sobota, 18 maja 2019

Dziewiarski kaprys

Znają Państwo podział na "process knitters" i "product knitters"? Jeśli ktoś się jeszcze z tym nie spotkał, to wyjaśniam, że w pierwszym przypadku chodzi o dziewiarki/dziewiarzy czerpiących najwięcej radości z samego dziergania, natomiast dla "produktowych" najważniejszy jest efekt działań. Pierwszych najlepiej zmobilizuje ciekawy wzór, możliwość nabycia nowych umiejętności albo też wizja godzin spędzonych na rytmicznym przerabianiu samych prawych oczek. Generalnie clou programu tkwi dla takich osób w samym dzierganiu. Osoby skupione na produkcie końcowym traktują dzierganie jak drogę do wyznaczonego ściśle celu. Celem jest konkretne ubranie, dla konkretnej osoby, nigdy hipotetyczna garderoba nie wiadomo kogo.

Rozważania, do której kategorii się należy, potrafią zająć osobom dziergającym godziny na forach internetowych. Takie dyskusje wydają się może jałowe, ale tak naprawdę to jest podstawowa kwestia, żeby być z dziewiarstwa zadowolonym/zadowoloną. Bo to nie jest takie proste, jak się na pierwszy rzut oka wydaje. Jak np. zakwalifikować osobę, która specjalizuje się w skarpetkach, lubi poszerzać swój repertuar w tym względzie, skarpetek nie nosi, ale z dużym upodobaniem dzierga je na cele charytatywne? Jak przy wielu innych podziałach, tak przy tym zdaje mi się, że wszyscy mamy w sobie oba pierwiastki, tylko proporcje się zmieniają. Są różnice między osobami, ale też każdy z nas ulega przemianom w czasie. Większość dziergających zaczyna dość chaotycznie, pochłaniając nowe umiejętności i produkując dość przypadkowe udziergi. Niektórzy z kolei chwytają za druty, bo wymarzył im się bardzo konkretny sweter i mają plan go jak najszybciej wyprodukować. Z czasem zazwyczaj rośnie samoświadomość, dlaczego i po co dziergamy. Jeśli diagnoza jest trafna, to zwiększa to szanse na pozostanie przy hobby. Jeśli maleje poczucie sensu - hobby dziewiarskie przechodzi do historii...

U mnie w dziewiarstwie króluje serce poskramiane rozumem. Uwielbiam proces dziergania, ale chcę też nosić jak najwięcej gotowych wyrobów. Przy swetrach bardziej skupiam się na produkcie końcowym, bo nie chcę poświęcać mnóstwa czasu na coś, czego nie założę. Przy chustach i szalach co jakiś czas pozwalam sobie na kompletne szaleństwa, żeby wena mogła rozkwitnąć (taka zadbana wena podszeptuje potem chętnie różne natchnione rozwiązania).

Ta chusta jest właśnie takim porywem serca. Kształt typowy, strzałkowy, ale w kolorach dałam wyraz zachciance. Zobaczyłam raz w sprzedaży (zakupy grupowe we włoskiej hurtowni) zestaw końcówek merynosowych z produkcji znanej firmy (tej na M, którą dziewiarki łączą z barwnym zygzakowym szalem). Kolory kompletnie nie moje, głównie ciepłe, nasycone, ale zawołały do mnie "Chcemy być chustą! Dziergaj z nas, a w zamian ucieszymy twoje oczy tak, jak żadna szarość nie potrafi...". Poddałam się bez oporu.

Dzierganie poszło bezproblemowo, szłam tak, jak mnie merynosy prowadziły. Były zwykle trzynitkowe, a dwa cieniowane single składałam na bieżąco potrójnie. Przejścia robiłam, zmieniając kolor co jeden lub dwa rzędy. Na zakończenie dorobiłam jeszcze dwa chwosty i spojrzałam na efekt dziergania z ukontentowaniem. O to chodziło!

Przy dokumentowaniu udziergu nitki dostarczyły natchnienia także mojej fotografce. Gosia nie darzy szarości zbyt wielkim poważaniem, unika teł w takich kolorach na zdjęciach, ale przy fotografowaniu tej chusty zauważyła fotogeniczny ciąg szarych drzwi i zaproponowała je do dopełnienia obrazu. Proszę spojrzeć, jak dużą część kadru zajęło to tło! Warto czasem ulegać zachciankom... :)

Moja kolejna strzałka
Włóczka/yarn: merino Camberra
Druty/needle: 3.75 mm
Zdjęcia/photos: Gosia

14 komentarzy:

  1. Chusta cudo. Przejścia kolorów są magiczne. Jak zwykle u Ciebie mistrzowskie wykonanie i piękne zdjęcia. Strzałki jeszcze nigdy nie robiłam, więc pewnie kiedyś wypróbuję ten model. Bardziej z ciekawości i chęci wypróbowania niż z potrzeby posiadania kolejnej chusty w szafie. No i tu przechodzimy do wątku "process knitters" i "product knitters".

