sobota, 5 listopada 2016

Radość, kuzynka Fantazji

Joy, czyli radość - kuzynka zdecydowanie daleka (z domu Ashford), która przyjechała zza Wielkiej Wody, a konkretnie z Nowej Zelandii. Trafiła do mnie dość niespodziewanie zeszłej jesieni i wciąż się zaprzyjaźniamy. Na pewno cieszy mnie, że jest przenośna, lekka i bardzo zgrabna, ale na pewno nie jest to przyjaźń od pierwszego wejrzenia. Joy ma ultraprzemyślany hamulec z dwoma sprężynkami, który nie daje jednolitego oporu, tylko w trakcie przędzenia sprężynuje (mocniejszy opór, słabszy opór). To zmusza mnie do czujnego trzymania czesanki w dłoni albo owinięcia tworzącej się nitki wokół oczka na końcu skrzydełka (co zwiększa i ujednolica opór). W Fantazji nie muszę kombinować: ustawiam hamulec na początku z nieznacznym oporem i dopiero pod sam koniec, przy prawie zapełnionej szpuli zwiększam, by lepiej wciągała nitkę. W trakcie nie ma żadnych sensacji i nie potrzeba zmian.

Rozbestwiona przez Fantazję, postanowiłam dopytać znaną mi prządkę z Joy, czy coś się z tym fantem da zrobić. Ustaliłyśmy, że tak ma być, choć oczywiście mogę popróbować z innymi hamulcami (np. z grubszej żyłki). Rozmowa z kolejną posiadaczką Joy przyniosła podobne wnioski. W sumie to chyba dobrze, że muszę trochę przy tym kołowrotku główkować. Fantazja współpracowała ze mną od początku i po przezwyciężeniu pierwszych prządkowych przeszkód dogadujemy się idealnie. Joy wymaga więcej uwagi i okiełznywania. Sporo się przy niej uczę. Mam plan, żeby za jakieś 10 lat być naprawdę dobrą, świadomą swoich działań prządką, a Joy wydatnie wspiera ten proces ;)

Joy ma jeszcze jedną różnicę względem Fantazji - jest wyraźnie szybsza. Właścicielki dużych kół (np. Symfonii) pewnie by dyskutowały, czy to naprawdę jest szybkie tempo, ale w porównaniu z Fantazją jest. Joy nawet na najwolniejszym biegu (a ma ich sporo) kręci się szybciutko. Mimo delikatnie mniejszego koła zamachowego jest szybsza niż Fantazja. Teraz mi to bardzo nie przeszkadza, ale ew. nowicjuszkom niekoniecznie bym takiego pędziwiatra polecała do nauki (gwarantuje mocno przekręcone single). Czyli dalej jestem wyznawczynią F, szczególnie od czasu zakupu skrzydełka i szpulek jumbo. Niemniej przenośność Radości (taka kompletna, bo pedałki się składają i sprzęt chowa do torby z wygodnym paskiem na ramię) jest niezastąpiona w sytuacjach towarzyskiego przędzenia lub wyjazdu (a wiadomo, że szurnięta prządka ciągnie ze sobą sprzęt, gdy tylko może).

Na Joy z początku dwoiłam i troiłam (techniką navajo). Potem zabrałam się za merynosy. Oj, ciężko było. Merynos z Arles nie chciał współpracować, malabrigo nube było nieco przyjaźniejsze, ale bez przesady. Dość szybko wkroczyłam przy obu merynosach z predraftingiem, czyli luzowaniem pasma czesanki w palcach, zanim zaczęłam z niego snuć nitkę. Trochę pomagało, ale tylko trochę (pewnie bardziej by pomogło podzielenie pasma na wąskie pasemka). Swoją drogą, predrafting ma tak różne opinie, że chyba każdy powinien spróbować, żeby mieć własne zdanie... Osobiście uważam, że nie ma co rzucać się z rozszarpywaniem na każde pasmo czesanki, ale w przypadku włókien trudnych albo czesanek "skompaktowanych" (czyli ubitych podczas długiego czekania na przędzenie) warto trochę sobie pomóc, żeby palce nie bolały. Czasem też pomaga właściwy dobór techniki wysnuwania. Zwykle przędę single worsted metodą short forward draw, tym razem short backward draw sprawdził się dużo lepiej (serio, te nazwy tylko tak tajemniczo brzmią, ale różnica jest prosta, niemagiczna). Poza tym namacalnie przekonałam się, że doświadczone prządki mają rację: czesanki nie powinny za długo czekać na przędzenie, zwłaszcza merynosy. Od tego leżenia ubijają się i są potem bardzo trudne w obróbce.

Nierówne single merynosowe zdwajałam z przewiniętego kłębka (nitka z zewnątrz plus nitka ze środka) na Fantazji. Ostatecznie tak wyglądają trzy pierwsze nitki: merynos z Arles (od niezależnej farbiarki) i merynos malabrigo nube w kolorach Sabiduria i Whales Road. Merynos malabrigowy jest nieco bardziej miękki i puchaty od tego z Arles, ale tamten znowuż wydaje się mieć większy potencjał pod względem trwałości. Coś za coś :)

Potem na Joy wskoczyły gradienty... Ale o tym innym razem.

