru. Bardzo rozwojowe hobby :)

12 komentarzy:

  1. Mario, przepiękne! Czy wiesz ze w marcu odbywa się wool festiwal w Edynburgu? W godzinach popołudniowych są klasy z przedzenia na spindlu (wrzecionie?), a poza tym cała masa innych atrakcji. Czaje się na naukę spindlowania ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! O festiwalu słyszałam i czytałam. Ty masz na Wyspach sporo takich imprez. Co z jednej strony jest fantastyczne, ale z drugiej strony... Jak już wciągniesz się w przędzenie, to nie będziesz mogła odpuścić i na każdej takiej imprezie choć po warkoczu czesanki sobie kupić... Przędzenie jest równie uzależniające, ale komu ja to mówię? Kobieta wielu talentów i zainteresowań poradzi sobie z upchnięciem jeszcze jednego hobby w kalendarzu :)))

      Usuń
    2. No i mialas absolutna racje, Mario, wpadlam jak sliwka w kompot! Moim skromnym zdaniem dobrze poradzilam sobie z wrzecionem z gornym przeslikiem, troche gorzej szlo mi na tureckim, ale to moze z tego powodu, ze klasy byly dzien po dniu i tureckie bylo drugie, a ja nie nabylam jeszcze wprawy w zadnym. Sznurki wyszly przepisowo dosc grube, choc nawet rowne i przedac czulam, ze jestem na wlasciwym miejscu.
      Mimo zachwytu nad wrzecionem i tak kupuje kolowrotek, przepraszam za profanacje, ale... elektryczny, ukrainska Czarodziejke... Tak, tak, wykrakalas... Co bylo latwe do przewidzenia :-)

      Usuń
    3. Oj, to się ogromnie cieszę! Jak ja lubię wykrakać taką przyszłość rękodzielniczą... To poczucie, że jest się na właściwym miejscu - bezcenne :) Prząść trzeba na tym, co najbardziej pociąga, niech Ci Czarodziejka dobrze służy. I trochę Ci zazdroszczę tego spindlowania - jak nie bardzo udały mi się pierwsze samodzielne próby, to po przesiadce na kołowrotek już nie mam pokusy do powrotu na wrzeciono. A to taki poręczny sprzęt podróżny...

      Usuń
  2. Marysiu, jesteś absolutnym i niedoścignionym mistrzem mieszania kolorami, skręcania nitek pięknych, acz niepowtarzalnie niezwykłych, nie mam słów - zachwycona jestem! Brawo! i chcę więcej, więcej.... najlepiej na 4 ręce :) i bez spania ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Asiu, trochę pospać jednak trzeba... Za to dodatkowa para rąk i wiaderko czasu by się przydały ;)
      Bardzo się cieszę, że Cię te nitki ujęły - ja tu tylko trochę pomieszałam przy przejściach kolorystycznych, ale ciągnie mnie do większych szaleństw, jest już nawet dość konkretny plan w tym względzie. I będzie więcej puchatego przędzenia woolen (choć wczoraj zaczęłam kolejne worsted). I bardzo mi się chce dziergać z tych własnych nitek. I w ogóle twórcze natchnienie nie odpuszcza. Niech no tylko dopadnę ten dodatkowy czas sprzedawany na wiaderka...

      Usuń
  3. Ja nic a nic nie rozumiem z tych technicznych szczegółów - więc pozostaje mi podziwiać, bo zdecydowanie jest co! Śliczne precelki w przepięknym zestawie kolorystycznym.
    Podziwiam, że dodatkowo oprócz dziergania sama przygotowujesz sobie nitki :-)))
    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za miłe słowa :) Bardzo się cieszę, że te pierwsze woolen się podobają. Jak powrócisz do wrzeciona, to polecam ten sposób przędzenia - jest taki z rozmachem i nitka wychodzi rozkosznie puchata :) Pozdrawiam Cię serdecznie!

      Usuń
  4. Lubię twoje posty :) Co prawda nic z tego prządkowego języka nie rozumiem ale wełenki na zdjęciach boskie :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W sumie o to chodzi - dla każdego coś miłego :) Olu, szalenie mi miło, że Ci się te motki podobają :)

      Usuń
  5. Kiedyś nie znosiłam brązów w żadnej odmianie... Ale od niedawna zaczynają do mnie przemawiać, a już tej jesieni wręcz zachciało mi się ciepłego brązu w mojej szafie! W sumie to fajnie, że gust nam się zmienia, bo przechodzimy przez życie w róźnych kolorach i nie jest nudno. *^o^*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie, właśnie, takie wracanie do niektórych kolorów oraz odkrywanie nowych bardzo urozmaica życie odzieżowe :) Przecież nie musimy nosić niezbyt twarzowych kolorów tuż przy twarzy... No i każdy kolor ma miliony odcieni...

      Usuń