    O tym podziale nie słyszałam, ale podpisuję się obiema rękami pod Twoim stwierdzeniem, że pewnie większość dziewiarek ma oba te pierwiastki. Czasem dzierga się, bo coś się wymarzy i tworzy się "docelowo". Czasem próbuje się czegoś nowego - wzorów, technik, kolorów. A często, przynajmniej u mnie, robienie na drutach to nie tylko hobby i możliwość stworzenia sobie czegoś na wymiar i indywidualnego, ale przyjemność z samego dziergania. Taka drutoterapia :) Terapia dla ducha, bo siadającym stawom raczej nie pomaga :) Grunt, żeby ten proces sprawiał przyjemność. To trochę jak z czytaniem książek. Czasem czyta się, żeby się czegoś nauczyć, czasem, żeby sycić się pięknem słowa, czasem by wskoczyć w inny wymiar uciekając od własnej rzeczywistości. I jak to pisał Sienkiewicz "gdy się ktoś zaczyta, zawsze albo się czegoś nauczy, albo zapomni o tym, co mu dolega, albo zaśnie – w każdym razie wygra". I chyba jako pewną wygraną trzeba traktować każde hobby. Bez względu po co, jak i dlaczego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję ❤️ Bardzo pięknie to napisałaś, Twoje podejście do dziewiarstwa, książek i hobby w ogóle jest mi bardzo bliskie.

      Co do stawów, to zwracam na ten aspekt uwagę już od jakiegoś czasu. Oglądałam kiedyś filmik pana, który dzierga i jest fizjoterapeutą (podobnież popełnił książkę na temat drutowo-zdrowotny), czytałam artykuły w "Ply" napisane przez innego rehabilitanta (przędącego dla przyjemności). Staram się tropić złe nawyki i postawy w swoim dzierganiu i przędzeniu. Obserwuję, rozluźniam napięte mięśnie, poprawiam postawę na lepszą, co jakiś czas wykonuję małe ćwiczenia na obciążane stawy... Chcę jak najdłużej móc wykonywać ulubione hobby 🙂

      Usuń
    2. Dzięki. Kręgosłup i stawy siadają mi z powodu pracy. Tak wiem, trzeba ją zmienić. Będę dziergać dopóki będę mogła ruszać palcami :D

      Usuń
    3. Na obu frontach życzę powodzenia!

      Usuń
  2. Co tu dużo pisać, pięknie poniosła cię wena! Masz niesamowite wyczucie koloru. Pięknie ze sobą grają te przeróżne barwy!
    Jeśli chodzi o robienie na drutach, to robię dla samego procesu dziergania. Nie umiem siedzieć bez drutów w rękach. Kiedy czytam, oglądam telewizję, jadę jako pasażer w samochodzie, w samolocie, gdzie się tylko da, zawsze mam druty, lub szydełko w rękach. Oczywiście staram się wybierać projekty coraz bardziej świadomie. Jeśli mi się uda, to rozdaję moje prace. Mam komu.
    Pozdrawiam gorąco:)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, Danusiu! Dla mnie dziewiarstwo jest też poligonem kolorystycznym - mogę w robótkach (zwłaszcza w chustach) sprawdzać nowe dla mnie kolory i odcienie, spróbować zestawów nieoczywistych i tak dalej. Jak efekt jest udany, ale niekoniecznie pasuje do mnie, to też na szczęście mogę liczyć na osoby bliskie warte rękodzielniczych prezentów :) Ha, to hobby wzbogaca nie tylko nas :D
      Pozdrawiam Cię serdecznie!