PS. Dalej uważam, że najlepiej kupować kołowrotek (zwłaszcza nówkę w pełnej cenie) po wypróbowaniu. A w przypadku pierwszego kołowrotka, to już bezwzględnie. Przy kolejnym kołowrotku łatwiej zmobilizować się do kombinowania, szukania rozwiązań (co jest w ogóle wtedy łatwiejsze, bo ma się więcej wiedzy prządkowej i doświadczenia). Przy pierwszym kołowrotku nienajlepiej dobrany sprzęt może zniechęcić do tego pięknego hobby, a przynajmniej spowolnić postępy w czasie, gdy zapał nowicjusza daje największy napęd.









***


Joy, the cousin of Fantasia ;) From the far away land, i.e. New Zealand. It's good to have such cousin, isn't it? We live together for some time but I still don't know what to think about her... I'm happy that she's portable, light and beautiful. Nevertheless she has a flaw which I haven't expected. The sophisticated brake is springing when working. That's something new for me, as I grown accustomed with Fantasia to stable resilience (I start with loose brake, then I turn it up when bobbin is almost full).

I didn't give up. I asked another spinner who also spins on Joy. We established that it isn't something to change, I have to live with it :) I can of course give a try to change a brake...

I noticed also another difference between Fantasia and Joy - Joy is significantly faster (even with the slowest setting). Although her wheel is slightly smaller than Fantasia's. Now it's no problem for me, but probably it wouldn't be a good choice for a novice spinner. Well, I love my Fantasia, especially after purchase of a jumbo set. Nevertheless, the portability of Joy (very convenient in a special bag) is great when one plans to meet with other spinners or travel.

In the beginning I tried Joy for plying. It helped me to grow accustomed with her character. Then I started to spin merino singles. It wasn't a piece of cake. Merino d'Arles wasn't cooperative, malabrigo nube was slightly more friendly, but not too much. Soon I started to predraft. Predrafting is necessary when spinning compacted merino. Plus, the appropriate drafting technique can be helpful. For this merinos short backward draw was more efficient than short forward draw. To remember: never allow merino to wait too long for spinning...

All three merinos are self plied. Malabrigo merinos are slightly more fluffy than merino d'Arles, nevertheless they seem to be less resilient.

After merino I started to spin gradients on Joy (to be continued).

PS. I still assume that it's much better to try the spinning wheel before buying (especially when it's a full-price new wheel). When it's a first wheel - it's compulsory. Intermediate or advanced spinner usually has enough experience and patience to tame the new tool. For a novice spinner wrongly chosen wheel can destroy the joy of spinning.

12 komentarzy:

  1. No tak współpracy trzeba się nauczyć :) Ja po Fantazji kupiłam Poloneza (miał być Majacraft ale cena na razie mnie pokonuje) i muszę przyznać początki też były trudne ale przyszedł czas, że na Fantazję już nie spoglądałam z takim zapałem, a później już został tylko Polonez :) Wszystko to kwestia znalezienia odpowiedniego narzędzia - takiego, z którym popadniemy w "symbiozę" :)
    P.S. Ja cały czas luzuję czesankę przed przędzeniem bez względu na jej stan, bo tak mi wygodniej a w wielu wypadkach mam wpływ na układ kolorów w nitce.
    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedyś czytałam artykuł amerykańskiej prządki, że trzy różne kołowrotki to rozsądny zestaw. Jeden powinien być w miarę uniwersalny, drugi - przenośny, a trzeci - wyspecjalizowany w ulubionym typie nitek (idealny do cienizn, art yarnów, czy co tam prządka lubi tworzyć najbardziej). Do takiej drużyny to by trzeba było mieć co najmniej dodatkowy pokój ;), ale faktycznie dobór kołowrotków jest szalenie indywidualną sprawą.
      Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń
    2. Pokój z kominkiem i widokiem na wrzosowiska.
      Dzięki za ten wpis. Przymierzam się właśnie do upłynnienia mojego kołowrotka i zakupu innego. Recenzja z pierwszej ręki, tak wyczerpująca, jest bardzo przydatna. Poza tym przypomniało mi się, że pierwszy kołowrotek, jakiego mi się zachciało, to właśnie Joy. Pozostaje mi więc jednak ciułać te grosze.

      Usuń
    3. O, tak - z kominkiem i widokiem na wrzosowiska :)
      Joy jest miłym kołowrotkiem, jeśli tylko ta szybkość i lekko sprężynujący hamulec nie są dla Ciebie problemem. I możesz wybierać pomiędzy wersją jednopedałkową i dwupedałkową :) Jakby co, to mogłabyś na mojej spróbować...

      Usuń
  2. W ogóle się nie znam na przędzeniu kołowrotkowym, ale jedno wiem - za to włóczkowe porno powinni Cię zamknąć :-P Siedzę, patrzę i się ślinię. Cudowne kolory.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za te piękne groźby :) Popatrz jeszcze trochę, to pozostanie Ci tylko "leczenie" na kursie u Justyny...

      Usuń
  3. wow...dla mnie to chinszczyzna, ale efekt cudny!

    OdpowiedzUsuń
  4. Podziwiam twoje nitki , piękny zestaw kolorów :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moniko, dziękuję :) Wprawdzie nie ja farbowałam, ale z przyjemnością te kolory splatałam :)

      Usuń
  5. czytając zastanawiałam się jakim językiem piszesz ;) kompletnie nie rozumiem ale efekty są przepiękne więc możesz nadal grypsować :) pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Będę dalej grypsować ;), nie zapominając o tych, którzy szukają tu (że zacytuję Herbi) "włóczkowego porno". Dziękuję i pozdrawiam!

      Usuń