      Usuń
  3. Chusta jest przecudowna, kolory pięknie dobrane, o jakości wykonania nie wspomnę, bo od dawna uważam Cię za bardzo utalentowaną dziewiarkę. ;)
    Co do podziału, u mnie szyciowo jestem zdecydowanie zorientowana na produkt. Wymyślam coś i ZARAZ NATYCHMIAST muszę to mieć, spieszy mi się ogromnie do finału, czemu muszę dawać opór, by niczego w pośpiechu nie popsuć. Z drugiej strony przecież sam proces też jednak sprawia mi przyjemność, bo inaczej po co bym się męczyła z samodzielnym szyciem zamiast pójść do sklepu po gotowe ubrania. ;)
    Za to w dzierganiu/szydełkowaniu jest trochę inaczej, bo to jednak fajnie jest przerabiać sobie oczko po oczku, patrzeć na przybywające rzędy. Człowiek wpada w swoisty rytm i chcąc nie chcąc się relaksuje. Szkoda, że już tak dawno tego nie robiłam...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za każde dobre słowo!
      Jak się zastanawiam, to w szyciu też jestem bardziej nastawiona na produkt finalny, a i radość z procesu jest inna. Ostatnio ustaliłyśmy z dziergająco-szyjącą przyjaciółką, że uwielbiamy podczas szycia wpaść w coś w rodzaju transu, gdy nie zwraca się uwagi na upływający czas. Taki szyciowy flow. Niestety ostatnio rzadko mi to jest dane, bo bardzo rzadko szyję, a jak już zasiądę do maszyny, to za dużo muszę myśleć logicznie i sobie ciągle przypominać niegdyś niemal automatyczne czynności, żeby całość zaczęła się toczyć od niechcenia... Mam dużą chęć to zmienić i na razie na dobry początek wykończyłam spodnie czekające na kilka drobiazgów od dobrych paru lat. Przyjaciółka zmobilizowała, chyba jest niezłym coachem od twórczości ;) Namawiam Cię do powrotu do dziergania - oba rodzaje twórczości (szycie i wszelkie rodzaje dziewiarstwa) dostarczają różnych dobrych wrażeń i warto nie ograniczać się do jednej dziedziny :)

      Usuń
  4. Cale szczescie ze jestem process knitter. Inaczej porzucilabym to wszystko juz bardzo dawno. Spedzam sobie upojne godziny na dzierganiu i czerpiac medytacyjna przyjemnosc ze stukania i przyrostu i uczenia sie nowych technik. A potem trzeba to wykonczyc i jest placz i zgrzytanie zebow.
    Naprawde jestem dobra w dzierganiu. Oczka wychodza bardzo rowne, warkocze wyraziste, nie myle sie w azurach (za bardzo i umiem naprawic w razie czego). I to jest naprawde duza przyjemnosc.
    Nastepuje wykonczenie i wszystko zaczyna wygladac jak dzielo kogos kto wlasnie zaczal sie uczyc. Nie znam wiekszej frustracji dziewiarskiej. Obejrzalam mnostwo tutoriali na youtube i naprawde sie staram a i tak zawsze koncze z prowizorka i ktorys szew strzeli focha. A jak bezszwowo to juz dekolt pokaze co potrafi. Serio nawet nie wiem co robic. To zalamka. Na szczescie zawsze mam nowy projekt na horyzoncie i perspektywe kolejnych godzin na ukladanie oczka przy oczku.
    Wlasnie dlatego bezsilnie podziwiam takie blogi jak twoj. Twoje udziergi sa handmade, unikalne rzemioslo, a moje homemade - no coz przynajmniej sie starala, ot i cala roznica.

    A strzalka piekna :) I budzi apetyt na kolory :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję!

      Bądź dla siebie łaskawsza :) Podejrzewam, że piękna większość robótki ustawia w Twoich oczekiwaniach końcowych poprzeczkę bardzo wysoko. Wtedy łatwo o rozczarowanie.
      A jeśli tutoriale nie dają efektu, to może spokojna rozkmina z dziewiarkami na żywo bardziej pomoże? Mnie tutoriale uczą o tyle o ile, najwięcej korzystam z rozważań międzydziewiarskich. I książki bywają pomocne, bo wtedy wiem, czego konkretnie potrzebuję w formie filmiku. I w sumie wykończeniówka to etap dziania, do którego mam najwięcej cierpliwości (acz nie do przesady). Potrafię trzykrotnie zamykać oczka długiej plisy, aż trafię na najlepiej wyglądającą w danym przypadku metodę. Standard rósł mi stopniowo, jeszcze jakieś 7 lat temu (pierwszy sweter bezszwowy) machałam ręką na dużo więcej niedoskonałości niż obecnie. I dalej mam poczucie, że jeszcze wiele przede mną do opanowania... Uczę się powolutku, rozkoszując się przyjemnym procesem nauki :)

      Poza tym nie zapominajmy, że styl niedbały to też styl ;)

      Usuń
  5. Cudna chusta - super kolorystyka! Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, Ewo! Też mnie te kolory urzekły i nie umiałam się im oprzeć... Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń
  6. Marysiu skoro potrafię godzinami oglądać jak ktoś dzierga i szydełkuje i radość sprawia mi każde oczko to chyba jestem bardziej procesowa niż produktowa. Jednocześnie chciałabym mieć jak najwięcej udziergów. Jednym słowem stoję w rozkroku ale chwieję się w stronę procesu ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo to chyba najwięcej radochy daje, jak się człowiek trochę pobuja w obie strony i próbuje zrównoważyć chęci i cele :) Sama też jestem na podobnym punkcie skali, więc nieźle rozumiem Twoje rozterki :)))

      Usuń